...

test 30


Susan |2010-03-30| |16:31:58|
skomentuj (0)




Aforyzmy (t-ż)

T

>> Tabu są tak związane z seksem jak jajka z ciastem. Hans Giese.

>> Tajemną nadzieją robotów było to, że staną się ludźmi, a to ludzie stają się robotami. Dom Helder Camara.

>> Tak jak czymś naturalnym jest wierzyć w wiele rzeczy bez dowodów, tak też naturalnym jest wątpić w wiele innych wbrew dowodom.

>> Taktyk - człowiek, który cofając się potrafi przekonująco krzyknąć Hurra!!!

>> Tam, gdzie wszyscy myślą to samo, w ogóle niewiele się myśli. Heiner Geissler.

>> Tchórze zwiększają kryteria odwagi.

>> Ten, kto ma sojuszników, nie jest całkiem niezależny. Harold Wilson.

>> Teraźniejszość to stan między dawnymi dobrymi czasami i piękniejszą przyszłością.

>> To dziwne, ale wyborca nigdy nie czuje się odpowiedzialny za zawód, jaki sprawia rząd przez niego wybrany. Alberto Moravia.

>> To nie bohaterowie, lecz żebracy obnażają swoje rany.

>> To wielka sztuka pisać tak jak trzeba, nie wiedząc o tym.

>> Tolerancja jest to gotowość przyznania przedstawicielowi innego światopoglądu tej samej dozy inteligencji i dobrej woli, co sobie. Karl Rahner.

>> Tonącego nie wypada pytać o kartę pływacką.

>> Tragedia: miejsce, w którym tchórze umierają, a bohaterowie giną.

>> Trudniej czasem dotrzymać słowa niż kroku.

>> Trudniej głupiemu udawać mądrego niż mądremu głupiego.

>> Trudno pogodzić ogień i wodę - można jednak stworzyć z nich parę.

>> Trudno, słup telegraficzny nie pojmie idei telegrafu.

>> Trudno ulżyć obciążonym dziedzicznie.

>> Trzeba nauczyć się rozróżniania między moralnością a moralizatorstwem. Henry Kissinger.

>> Turystyka: drapanie się tam, gdzie nie swędzi.

>> Tylko w miłości kompletne zero może być dla kogoś wszystkim.

>> Tylko dziecko kochamy za to, że jest, człowieka dorosłego za to, czym jest.

>> Tylko głupcy szukają krzyżówek w gazetach. Tylko głupcy szukają metafor w poezji.

>> Tylko niewielu ludzi, którzy cierpią na kaszel, idzie do lekarza. Większość idzie do teatru. Alec Guiness.

>> Tylko poważny stosunek do cierpienia upoważnia człowieka do żartu.


U

>> U podstaw sukcesu leży rezygnacja.

>> U starszych mężczyzn na widok pięknej dziewczyny budzą się wspomnienia, ale nie nadzieje.

>> Ukochanie ideałów rozwija się najbardziej tam, gdzie nie są one jeszcze ucieleśnione.

>> Umowa dżentelmeńska to wzajemne zobowiązanie, które łamie się w nadziei, że druga strona go dotrzyma. Harold Pinter.

>> Uniwersytet rozwija wszystkie zdolności, między innymi głupotę.

>> Upadająca klasa, jak starzec, traci zdolność rozróżniania, co ważne, a co błahe.

>> Uprawianie nonsensu niweczy zdolność jego rozumienia.

>> Urazy mierzy się nie intencją kaleczącego, lecz wrażliwością kaleczonego.

>> Ustępstwa kończą się tam, gdzie zaczynają się zasady. Harold Macmilian.

>> Utopia ma głowę wysoko, ale stopę nisko.

>> Uzasadnieniem życia dla kundla jest cudza łydka.

>> Uznaję istnienie materii, lecz nie wiem, czy materia jest materialna.


W

>> W bagnie zawsze zgubi cię zbyteczna szamotanina.

>> W chwili, w której umiera w nas dziecko, zaczyna się starość.

>> W ciepłym klimacie najłatwiej wyrastają zimni dranie.

>> W czasie najdłuższego nawet pokoju nie wygłasza się tylu bredni i fałszów, co podczas najkrótszej wojny.

>> W demokracji mówisz to, co ci się podoba i płacisz tyle, ile od ciebie żądają. Kenneth Thompson.

>> W demokracji wolno głupcom głosować; w dyktaturze wolno głupcom rządzić. Bertrand Russell.

>> W dzisiejszych czasach poranna utopia staje się rzeczywistością popołudnia. Truman Capote.

>> W filmie sztuka i kasa muszą się zgadzać; jeśli konieczne są ustępstwa, to na rzecz kasy. Lucchino Visconti.

>> W grupie nawet bać się raźniej.

>> W koalicji dzieje się tak jak w przepełnionym autokarze: samo wsiadanie jest już dość uciążliwe, ale wysiadanie jest prawie niemożliwe. Mario Scelba.

>> W kwiaciarni perfumy nie pachną.

>> W literaturze coś się jednak zmienia. Ludzie, którzy dziś piszą bestsellery, przed dwudziestu laty siedzieliby w więzieniu. Ben Hecht.

>> W miłości jak w rybołówstwie: jedną siecią wszystkich gatunków ryb łowić nie można.

>> W mowie pewnych ludzi słychać błędy ortograficzne.

>> W polityce jest czasem jak w gramatyce: błąd, który popełniają wszyscy, zostaje w końcu uznany za zasadę. Andr‚ Malraux.

>> W polityce nic nie dzieje się bez przyczyny, ale często - bez skutku. John Gunther.

>> W polityce zagranicznej wieczność trwa najwyżej dwa lata. Edgar Faure.

>> W ramach pomocy krajom słabo rozwiniętym pieniądze biednych ludzi z bogatych krajów trafiają do kieszeni bogatych ludzi w biednych krajach. Alfred Mozer.

>> W sprawie gehenny zwierząt nie wystarczy bić na alarm, trzeba bić po gębie.

>> W sztuce trzeba zawsze celować trochę wyżej niż się trafia. Giacomo Manzi.

>> W życiu politycznym roi się od strażaków, którzy odwracają wzrok, gdy tylko ujrzą gdzieś pożar. Giovanni Guareschi.

>> Walkę stworzyła przyroda, nienawiść wynalazł człowiek.

>> Wartości są abstrakcyjne, ceny są konkretne.

>> Wartość nagród literackich zależy od ludzi, którzy je otrzymują. Wolfgang Kraus.

>> We wszystkich dziedzinach życia wymagana jest obecnie fachowa wiedza. Jedyni dziś amatorzy to politycy. Harold Macmillan.

>> Wiara przenosi góry. Na plecach wiernych.

>> Wiara religijna jest rzeczą, którą należy samemu zdobyć, a nie odziedziczyć.

>> Wiedza to władza. Ale niewiedza, niestety, nie oznacza jeszcze braku władzy. Niels Bohr.

>> Wielkie drzewa dają więcej cienia niż owocu.

>> Wielkie myśli rodzą się w sercu.

>> Wielkie to nieszczęście, że w naszych czasach nie ma już głupca, który by się trochę nie poduczył.

>> Wielkimi tytułami można zdobywać czytelników, ale utrzymywać ich trzeba informacjami. Lord Northcliffe.

>> Wielu byłoby chętnych, gdyby droga do nieba nie prowadziła przez cmentarz.

>> Wielu powstało z gliny, z której trudno coś ulepić.

>> Wielu przyłącza się dopiero wtedy, gdy już nie widać czoła pochodu.

>> Więcej jest tych, którzy chodzą do kościoła, niż tych, którzy chcą do niego chodzić.

>> Więcej wśród ludzi krwiopijców niż krwiodawców.

>> Większość ludzi jest zbyt tchórzliwa, by czynić coś złego i zbyt słaba, by czynić coś dobrego.

>> Większość ludzi nie posiada kwalifikacji do życia.

>> Większość ludzi używa głowy nie do myślenia, lecz do potakiwania. Evelyn Waugh.

>> Większość swoich kazań papież przekazuje dziś większej liczbie ludzi niż Chrystus w ciągu całego swojego życia. Billy Graham.

>> William Shakespeare pisał dla mas. Gdyby żył dzisiaj, robiłby seriale telewizyjne. Rupert Murdoch.

>> Władza to nie parasol, który stawia się w kącie, gdy deszcz przestał padać. Antonio Salazar.

>> Własny styl to przedzieranie się przez gąszcz własnej banalności.

>> Woda drąży kamień nie siłą, lecz częstym padaniem.

>> Wojna domowa: w imię narodu wybijemy samych siebie.

>> Wojna jest najgorszym sposobem gromadzenia wiedzy o obcej kulturze.

>> Wolność nie znaczy, że można poruszać się po niewłaściwej stronie ulicy.Indira Gandhi.

>> Wolność sztuki jest dziś zagrożona przez obojętność publiczności. Edward Albee.

>> Wódka pije ludzi do dna.

>> Wprost nie do wiary, ile rozumu zużywa się w świecie dla udowadniania głupstw.

>> Współczesna młodzież walczy przeciwko wczorajszej frazeologii, w tym celu wynajduje dzisiejsze slogany. Arthur Miller.

>> Wszyscy jesteśmy ulepieni z tej samej gliny. Niektórzy jednak zostali lepiej wypaleni.

>> Wszyscy leżymy w rynsztoku. Ale niektórzy z nas sięgają po gwiazdy.

>> Wszyscy ludzie rodzą się równi i całe życie walczą przeciwko temu.

>> Wszyscy rzecznicy rządowi mają kłopoty. Nie można przecież wziąć kulki końskiego łajna, opakować jej w staniol i sprzedawać jako delikates. Friedrich Nowottny.

>> Wszystko, co najważniejsze, staje się tylko raz w życiu.

>> Wszystko to, co czytelnik wie lepiej niż telewizja - zawdzięcza gazetom. Jan Nouwen.

>> Wychowywać to znaczy uczynić niewrażliwym na telewizję. Marshall McLuhan.

>> Wydaje się, że nie udała się naturze próba ukształtowania na ziemi stworzenia myślącego. Max Born.

>> Wygląda na to, że moralność stała się sprawą mody: narkotyki i de Sade jednego roku, kakao i dziewictwo - w roku następnym. W. H. Auden.

>> Wyjątki rozsławiają regułę.

>> Wykształcenie wcale nie zabija kobiecości: doktorki są takie głupie jak inne kobiety.

>> Wyłączenie telewizora da się porównać jedynie z uczuciem błogości przy gaszeniu lampki nocnej. Norman Mailer.

>> Wymagam od miasta, w którym mam mieszkać: asfaltu, kanalizacji, klucza od bramy, ciepłej wody. Dowcipny i kulturalny jestem sam.

>> Wyobrażać sobie zbyt wiele to ubóstwo wyobraźni.

>> Wyrachowanie nie wymaga zdolności do matematyki.

>> Wyrok śmierci podpisany przez analfabetę liczy się podwójnie.

>> Wyspiarze mórz południowych nie mówią zbyt dobrze po angielsku, ale zasób ich słów wystarczy do podziału filmów amerykańskich na dwa gatunki: pif-paf i cmok-cmok. Marlon Brando.

>> Wystarczy dać komuś nieco więcej swobody, a zaraz zacznie krępować innych.


Z

>> Z dowcipów o wariatach można by stworzyć wizerunek niejednego normalnego człowieka.

>> Z historią to jak z pasztetem mięsnym: nie należy się przyglądać, jak się go przyrządza. Aldous Huxley.

>> Z lenistwa rodzą się dzieła, na jakie nigdy nie zdobyłby się normalnie pracowity człowiek.

>> Z miłości do ojczyzny wypisują rzeczy, z powodu których obcy wyśmiewają nasz kraj.

>> Z powodu niesprzyjającej pogody niemiecka rewolucja dokonała się w muzyce.

>> Z władzą nie można flirtować, trzeba ją poślubić. Andr‚ Malraux.

>> Za odwagę trzeba płacić. Strach jest za darmo.

>> Za złudzenia płaci się rzeczywistością.

>> Za wiele rozrywek i za wiele pracy w jednakowy sposób wyczerpują i wysuszają nasz umysł.

>> Zacząłbym wierzyć w Boga, ale odstrasza mnie ogromna ilość pośredników.

>> Zamach na dyktatora mody potępią wszystkie żurnale.

>> Zawsze byłem zdania, że seks jest o wiele zdrowszy niż przemoc. Otto Preminger.

>> Zawsze kiedy jedni odzyskują wolność, inni ją tracą.

>> Zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że zbytnia troska o los mniejszości oderwie nas od myślenia o potrzebach większości. William Hardcastle.

>> Zawsze lubimy tych, którzy nas podziwiają, lecz nie zawsze lubimy tych, których my podziwiamy.

>> Zawsze można zaczynać od nowa; nic dziwnego, że tylu ludzi drepce w kółko.

>> Zawsze wymyślamy sobie nasze dzieci.

>> Zbyt stary jestem, by tylko się bawić, zbyt młody jeszcze, by nie pragnąć niczego.

>> Zdrowy rozsądek może zastąpić prawie każdy stopień wykształcenia, lecz żadne wykształcenie nie zastąpi zdrowego rozsądku.

>> Zdrowy rozsądek uratuje cię od nikczemności, ale nie uratuje cię od rozpaczy.

>> Ze strachu, jaki przeżywa ludzkość można całkiem przyjemnie żyć; trzeba tylko o nim pisać. Jean Giono.

>> Ze swoją nienawiścią trzeba się czasem przespać.

>> Zgasł na świeczniku.

>> Złoty cielec jest tylko pewną odmianą bydła.

>> Znawca flirtuje na plaży z najbledszą dziewczyną, gdyż ona ma przed sobą najwięcej urlopu. Marcello Mastroianni.

>> Zwięzłość to siostra talentu.


Ź

>> Źle, gdy woźnica nie może zapamiętać, że lejce są ważniejsze od bata.

>> Źle jest mieć z katem na pieńku.

>> Źródłem materializmu jest nędza; syci pozostają idealistami.


Ż

>> Żaden mężczyzna nie jest zainteresowany kobietą taką, jaką ona jest, ale taką, jaką ją sobie wyobraża.

>> Żadna praca nie hańbi, każda męczy.

>> Żadna prasa nie hańbi.

>> Żadna waluta nie jest już pewna. Może z wyjątkiem srebrników.

>> Żeby śmierć można było na raty odespać.

>> Żonaci wzdychają zawsze głębiej niż kawalerowie.

>> Żony wtedy są najlepszymi słuchaczami, gdy ich mąż mówi do innej kobiety. Henri Torr‚.

>> Życie jest zbyt ciężkie, żeby przykładać do niego wagę.

>> Życie to dochodzenie różnymi drogami do niczego.

>> Życie w cieniu podejrzeń też ma swoje blaski.

>> Żyć długo chcą wszyscy, ale starym nikt nie chce być.

>> Żyć to być stronniczym.

>> Żyj tak, aby znajomym twoim zrobiło się nudno, gdy umrzesz.

>> Żyjemy w epoce fachowców, którzy nie interesują się swoim fachem. Peter Bichsel.

>> Żyjemy w świecie pozorów, pozorujemy więc, że żyjemy.

>> Żyjemy w zwariowanych czasach. Lot w Kosmos odbywa się coraz szybciej, jazda do biura coraz wolniej. Charles Lindbergh.

Źródło: http://www.elzab.com.pl/~michalp/aforyzmy/aforyzmy_polskie.html



Susan |2009-09-25| |20:51:36|
skomentuj (0)




Aforyzmy (o-ś)

O

>> O kierunku sztuki można powiedzieć, że się wybił, dopiero wtedy, gdy stosują go dekoratorzy wystaw. Pablo Picasso.

>> O niektórych mówią, że myślą, a oni się tylko namyślają.

>> O obecnych się nie mówi.

>> Obce wyrazy mogą służyć półinteligentom jako pancerz ochronny. Carl de Vries.

>> Obłuda i spryt to dwa najważniejsze składniki inteligencji głupców.

>> Obojętność jest najłagodniejszą formą nietolerancji.

>> Obok nonsensu grzechu istnieje paradoks łaski.

>> Obowiązkowa przyjemność jest nieprzyjemnym obowiązkiem.

>> Od podatków ucieka za granicę co najmniej tylu ludzi, ilu ucieka od dyktatorów. James Newman.

>> Od rangi meczu nie zależy ranga kibica.

>> Odkąd egzystencjaliści odkryli, że człowiek umiera, już trudno nas czymkolwiek zaskoczyć.

>> Odpowiedzialni jesteśmy nie tylko za to, co robimy, lecz i za to, czego nie robimy.

>> Ogromnie lubię kobiety, zwłaszcza kiedy są ładne i uległe.

>> Ojcowie zdolnych dzieci są gorącymi zwolennikami teorii dziedziczenia. Carlo Manzoni.

>> "Ojcze nasz" składa się z 56 słów, Deklaracja Niepodległości - z 300, a ostatnio ogłoszone rozporządzenie rządu w sprawie cen jarzyn - z 26.911 słów. Bill Widnall.

>> Opinia publiczna bywa ostatnią ucieczką polityków, którzy nie mają opinii własnej. M. B. Carter.

>> Opinia publiczna to zdanie ludzi, których normalnie nikt o zdanie nie pyta.

>> Oportunista to człowiek, który nauczył się posiadać zdanie innych. Jean Cau.

>> Opracowanie budżetu państwa to sztuka równomiernego rozłożenia rozczarowań. Maurice Stan.

>> Optymista ogłasza, że żyjemy w najlepszym ze wszystkich możliwych światów, a pesymista obawia się, że to może być prawda.

>> Ordery ułatwiają odróżnianie polityków od kelnerów. Erich Mende.

>> Organizowanie chaosu kończy się chaosem organizacji.

>> Oto cecha naszych czasów: dużo maszyn, mało manier. John Patrick.


P

>> Pamiętniki są bombą atomową rencistów. Paul Reynaud.

>> Parodia to wyraz intelektualnej bezradności.

>> Partie polityczne nie stawiają dziś sobie pytania, czy ich program jest rozsądny, lecz czy jest atrakcyjny. Carlo Schmid.

>> Pesymista: optymista z praktyką życiową.

>> Pewnego karła wydalono z kolonii nudystów za to, że stale wtykał swój nos w cudzy interes.

>> Pieniądze, które mamy, są narzędziem wolności. Pieniądze, za którymi się uganiamy - narzędziem niewoli.

>> Pierwszym objawem starzenia się jest miłość do życia.

>> Pies jest przyjacielem człowieka, ale jego pchły nie.

>> Pies wyje do księżyca, człowiek do mikrofonu.

>> Piwo jest napojem chłodzącym zapał do pracy.

>> Plotka jest jak fałszywe pieniądze: porządni ludzie ich nie produkują, ale bezmyślnie przekazują dalej. Claire Booth Luce.

>> Płonący nie rzuca cienia.

>> Po niektórych salwach śmiechu pozostają ranni.

>> Pochodzenie od małpy jest prywatną sprawą każdego z nas.

>> Podłoga, choćby nie wiem jak deptana - zawsze jest sobą.

>> Podobno przedsiębiorcy pogrzebowi należą do najbardziej oddanych miłośników sztuki lekarskiej.

>> Podobno seks jest to maksimum radości bez jednego uśmiechu.

>> Podróż kosmiczna jest triumfem rozumu i klęską rozsądku. Max Born.

>> Podróże kształcą wykształconych.

>> Podstawowa reguła telewizji: program, który chociaż częściowo można zrozumieć z zasłoniętymi oczyma lub zakrytymi uszami - jest zły. Eugen Kogon.

>> Poeta powinien być czytany, a nie oglądany. Cecil Day-Lewis.

>> Poezja to przemiana krwi w atrament. Thomas S. Eliot.

>> Pogląd, że mężczyzna nie może stale kochać tej samej kobiety, jest tak samo fałszywy jak pogląd, że skrzypek dla odegrania tego samego utworu musi mieć kilka instrumentów. Aleksander Spoerl.

>> Pokój jest niepodzielny. Wojna również. Harold Wilson.

>> Politycy, którzy w opozycji zachowywali się jak odrzutowce, stają się w rządzie spokojni jak szybowce. Ignazio Silone.

>> Politycy mają skłonność do myślenia o następnych wyborach, a nie o następnym pokoleniu. Ronald Reagan.

>> Politycy wydostają się na szczyty dlatego, że większość z nich nie ma zdolności, dla których chciano by ich zatrzymać trochę niżej. Peter Ustinov.

>> Polityczni mówcy są jak automaty: górą wrzuca się pół myśli, a dołem wychodzi całe zdanie. Alberto Moravia.

>> Polityk jest jak pies, który drapie się tam, gdzie go wcale nie swędzi. Ngame Buka.

>> Polityka to scena, z której czasami lepiej słychać suflerów niż aktorów. Ignazio Silone.

>> Polityka zagraniczna to turystyka na koszt państwa. Pierre Acon.

>> Politykowi nigdy nie wolno mówić "nigdy". Lyndon B. Johnson.

>> Polska wódka jest najlepsza, lecz polski pijak najgorszy.

>> Pomyślałem sobie kiedyś, że najlepsza dla mnie byłaby japońska żona, chiński kucharz, angielski dom i amerykański dochód. I jeszcze pomyślałem, że najgorszy byłby japoński dom, angielski kucharz, amerykańska żona i chiński dochód. Herbert Achtebusch.

>> Popularność jest jak księżyc. Jeśli się nie powiększa, to się zmniejsza.

>> Porządek trzeba robić, nieporządek robi się sam.

>> Potencja nie czyni potentata.

>> Potęga rzeki w jej dopływach.

>> Powiedz mi, jakie książki masz w domu, a powiem ci, kim jesteś.

>> Pozostawiamy wychowanie swych dzieci szkołom, ulicy i sądom dla nieletnich.

>> Praca oddala od nas trzy wielkie niedole: nudę, występek i ubóstwo.

>> Prasa musi mieć swobodę mówienia wszystkiego, by niektórzy ludzie nie mieli swobody robienia wszystkiego. Louis Terrenoire.

>> Prasa to sumienie z papieru. Malcolm Muggeridge.

>> Prawda jest jak kobieta: im młodsza, tym głupsza; im starsza, tym pewniejsza.

>> Prawda leży pośrodku - może dlatego wszystkim zawadza.

>> Prawda musi być uszminkowana, inaczej nikt w nią nie uwierzy. Edgar Faure.

>> Prawdziwa władza stara się o to, by nie wpadać w oczy. Harold Nicholson.

>> Prawdziwy poeta musi być stary w momencie, kiedy pisze swój pierwszy wiersz.

>> Prawdziwy problem życiowy w dzisiejszych czasach: mieć dość czasu na myślenie. Edward Heath.

>> Prezenty dostają tylko ci, którzy się mogą zrewanżować.

>> Problemy polityczne są jak ser camembert: gdy odkłada się je na dłużej, to zaczynają cuchnąć i rozłażą się. Edgar Faure.

>> Produkcja zbyt wielu użytecznych rzeczy prowadzi do wytworzenia zbyt wielu bezużytecznych ludzi.

>> Prognozy mają dziś krótki żywot; tak samo politycy. Helmut Schmidt.

>> Propaganda polityczna to sztuka czynienia innych nielubianymi. Henri Tissot.

>> Prowokacyjny jest każdy pisarz, który pokazuje rzeczywistość taką, jaka jest naprawdę. Siegfried Unseld.

>> Przemawianie jest jak stosunek miłosny: każdy dureń może zacząć, ale doprowadzenie do końca wymaga pewnej zręczności. Lord Mancroft.

>> Przesądy są rozumem głupców.

>> Przez dziury w butach czuje się grunt pod nogami.

>> Przeciętny Amerykanin nie potrzebuje ani zegara, ani kalendarza. W czasie orientuje się według seriali telewizyjnych. Jerry Lewis.

>> Przeciwnicy ludożerstwa pożarli się nawzajem.

>> Przegrać to nie znaczy nie mieć racji. Lord Hailsham.

>> Przepisy o tyle nas obchodzą, o ile my obchodzimy przepisy.

>> Przestępstwo przeciwko wszystkim nie zagraża nikomu.

>> Przez telewizję świat stał się wsią, a spora część programów przypomina wsiowe plotki. Marshall McLuhan.

>> Przy białym winie myśli się o głupstwach; przy czerwonym winie mówi się głupstwa; przy szampanie robi się głupstwa. Henri Vidal.

>> Przy okrągłym stole zawsze siada za dużo ludzi.

>> Przyjaciół poznajemy w biedzie. Ale tylko biednych przyjaciół.

>> Przyjęcie koncepcji jednostronnego rozbrojenia byłoby czymś w rodzaju zachowania się dziewicy w burdelu. David Penhaligan.

>> Przypadkowy bohater nigdy nie wspomina o przypadku.

>> Przyrzekamy dużo, aby się uchylić od dania czegokolwiek.

>> Przyszłość literatury jest w aforyzmie. Nie można go sfilmować.

>> Przyszłość ludzi staje się jasna: będą lokajami robotów. Jules Romains.

>> Przyszłość, zanim wkracza, zawsze przedtem puka. Fran‡ois Mauriac.

>> Pustą głową łatwiej jest potakiwać.


R

>> Radykalne hasła łagodzą radykalne nastroje.

>> Reformatorzy są wyrzutem społeczeństwa, w którym żyją. Alberto Moravia.

>> Reinkarnacja to ostatnia szansa dla osłów.

>> Reklama to próba oddzielenia człowieka od jego pieniędzy. John Priestley.

>> Rewolucja - przewrót, po którym chłopi nie chcą płacić podatków komu innemu.

>> Romantycy nie wymyślili nieszczęśliwej miłości.

>> Rozporządzenia wykonawcze to wyjaśnienia do wyjaśnień, które wyjaśniają wyjaśnienie.

>> Rozważ, jak trudno jest zmienić siebie, a zrozumiesz, jak znikome masz szansę zmienić innych.

>> Róg obfitości od czasu do czasu zatyka jakaś szmata.

>> Również głupiec miewa czasami rozsądną myśl, tylko tego nie zauważa. Danny Kaye.

>> Różnica między Polakiem i Francuzem polega na tym, że jeden lubi kobietę rozebraną, a drugi nagą.

>> Róże więdną, ale nie kolce.

>> Rzadko kiedy czasy są surowsze niż ludzie. Norman Mailer.

>> Rządy nie uczą się niczego. Tylko ludzie się uczą. Milton Friedmann.

>> Rządzić to znaczy móc na wszystko powiedzieć: nie. Charles de Gaulle.

>> Rzecznik rządu to człowiek, który kicha, gdy rząd jest zaziębiony. Henri Tissot.

>> Rzeczywistość dzisiejsza jest bystrym strumieniem, w którym roi się od ludzi nie umiejących pływać. Tennessee Williams.

>> Rzeczywisty ból wystarcza, aby nas wyleczyć z cierpień urojonych.


S

>> Satyryk: facet rzucający się na czołgi nonsensu z butelką atramentu.

>> Samochód służbowy jest czymś, co każdy uważa za rzecz zbędną dopóty, dopóki sam w nim nie siedzi. Richard Nixon.

>> Są ideologie, które zniechęcają do pracy.

>> Są hotele, w których nie ma pcheł tylko dlatego, że pluskwy by im żyć nie dały.

>> Są ludzie, którzy mówią, że najnudniejszym dniem tygodnia jest niedziela - tak przywykli do swego codziennego kieratu.

>> Są ludzie, którzy tak bardzo wychwalają swój kraj, jak gdyby chcieli go sprzedać.

>> Są rzeczy, które trzeba zobaczyć, by wiedzieć, że ich nie warto oglądać.

>> Są wartości, dla których warto życie poświęcić. Cudze.

>> Są wzloty, po których nie można się podnieść.

>> Sąd: grupa ludzi orzekająca, która strona miała lepszego adwokata.

>> Sceptycyzm to elegancja strachu.

>> Science fiction istniała zawsze: mam na myśli prognozę pogody. Peter Ustinov.

>> Seks solą życia. Tylko kto widział objadać się solą.

>> Sęki są siłą drzewa.

>> Silny rząd rządzi krajem, silna opozycja rządzi rządem. Alberto Moravia.

>> Siła kobiet leży w tym, że są w stanie uznać złudzenia za rzeczywistość. Federico Fellini.

>> Siła przekonań nie dowodzi ich słuszności.

>> Skracać książki to przedłużać czytelnikom życie.

>> Slogan - środek na wzmocnienie płuc, szkodliwy dla mózgu.

>> Słabym pozostaje tylko jedna broń: błędy silnych. Georges Bidault.

>> Sława za życia i sława po śmierci to czasem za dużo. Trzeba umieć poprzestać na jednej.

>> Sławnym jest się wtedy, gdy jest się znanym ludziom, których - dzięki Bogu - nie zna się osobiście. Thornton Wilder.

>> Sojusz to małżeństwo, w którym zazdrość jest większa od miłości.

>> Społeczeństwo składa się z dwóch wielkich klas: jedni mają więcej posiłków niż apetytu, drudzy więcej apetytu niż posiłków.

>> Społeczeństwo syte, żyjące w dobrobycie, nie zadowala się kupowaniem książek; chce także kupować poetów. Leslie Fidler.

>> Spory nie trwałyby tak długo, gdyby brak słuszności był tylko po jednej stronie.

>> Spotkania na szczycie nie są widokiem dla mieszkańców nizin. John Gunther.

>> Spódnica maksi jest to próba ponownego uczynienia tajemnicy z czegoś, co przez wiele lat było szeroko reklamowane. Yves Saint-Laurent.

>> Stały felieton w gazecie jest jak regularny stolec na rozkaz. Malcolm Muggeridge.

>> Stare przesądy budzą śmiech, nowe - grozę.

>> Stary kawaler musi być stary, pan młody nie musi być młody.

>> Starzejący się mężczyzna całą noc zabiera się do tego, co niegdyś robił przez całą noc.

>> Starzy ludzie są niezwykle niebezpieczni. Przyszłość jest im obojętna.

>> Statystycznie udowodniono, że na każdą nieszczęśliwą starą pannę przypada przynajmniej jeden szczęśliwy mężczyzna.

>> Stosy nie rozświetlają ciemności.

>> Stosy - światła pozycyjne epoki.

>> Streszczajmy się. Świat jest przeludniony słowami.

>> Strip-tease jest to lekcja anatomii przy akompaniamencie muzyki. Frank Sinatra.

>> Strój kobiecy ma znaczenie tylko o tyle, o ile zachęca mężczyznę, by go z niej zdjął. Fran‡oise Sagan.

>> Sufler: ten, który ocala od zapomnienia.

>> Suma zer daje groźną liczbę.

>> Sumienie nie przeszkadza nam w popełnianiu grzechów, ale przeszkadza cieszyć się z ich popełnienia. Salvador de Madariaga.

>> Swobody obywatelskie są jak kapiszony: czuje się je dopiero wtedy, gdy się na nie nadepnie. Paul Reynaud.

>> Swoje trzy grosze każdy uważa za najlepszą monetę.

>> Syci niewolnicy są największymi wrogami wolności.

>> Symfonii nie wygrywa się na wierzbowych fujarkach.

>> Szczęście mniej zależy od pracy niż nieszczęście od lenistwa.

>> Szczyt głupoty zdobywa się bez wysiłku.

>> Szukając poparcia, łatwo zostać popychadłem.


Ś

>> Śmierć jest lekka. Tylko chwila przed zgonem jest straszna.

>> Śnił mi się Freud. Co to znaczy?

>> Świat jest mały tylko dla młodych.

>> Świat nie jest dla ludzi normalnych. Jest dla znormalizowanych.

>> Świat pełen jest wilków, które uskarżają się na rogi owiec. Alberto Moravia.

Źródło: http://www.elzab.com.pl/~michalp/aforyzmy/aforyzmy_polskie.html



Susan |2009-09-22| |20:49:26|
skomentuj (0)




Aforyzmy (k-n)

K

>> Kapitalizm bez bankructwa jest jak chrześcijaństwo bez piekła. Frank Borman.

>> Karą kłamcy nie jest to, że mu nikt nie wierzy, lecz to, że sam nie potrafi nikomu uwierzyć.

>> Karmieni nadzieją nigdy nie są syci.

>> Kartą wstępu do europejskiej kultury jest metryka chrztu.

>> Kary służą do odstraszania tych, którzy nie chcą grzeszyć.

>> Każda epoka ma własny obraz perwersji.

>> Każda dyktatura ma tylko jeden cel: utrwalanie swej władzy.

>> Każda książka, jak głos podany przez radio, dociera tylko do tych, którzy mają tę samą długość fali.

>> Każda myśl jest wyjątkiem ogólnej reguły, którą jest nie myśleć.

>> Każda rzecz ma dwie strony. Fanatycy widzą tylko jedną.

>> Każdy człowiek może umierać jako bogacz, jeśli zdecyduje się żyć jak biedak. Henry Gould.

>> Każdy dobry film można opowiedzieć w jednym zdaniu.

>> Każdy ma prawo do szczęścia, ale nie każdy ma szczęście do prawa.

>> Każdy rodzi się ateistą.

>> Kiedy dziewczyna ma piętnaście lat, nienawidzi mężczyzn i wszystkich chętnie by wymordowała, a w dwa lata później rozgląda się, czy któryś przypadkiem nie ocalał.

>> Kiedy film zdobywa sukces, wówczas jest to interes, kiedy nie ma sukcesu - jest sztuką. Carlo Ponti.

>> Kiedy gasną stosy, zaraz robi się jaśniej.

>> Kiedy jest za dużo rzeczy, które śmieszą, wtedy chce się płakać.

>> Kiedy ktoś marzy samotnie, to jest to tylko marzenie; kiedy marzymy wszyscy razem, to staje się to rzeczywistością. Dom Helder Camara.

>> Kiedy przestaje się kochać, to się nie płacze. Płacze się, kiedy ktoś przestaje nas kochać. Carla Lane.

>> Kiedy środki udają cele, wynikają stąd zawsze rzeczy jałowe.

>> Kiedy w polityce mądrzejszy ustępuje, popełnia nie tylko głupstwo, lecz i zbrodnię.

>> Kiepscy intelektualiści lubią być irracjonalni.

>> Kineskopy telewizorów to prezerwatywy rzeczywistości. Dieter Hildebrandt.

>> Klasyk nie zdałby egzaminu ze swych dzieł.

>> Klasyk to autor, którego się cytuje, ale nie czytuje. Sir Laurence Olivier.

>> Klient ma zawsze rację, gdy nie zawraca głowy.

>> Kłamstwo zdąży obiec pół świata, zanim prawda włoży buty. James Callaghan.

>> Kłopot prasy polega na tym, że nic co normalne, nie jest interesujące. Saul Bellow.

>> Knajpa: miejsce, dokąd się co wieczór chodzi po raz ostatni w życiu.

>> Koalicja jest to małżeństwo z rozsądku, które spędza miodowy miesiąc w oddzielnych łóżkach. Jean Marivaux.

>> Kobieta jest jak herbata w torebce: z jej mocy można zdać sobie sprawę tylko w gorącej wodzie. Nancy Reagan.

>> Kobieta jest mądrzejsza od mężczyzny, ale najwięcej rozumu musi zużyć na to, by ukryć ten fakt. Mary McCarthy.

>> Kobieta pisząca popełnia dwie zbrodnie: zwiększa ilość książek i zmniejsza ilość kobiet.

>> Kobiety dlatego mają w polityce tak mało do powiedzenia, że wolą głosować na mężczyzn niż na inne kobiety. Guy Laffargue.

>> Kobiety, które nie są sprzedajne, kosztują najwięcej. Fran‡ois Mauriac.

>> Kobiety, które pozwalają się zbyt szybko podbić, organizują później swój opór na zasadzie dywersji. Jean-Paul Belmondo.

>> Kobiety łatwiej niż mężczyźni przyznają się do błędów. Stąd opinia, że popełniają ich więcej. Gina Lollobrigida.

>> Kobiety nie kłamią, ale szminkują trochę prawdę. Danny Kaye.

>> Kobiety są jak przekład: piękne nie są wierne, wierne nie są piękne.

>> Kobiety żyją w przekonaniu, że mężczyźni, którzy umieją obchodzić się z pieniędzmi, umieją także obchodzić się z kobietami. Jean Paul Sartre.

>> Kochać można nawet rzeczy martwe. Nienawidzić tylko człowieka.

>> Kochanek to udoskonalony mąż.

>> Kolonie są jak banany: gdy tylko dojrzeją - odpadają. Michael Foot.

>> Komentatorzy to ludzie, którzy drapią innych, kiedy ich samych coś zaswędzi. Robert McNamara.

>> Komisja to grupa ludzi nieprzygotowanych, powołana przez niekompetentnych, do wykonania zadań niepotrzebnych.

>> Komisja to zespół, który tylko wtedy jest w stanie coś zdziałać, gdy składa się z trzech osób, z których jedna jest chora, a druga nieobecna.

>> Kompilator to autor książek z cudzych cytatów. Aforysta to autor cytatów dla cudzych książek.

>> Kompromis to sztuka podzielenia jednego ciasta tak, by każdy myślał, że dostał największy kawałek. Amintore Fantani.

>> Komputer jest logicznym dalszym rozwinięciem człowieka: inteligencją bez moralności.

>> Komputery to najmądrzejsze kretyni. Norman Mailer.

>> Komunikaty są jak stroje bikini: to, co ukazują, jest podniecające, ale to, co ukrywają, jest najważniejsze. Karl-Guenther von Hase.

>> Konferencja to kłótnia z porządkiem dziennym i protokółem. Louis Terrenoire.

>> Konieczność uwalnia od męki wyboru.

>> Kosmetyka - filozofia kobiet.

>> Kpimy z kiczów naszych rodziców, wyśmiewamy kicze naszych dziadków i podziwiamy kicze naszych pradziadków. Harold Nicholson.

>> Krytycy filmowi mają dziś ważną misję wyjaśnienia publiczności, dlaczego nigdy nie będzie ona w stanie zrozumieć żadnego filmu. Ren‚ Clair.

>> Krytycy to jednonodzy teoretycy skoku w dal. Harold Pinter.

>> Krytyk jest jak samochód: im gorszy, tym więcej robi szumu.

>> Krytyka jest czymś pośrednim pomiędzy plotką, denuncjacją a reklamą.

>> Krytyk to kwoka, która gdacze, gdy inni znoszą jajka. Giovanni Guareschi.

>> Książki o książkach, napisane na podstawie czytania książek o książkach, zajmują nam tyle czasu, że przestajemy czytać klasyków. T. B. Webster.

>> Kto boi się zrobić błąd, ten nigdy nie będzie robić historii. Andr‚ Malraux.

>> Kto chce się wzbogacić w ciągu jednego dnia, zostanie w ciągu roku powieszony.

>> Kto flirtuje z inflacją, zostanie przez nią poślubiony. Otmar Emminger.

>> Kto innych pomniejsza, nigdy nie będzie wielki.

>> Kto już nie kocha i nie błądzi, ten niech się da pogrzebać.

>> Kto ma dobrą pamięć, temu łatwiej o wielu rzeczach zapomnieć.

>> Kto na gorącą kobietę dmucha - ten się na zimnej sparzy.

>> Kto nic nie wie, musi wierzyć we wszystko.

>> Kto nie dba o konie, ten musi zabiegać o dobry bat.

>> Kto nie ma siły, by być uczciwym, nie ma jej też, by wierzyć w uczciwość innych.

>> Kto nie rozumie logiki, ten zwykle nie rozumie i tego, że jej nie rozumie.

>> Kto pisze dla potomności, ten nigdy nie będzie czytany. William Saroyan.

>> Kto patriotę obcego kraju uważa za drania, jest zwykle głupcem własnego.

>> Kto przesypia okazje, ten się niczego nie dochrapie.

>> Kto sądzi, iż zdoła się obejść bez całego świata, myli się bardzo; ale kto sądzi, że świat nie może się obejść bez niego, myli się jeszcze bardziej.

>> Kto sięga głęboko, zawsze musi dojść do mętnej wody.

>> Kto strzela z armaty do wróbla, może go najwyżej ogłuszyć.

>> Kto w polityce rąbie pięścią w stół, powinien najpierw upewnić się, że nie leżą na nim pinezki. Harry Truman.

>> Kto za dużo obejmuje, słabo ściska.

>> Kto za młodu nie jest rewolucjonistą, budzi podejrzenie, że jest sklerotykiem. Georg-August Zinn.

>> Kto żyje ze zwalczania wroga, zainteresowany jest tym, by wróg istniał jak najdłużej.


L

>> Lekarze nie leczą już ludzi, lecz ich reperują. Evelyn Waugh.

>> Lepiej być starą niż martwą. Brigitte Bardot.

>> Lepiej grać przed pustymi fotelami niż przed pustymi twarzami. Alec Guiness.

>> Lepiej jest w ostateczności uniewinnić zbrodniarza, niż skazać niewinnego.

>> Lepiej jest nie odzywać się wcale i wydawać się głupim, niż odezwać się i rozwiać wszelkie wątpliwości.

>> Lepiej nic nie mówić, niż głupio milczeć.

>> Lepsze minimum z maksimum niż maksimum z minimum.

>> Liberał to człowiek, który w czasie dyskusji nie może przyłączyć się do swego własnego poglądu. Robert Frost.

>> Licz się z własnym zdaniem.

>> Los jest ślepy, ale trafia bez pudła.

>> Lubieżne kobiety sądzą, że wszyscy mężczyźni są zwyrodnialcami.

>> Lubię dobrze wychowanych ludzi, wolałbym jednak lepiej wychowany naród.

>> Ludzi poznaje się po ich śmieciach. Oliver Brown.

>> Ludzie dziwią się, że od 27 lat jestem wierny żonie. Ale dlaczego miałbym szukać hamburgera, skoro mam pod ręką befsztyk. Paul Newman.

>> Ludzie, którzy nigdy nie mają czasu, najmniej pracują.

>> Ludzie mali popełniają głupstwa. Ludzie wielcy popełniają błędy.

>> Ludzie nie są gorsi niż dawniej, tylko sprawozdawczość na temat jego poczynań jest obecnie dokładniejsza. John Priestley.

>> Ludzie niechętnie wyzbywają się wad: wolą je równoważyć zaletami.

>> Ludzie o niezmiennych zasadach są jak samochody jadące po szynach. Roberto Rossellini.

>> Ludzie potykają się nie o góry, lecz o kretowiska.

>> Ludzie wstydzą się dziś, że ciągle jeszcze wstydzą się tego, czego wstydzili się dawniej. Jacques Tati.

>> Ludzie zabijają czas, żeby czas ich nie zabił.

>> Ludziom, którzy cierpią niesprawiedliwie, nie wystarczy sama sprawiedliwość. Chcą, żeby winowajcy też ucierpieli niesprawiedliwie. To odczują jako sprawiedliwość.

>> Ludziom wydaje się, że są lepsi, kiedy jest im lepiej.

>> Ludzkie umiłowanie fantazji bywa dziś zaspokajane zazwyczaj przez statystyków i buchalterów. George Hancock.


Ł

>> Łatwiej jest walczyć o zasady, niż żyć zgodnie z nimi.

>> Łatwiej uciąć cudzą głowę, niż zmienić w niej chociażby najdrobniejszą myśl.

>> Łatwiej stworzyć Boga, niż uwolnić się od jego kapłanów.

>> Łatwiej zniewagę przełknąć, niż ją strawić.

>> Łatwo jest bezkrytycznie krytykować.

>> Łatwo nauczyć się panować, trudno nauczyć się rządzić.

>> Łatwo wytrzymać próbę czasu, jeżeli nie jest to czas próby.


M

>> Malarz to człowiek, który maluje to, co sprzedaje. Artysta to człowiek, który sprzedaje to, co maluje. Pablo Picasso.

>> Mało co bywa staranniej zorganizowane niż tzw. spontaniczny bunt.

>> Mały człowiek rośnie, gdy zrozumie swoją małość. Wielki człowiek maleje, gdy zapatrzy się w swoją wielkość.

>> Małych poznać po koturnach.

>> Małżeństwo jest szkołą średnią przyjemności i uniwersytetem rezygnacji. Tennessee Williams.

>> Małżeństwo to bardzo sprawiedliwe urządzenie: żona musi codziennie gotować, mąż musi codziennie jeść. Alberto Sordi.

>> Mam nadzwyczaj prosty smak: zawsze zadowala mnie to, co najlepsze.

>> Mam zamiar przenieść się do Szwajcarii. Zawsze marzyłem o kraju, w którym góry są wyższe od podatków. Blaise Cendrars.

>> Marzeniem współczesnego człowieka jest przenieść się ze wsi do miasta po to, by później móc przesiedlić się z miasta na wieś. Alec Guiness.

>> Mądrość to jest to, co zostaje, kiedy zapomniało się już wszystko, czego nas uczono.

>> Mądry zawsze więcej się uczy od głupiego, niż głupiec od mądrego.

>> Menedżerowie mają rozwiązanie dla każdego problemu. Urzędnik ma problem z każdym rozwiązaniem. Guenter Hartkopf.

>> Męczennicy religii niszczonych nie bywają kanonizowani.

>> Mieć odwagę, nie znaczy mieć rację.

>> Mierzy się ponad cel, żeby trafić do celu.

>> Miłość bezinteresowna daje szczęście, a interesowna pieniądze.

>> Miłość bliźniego nie byłaby tak utrudniona, gdyby ten bliźni nie był tak blisko. Norman Mailer.

>> Miłość od pierwszego wejrzenia należy traktować z przymrużeniem oka.

>> Minister nie powinien żalić się na gazety. Nie powinien ich nawet czytać. Powinien je pisać. Charles de Gaulle.

>> Mistyka sprzyja mistyfikacjom.

>> Mity są tym bardziej nieśmiertelne, im mniej sensowne.

>> Młoda generacja ma także dziś respekt dla starości: dla starego wina, starej whisky i starych mebli. Truman Capote.

>> Młodzież dzisiejsza nie jest inna niż dawniej. W czasach, kiedy na świecie było tylko dwóch młodych ludzi - Kain i Abel - jeden z nich był przestępcą. Lord Aberdare.

>> Mniejsze zło jest zwykle trwalsze.

>> Mogę wam powiedzieć, jak zarabiać pieniądze w gazetach: trzeba być ich właścicielem. Roy Thomson.

>> Można sobie wyobrazić, że rzeka popłynie w górę, ale nie że w poprzek.

>> Mów szybko, czytaj powoli.

>> Mówi się, że władza demoralizuje. Ale brak władzy demoralizuje całkowicie. Dean Rusk.

>> Mówić trzeba prosto, a myśleć w sposób skomplikowany - nie na odwrót. Franz Josef Strauss.

>> Mówienie zawsze szkodzi: przed jedzeniem psuje apetyt, po jedzeniu - trawienie. Sandro Pertini.

>> Mózg człowieka to unerwiony wszechświat.

>> Mózg elektronowy nie może być namiastką ludzkiego bezmózgowia. Heinrich Drimmel.

>> Musical to sztuka mówiona dla tych, co nie umieją śpiewać, a sztuka śpiewana dla tych, co nie umieją mówić. Charles Aznavour.

>> Musimy się nauczyć tak znienawidzić wszelką złą pracę jak grzech.

>> Muzyka współczesna to pustynia, na której gdzieniegdzie można znaleźć wyplute pestki daktyli. Pablo Casals.

>> My bez polityki nie potrafimy się nawet przeżegnać.

>> Myślenie o śmierci przedłuża życie.

>> Myśli są jak kobiety. W tłumie robią mniejsze wrażenie niż pojedynczo.


N

>> Na cudzą nieczułość jesteśmy szczególnie uczuleni.

>> Na nic skrzydła, kiedy móżdżek ptasi.

>> Na niektórych tylko wtedy można liczyć, gdy się już nie liczą.

>> Na oburzenie moralne składa się 2 procent moralności, 48 procent oburzenia i 50 procent zawiści. Vittorio de Sica.

>> Na obczyźnie tyle rzeczy mi się nie podoba, że czuję się prawie jak w domu.

>> Na ślepym torze historii panuje największy ruch. Arnold Toynbee.

>> Nadmiar zaufania jest głupotą, nadmiar nieufności nieszczęściem.

>> Nadmiar zalet to duża wada.

>> Nagość jest kochanką braku wyobraźni.

>> Najgorętsze miejsca w piekle zarezerwowane są dla tych, którzy na ziemi wszystkiemu potakiwali. Robert Kennedy.

>> Najgorszą stroną sławy wielkich ludzi jest fakt, że na ich temat wolno rozprawiać byle idiocie.

>> Najlepiej podstawiają nogi karły. To ich strefa.

>> Najlepsza literatura nie mówi o najlepszych momentach ludzkości.

>> Najlepszą propagandą jest wypiekanie dobrego chleba.

>> Najlepszym barometrem ekonomicznym są żebracy: gdy zarabiają trzy razy tyle co profesorowie, to znaczy, że gospodarka jest dobra. Carlo Franchi.

>> Najmniejszy procent męskości posiada stuprocentowy mężczyzna.

>> Najpraktyczniejsze jest serce dzwonu, bije tylko w uroczystych momentach.

>> Najprzykrzejsza z manii prześladowczych - prześladowanie innych.

>> Najsmutniej nie tam, gdzie śmiech zakazany, lecz tam, gdzie obowiązkowy.

>> Najstraszniejszy jest głupiec, który ma cokolwiek słuszności.

>> Najszczęśliwsi są ci, których stworzono w jednym egzemplarzu.

>> Najtrwalszym elementem porozumień międzynarodowych jest papier. Peter Ustinov.

>> Najwięcej zielonych świateł jest na drodze do piekła.

>> Największe powodzenie mają banały inaczej powiedziane.

>> Największe świnie wymagają zazwyczaj od ludzi, żeby byli aniołami.

>> Największym nieszczęściem porządnych ludzi jest tchórzostwo.

>> Największym złem, na które cierpi świat, to nie siła złych, lecz słabość dobrych.

>> Należy swe szczęście dzielić, by je pomnożyć.

>> Największym wrogiem prawa jest przywilej.

>> Naprawdę niebezpieczny człowiek nigdy nie grozi.

>> Naród ma jedynie prawo być jako Państwo.

>> Naród to coś więcej niż klub konsumentów. Charles de Gaulle.

>> Nasza epoka jest parodią wszystkich poprzednich.

>> Nasze cnoty są bękartami naszych grzechów.

>> Nasze czasy można sprowadzić do prostej formuły: podróże kosmiczne plus seks. Jean Genet.

>> Naszym czasom przypadło odkrycie, że słowo jest rodzajem hałasu. Thornton Wilder.

>> Naukowcy usiłują przekształcić to co niemożliwe - w możliwe. Politycy często chcą przekształcić to co możliwe - w niemożliwe. Bertrand Russell.

>> Nawet najpiękniejsze nogi gdzieś się kończą.

>> Nawet święta krowa potrzebuje byka. Harold Pinter.

>> Nawet z tonącego okrętu wysiada się w pewnej kolejności.

>> Negacja bywa bardzo dogodną formą próżniactwa.

>> Nędza przeczy matematyce: gdy się ją podzieli na więcej ludzi, nie staje się mniejsza.

>> Nic dziwnego, że po oddaniu głosu nie mamy już nic do powiedzenia.

>> Nic na świecie nie zostało tak sprawiedliwie rozdzielone jak rozum: każdy uważa, że otrzymał dostateczną porcję. Jacques Tati.

>> Nic tak nie męczy jak cudzy wypoczynek.

>> Nic tak nie przeraża człowieka nowoczesnego jak perspektywa istnienia Boga. Emanuele Severino.

>> Nic tak nie zatruwa powietrza jak rozkładająca się przyjaźń.

>> Nie dość jest na świecie miłości i dobra, żeby wolno było z tego ofiarować coś istotom urojonym.

>> Nie dość zapewnić komuś zbawienie; trzeba mu jeszcze dać środki do życia.

>> Nie jest dobrze, gdy nauczycielami są ludzie uformowani przez epoki będące przedmiotem nauczania.

>> Nie każde bezprawie można naprawić, lecz każde prawo można zepsuć.

>> Nie każde stworzenie jest dla siebie stworzone.

>> Nie każdy, kto stracił wiarę w raj, zaczyna wierzyć w piekło.

>> Nie kupuje się róż tym, które są tańsze od kwiatów.

>> Nie liczmy na potomnych - na nas także liczyli nasi przodkowie.

>> Nie ma kobiet niezrozumiałych, są tylko mężczyźni niedomyślni.

>> Nie ma ludzi niezastąpionych. W razie potrzeby szewcy pieką ciastka, a głupcy uczą filozofii.

>> Nie ma nic piękniejszego jak przysłuchiwanie się milczeniu głupca. Helmut Qualtinger.

>> Nie ma nic straszniejszego niż czynna ignorancja.

>> Nie można rozmawiać serio z ludźmi nie mającymi poczucia humoru.

>> Nie należy przesadzać z demokracją. Nie chciałbym podróżować statkiem, którego kurs byłby określany głosowaniem załogi, przy czym kucharz i chłopiec okrętowy mieliby takie samo prawo głosu jak kapitan i sternik. William Faulkner.

>> Nie należy się gniewać na bieg wypadków, nic je to bowiem nie obchodzi.

>> Nie należy wspinać się na szczyt, jeśli się nie wie, co leży po jego drugiej stronie. Richard Nixon.

>> Nie należy wstydzić się ubóstwa. Istnieje o wiele więcej ludzi, którzy powinni wstydzić się swojego bogactwa.

>> Nie należy zanudzać telewidzów bardziej, niż jest to absolutnie konieczne. David Brinkley.

>> Nie odwracaj się tyłem do przodków.

>> Nie powiedziałabym, że biedni stali się biedniejsi, ale że stali się bardziej świadomi swojej biedy. Indira Gandhi.

>> Nie rozumiem, po co kobietom tyle pieniędzy. Jedzą mało, piją mało, nie grają, nie palą i nie mają przyjaciółek, które musiałyby utrzymywać. Jacques Tati.

>> Nie rób marmolady z owoców całego życia.

>> Nie rzeczywistość, ale skala naszych wymagań decyduje o stopniu zadowolenia.

>> Nie stałem się wegetarianinem dla swojego zdrowia, ale dla zdrowia kur. Isaac B. Singer.

>> Nie stawiaj sprawy na ostrzu noża, bo możesz ją zarżnąć.

>> Nie szanuje się kodeksów niemożliwych do przestrzegania.

>> Nie tylko kobiety przekonują się, że z naszej rycerskości został już prawie sam pancerz.

>> Nie w każdej muszli słychać morze.

>> Nie wie się nic o życiu, póki się nie zaakceptuje śmierci.

>> Nie władza korumpuje. Korumpuje lęk przed utratą władzy.

>> Nie wystarczy urodzić się człowiekiem, trzeba jeszcze nim być.

>> Nie zajedzie daleko, kto zamiast koni zmienia woźnicę.

>> Nie znam pisarza, który po otrzymaniu nagrody Nobla napisałby coś, co warte jest czytania. Robert Graves.

>> Niedobrze, gdy brudną sprawę ujawnia czysty przypadek.

>> Niedziwienie się niczemu to oznaka głupoty, a nie mądrości.

>> Niejedna maska tak się zużyła, że widać przez nią twarz.

>> Niejednego fatalny stan obuwia uchronił przed podjęciem zdecydowanych kroków.

>> Niektórzy chwalą się, że mówią to, co myślą. Nie rozumieją, że nie umieją myśleć. Noel Coward.

>> Niektórzy ludzie tak bardzo boją się śmierci, że nigdy nie zaczynają naprawdę żyć.

>> Niektórzy najbardziej pomagają, gdy nie przeszkadzają.

>> Niektórzy odnajdują miejsce na ziemi dopiero po swoim pogrzebie.

>> Niektórzy politycy są jak małe dzieci: wierzą, że dostaną wszystko, jeśli tylko będą głośno krzyczeć. Lady Astor.

>> Niektórzy wpadają na pomysł z takim impetem, że rozbijają go w puch.

>> Nierzadko czysty zysk pochodzi z brudnej roboty.

>> Nieskończoność można zmierzyć jedynie ludzką głupotą.

>> Nieśmiertelne są tylko rzeczy martwe.

>> Nietrudno o fantazję, gdy się ma pieniądze, trudniej o pieniądze, gdy się ma fantazję.

>> Nieudana komedia też może być niezłą zabawą.

>> Nieudana operacja to połowa udanej sekcji.

>> Niewiele byłoby zła na świecie, gdyby nie można go było popełniać w imię dobra.

>> Niewielu jest władców, którzy zaniedbując cnotliwych i lekceważąc uczonych, zdołaliby zachować władzę.

>> Niewielu z nas znieść może dobrobyt. Innych ludzi, oczywiście.

>> Niewykluczone, że Pan Bóg już niedługo będzie mógł liczyć wyłącznie na ateistów.

>> Niezależnie od tego, czy życie jest komedią, czy tragedią, wszyscy i tak dobijają się o role tytułowe.

>> Nigdy nie będzie szczęśliwy, kto dręczy się tym, że ktoś inny jest bardziej szczęśliwy.

>> Nigdy nie opieram się pokusie, ponieważ przekonałem się, że rzeczy, które mi szkodzą, nie kuszą mnie.

>> Nikczemne środki upodlają nawet najszlachetniejszy cel.

>> Nikt nie może dać więcej od tego, co wszystko stracił.

>> Nikt nie żąda od konstytucji, żeby była pisana wierszem. Ale żądają od wierszy, aby były pisane konstytucyjnie.

>> Niszczą dobre drzewa, żeby wydawać złe gazety. James Watt.

>> Nowe bogactwa i stare meble nieodparcie się przyciągają. Edouard Thielin.

>> Nowego kłamstwa słucha się chętniej aniżeli starej prawdy.

Źródło: http://www.elzab.com.pl/~michalp/aforyzmy/aforyzmy_polskie.html



Susan |2009-09-19| |20:47:08|
skomentuj (0)




Aforyzmy (f-j)

F

>> Fanatycy to ludzie, którzy intensywniej umierają, niż żyją.

>> Fałszywe argumenty zwalcza się najlepiej nie przeszkadzając w ich wykładaniu. Alec Guiness.

>> Film, który można opowiedzieć, to nie jest udany film. Michelangelo Antonioni.

>> Filozofia nie ma bezcennych wyników, lecz studiowanie filozofii daje wyniki bezcenne.

>> Filozofowie rozmaicie interpretowali świat. Idzie jednak o to, aby go nie zmieniać.

>> Formuła sztuki nowoczesnej stała się bardzo prosta: prowokacja plus reklama. Giorgio di Chirico.

>> Francja - kraj, w którym strych nazywa się mansardą.

>> Frazes - skrzyżowanie małego człowieka z wielką sprawą.

Na początek

G

>> Garb szpeci człowieka, ale zdobi wielbłąda.

>> Gdy Anglik pisze rozprawę naukową, to czyta się ją jak humoreskę; w Polsce humoreskę czyta się jak rozprawę.

>> Gdy człowiek krytykuje cudze utwory, czuje się jak generał.

>> Gdy człowiek nie ceni czegoś bardziej od życia, to życie to niewiele jest warte.

>> Gdy kobieta już dostatecznie długo była naga, patrzy się znowu na jej twarz. Norman Mailer.

>> Gdy maluję - szemrze ocean. Inni malarze pluskają się w wodzie fryzjerskiej. Salvador Dali.

>> Gdy mężczyzna prosi dziś o rękę kobiety, to znaczy, że resztę miał już wcześniej. Alberto Sordi.

>> Gdy mężczyzna utrzymuje kilka samochodów, to jest to dla niego uczuciowy odpowiednik haremu. John Hallibarton.

>> Gdy naród nie chce już czytać swych poetów, składa im hołdy. Alec Guiness.

>> Gdy obserwuje się, jak nasze czasy pysznią się odkryciem seksu, można się dziwić, że ludzkość nie wymarła przed wiekami. Jean Genet.

>> Gdy podchodzi się do drzwi, otwierają się automatycznie; gdy podchodzi się do człowieka, zamyka się automatycznie. Per Halvorsen.

>> Gdy się pomyśli, ile książek jest już na świecie i ile ich codziennie przybywa, to najprawdopodobniej Bóg przy następnym potopie posłuży się nie wodą, lecz papierem. William Faulkner.

>> Gdy tylko coś się nie udaje, to mówi się, że był to eksperyment. Robert Penn Warren.

>> Gdy tysiąc ludzi mówi to samo, to jest to albo vox Dei, albo wielkie głupstwo.

>> Gdy uczyć będziemy ludzi, jak powinni myśleć, a nie co powinni myśleć, to unikniemy wielu nieporozumień.

>> Gdyby ludzie myśleli o tym, co mówią, to nie mówiliby tego, co myślą.

>> Gdyby ludzie zachowywali się tak, jak zachowują się narody, to ubierano by ich w kaftany bezpieczeństwa. Tennessee Williams.

>> Gdyby Marsjanin czytał nasze gazety, doszedłby do wniosku, że Ziemianie składają się głównie z ministrów i morderców. Hermann Bondi.

>> Gdyby nie wyjątki, zasady byłyby nie do zniesienia.

>> Gdyby wszyscy politycy mówili jedynie o sprawach, na których się znają, byłoby o wiele ciszej na świecie. Groucho Marx.

>> Gdyby wszystkim głupcom zawiesić dzwonki na szyjach, ludzie mądrzy musieliby nosić watę w uszach.

>> Gdyby wynik wojny można było przewidzieć, żadnych by nie było.

>> Gdybym nawet wiedział, że jutro świat przestanie istnieć, to jeszcze dziś zasadziłbym drzewko jabłoni.

>> Gdzie nie ma sędziów, potrzebni są chociaż świadkowie.

>> Gdzie zaczyna się próżność, tam kończy się rozum.

>> Geniusz to człowiek rozwiązujący problemy, o których nie wiemy, że je mamy. Dean Martin.

>> Geniusz usprawiedliwia każdą metodę pracy.

>> Giną zawsze inni, bo gdy giniemy my, nie ma już innych.

>> Glista: żmija pozbawiona idei.

>> Głód jest wtedy prawdziwy, gdy człowiek patrzy na drugiego człowieka jako na obiekt do zjedzenia.

>> Głupiec uważa przypadek za szczęście.

>> Głupcy dzielą się dyletantów i fachowców.

>> Głupcom należałoby wymyślić trudniejszy sposób rozmnażania.

>> Głupstwa można mówić, byle nie uroczystym tonem.

>> Gorzkie prawdy z trudem się połyka, ale za to później korzystnie się odbijają.

>> Gospodarka nie jest pacjentem, którego można nieustannie operować. Ludwig Erhard.

>> Gra miłosna jest jak jazda samochodem: kobiety wolą objazdy, mężczyźni - skróty. Jeanne Moreau.

>> Gra miłosna jest z gier ruchowych stosunkowo najłatwiejsza.

>> Grafoman pisze byle jak o pięknych rzeczach, talent - pięknie o byle czym.

>> Gratulacje: najuprzejmiejsza forma zawiści.

>> Gwałt jest niemożliwy - kobieta z podniesioną spódnicą biegnie szybciej niż mężczyzna z opuszczonymi spodniami.

>> Gwiazdor to człowiek, który latami pracuje jak opętany, by zyskać popularność, a potem zakłada ciemne okulary, żeby go nie rozpoznano. Coco Chanel.

Na początek

H

>> Hipochondryk to osoba, która chce mieć bóle i sama je leczyć.

>> Historia jest najlepszym nauczycielem, ale ma najgorszych uczniów. Indira Gandhi.

>> Historia pełna jest wojen, o których każdy wiedział, że nie wybuchną. Enoch Powell.

>> Historia to tylko legenda, co do której wszyscy się pogodzili.

>> Historycy fałszują przeszłość, ideolodzy przyszłość.

>> Historycy to adwokaci, którzy bronią swoich klientów dopiero po ich śmierci. Harold Macmillan.

Na początek

I

>> I do zakutych łbów dostaje się woda sodowa.

>> I znowu człowiek wydaje pieniądze, których nie ma, na rzeczy, których nie potrzebuje, by imponować ludziom, których nie lubi. Danny Kaye.

>> Idea na krótko przed obumarciem wygląda najzdrowiej. Fran‡ois Mauriac.

>> Idealiści to ludzie, którzy się dla jakiejś sprawy zapalają. Ideologowie to ludzie, którzy dla jakiejś sprawy ochłodli. Ignazio Silone.

>> Idealnych kobiet jest tak samo mało jak idealnych mężczyzn, ale spotyka się je częściej. Hildegard Klef.

>> Idee nie są odpowiedzialne za to, co z nich czynią ludzie. Werner Heisenberg.

>> Idioci i geniusze są wolni od obowiązku rozumienia dowcipów.

>> Idol - to ideolog, z którym nie można dyskutować.

>> Ignoranci są wszechstronni.

>> Im bardziej radykalna jest lewica, tym bardziej lewe staje się centrum. Sir Keith Joseph.

>> Im bardziej skorumpowane państwo, tym więcej praw.

>> Im człowiek jest bogatszy w osądy, tym uboższy w przesądy. Henry Miller.

>> Im człowiek żyje dłużej, tym krótsze pisze życiorysy.

>> Im kobieta ma mniejszy biust, tym większy rozum. Nie wiemy jednak jeszcze, dlaczego tak się dzieje. Chris Kleinke.

>> Im lżejsza praca, tym cięższy odpoczynek.

>> Im mniej ludzie myślą, tym więcej mówią.

>> Im policja lepsza, tym kryminaliści sprytniejsi.

>> Im prostsze są ustawy podatkowe, tym bardziej są niesprawiedliwe. Franz Josef Strauss.

>> Im więcej ma się pieniędzy, tym więcej poznaje się ludzi, z którymi nic nas nie łączy oprócz pieniędzy. Tenneessee Williams.

>> Im więcej się dziś czyta książek, tym bardziej odnosi się wrażenie, że analfabetom nie dzieje się krzywda. Warren Brabrook.

>> Im większy rozum w młodości, tym mniejsza głupota na starość.

>> Impotenci rozpuszczają wieści o kryzysie miłości.

>> Inflacja jest jak ciąża: w legalny sposób nie można jej przerwać. Leon Henderson.

>> Inteligent jest to pasożyt wytwarzający kulturę.

>> Interpretacja zabija fakty.

>> Istnieją kraje tak słabo rozwinięte, że darowanie im niezależności miałoby taki sam skutek, jak darowanie dziecku brzytwy. Lord Beaverbrook.

>> Istnieją trzy rodzaje kłamstwa: przepowiadanie pogody, statystyka i komunikat dyplomatyczny. Jean Rigaux.

>> Istnieje tylko jedna grupa ludzi, która myśli o pieniądzach więcej niż bogaci, a mianowicie ubodzy.

Na początek

J

>> Jak wielu jest niepoczytalnych autorów.

>> Jak zachować pokój, pozostaje niestety tajemnicą wojskową.

>> Jaka szkoda, że tak krótki jest czas między okresami, gdy jest się za młodym a gdy jest się za starym.

>> Jako katolik dziękuję Bogu za heretyków. Herezja to tylko inne określenie wolności myśli. Graham Greene.

>> Jeden marzy o nieśmiertelności, drugi o emeryturze.

>> Jeden z grzechów głównych rządu polega na tym, że nie potrafi opisywać chmur bez rozwodzenia się na temat tęczy. Cecil King.

>> Jedna czysta owca może zatruć życie całej parszywej owczarni.

>> Jedną z najbardziej rozpowszechnionych chorób jest diagnoza.

>> Jedyna różnica między mną a wariatem to fakt, że nie jestem wariatem. Salvador Dali.

>> Jedyne zło, jakie prasa może wyrządzić człowiekowi, to wydrukować wiadomość o jego śmierci. EugŠne Ionesco.

>> Jedynie pierwotny strój Ewy nigdy nie wychodzi z mody.

>> Jedyny człowiek, któremu rzeczywiście potrzebny bywa frak, to człowiek z dziurą w spodniach. John Taylor.

>> Jest rzeczą zdumiewającą, że istnieją biskupi gotowi błogosławić okręty wojenne, bombowce lub wojska przed bitwą, a którzy potępiają regulację urodzin. Harrison Matthews.

>> Jesteśmy niewolnikami wskazówek zegara, więźniami kalendarzy, gońcami kont bankowych. Jean Anouilh.

>> Jeszcze nigdy w dziejach tak wielu nie mówiło tak wiele do tak wielu, mając do powiedzenia tak niewiele.

>> Jeśli chce się demokracji, trzeba pogodzić się z odrobiną nieudolności. Hugh Cubitt.

>> Jeśli chodzi o śmietankę towarzyską, to wolę szumowiny ludzkości.

>> Jeśli duch nacjonalizmu przedostaje się do literatury, to przestaje to być literatura. William Faulkner.

>> Jeśli kobieta mówi, że jest zmęczona życiem, znaczy to, że kogoś zamęczyła na śmierć.

>> Jeśli mędrcy zawodzą, to nie znaczy, że głupcy zbawią świat.

>> Jeśli pokój jest rzeczą dobrą, to ma swoją cenę. El Zayat.

>> Jeżeli ktoś jest niewierzący, nigdy nie wiadomo, w co uwierzy.

Źródło: http://www.elzab.com.pl/~michalp/aforyzmy/aforyzmy_polskie.html



Susan |2009-09-16| |20:43:37|
skomentuj (0)




Aforyzmy (a-e)

A

>> Abstynent - człowiek niepociągający.

>> Aforyzm jest ostatnim ogniwem długiego łańcucha myśli.

>> Aforyzmy są dowcipami filozofii.

>> Amerykanie są narodem, który zbudzić można jedynie trzykrotnym kopaniem w drzwi; ale potem już nie mogą zasnąć. Aldous Huxley.

>> Analiza uryny może wykryć chorobę jednostki, analiza urny - chorobę całego społeczeństwa.

>> Anglicy wychodzą nie żegnając się, a Polacy żegnają się nie wychodząc.

>> Antyki to przedwczorajsze kicze. Jacques Tati.

>> Artysta, który sprzeniewierza się prawdzie, natychmiast traci talent.


B

>> Badania opinii publicznej opierają się na fałszywej przesłance, że publiczność posiada opinię. Toto.

>> Badania w dziedzinie medycyny dokonały tak olbrzymiego postępu, że dziś - praktycznie biorąc - nikt już nie jest zdrowy. Bertrand Russell.

>> Bankier bez pieniędzy jest jak lekarz bez pigułek. George Woods.

>> Bardzo mały człowiek może rzucać bardzo duży cień.

>> Bardzo mnie boli, gdy umiera utalentowany człowiek, świat bowiem potrzebuje takich ludzi bardziej niż niebo.

>> Bardzo niewielu mężczyzn posiada klucz do serca kobiety, pozostali obywają się wytrychem.

>> Bądź uroczy dla swoich wrogów - nic ich bardziej nie złości. Carl Orff.

>> Bestsellery to świetne urządzenie: wiadomo jakie książki kupować i nie trzeba ich czytać. Danny Kaye.

>> Bez politycznej kultury suwerenny naród jest dzieckiem, które bawi się ogniem i może w każdej chwili podpalić dom.

>> Bezinteresowna przyjaźń może istnieć tylko między ludźmi o jednakowych dochodach. Paul Getty.

>> Bezużyteczną rzeczą jest uczyć się, lecz nie myśleć, a niebezpieczną myśleć i nie uczyć się.

>> Biurokracja to dobrze zorganizowana zaraza. Cyril Parkinson.

>> Biurokrata to człowiek, który do Brigitte Bardot zwraca się per "pani Sachs". Jean Gabin.

>> Błędy to proste sposoby na zdobycie doświadczenia przez lekarzy.

>> Bogacz rozdziera szaty, ubogi wychodzi ze skóry.

>> Bóstwa giną wraz ze swoimi wyznawcami.

>> Brak wstrząsów powoduje niepokój twórczy.

>> Brakujące ogniwo między zwierzęciem i człowiekiem to właśnie my. Konrad Lorenz.

>> Brudnemu chlew na myśli.

>> Brzydki nie dlatego jest brzydki, że ma zły gust.

>> Bunty są językiem nie wysłuchanych. Martin Luther King.

>> Być kompozytorem i nie być muzykiem to tragedia. Oznacza, że jest się geniuszem bez talentu. Nadia Boulanger.

>> Był czas, gdy aktorki chciały zostać gwiazdami; teraz mamy coraz więcej gwiazd, które chciałyby zostać aktorkami. Laurence Olivier.

>> Bywają dwa rodzaje ministrów finansów: jedni odchodzą w hańbie, a drudzy - we właściwym czasie. James Callaghan.

>> Bywają myśli tak głębokie, że pogrążają autora.


C

>> Całowanie w rękę nagiej kobiety jest stratą czasu. Jerzy Leszczyński

>> Cały kłopot polega na tym, że głupcy są pewni siebie, a mądrzy pełni wątpliwości. Helmut Schmidt.

>> Cały świat zwierzęcy jest pasożytem roślinnego.

>> Chcesz wiedzieć o nim prawdę? Policz, ile ma krawatów, a ile książek.

>> Cel wojny może być sprawiedliwy, ale środki nigdy.

>> Cenzura to reklama na koszt państwa. Federico Fellini.

>> Charakterystyczna cecha naszych czasów? Pornografia wkroczyła do salonów. John B. Priestley.

>> Chciałem zmienić świat. Doszedłem jednak do wniosku, że mogę jedynie zmieniać samego siebie. Aldous Huxley.

>> Chrystus wypędził handlarzy ze świątyni. Potem handlarze zmądrzeli: przywdziali szaty kapłańskie.

>> Ci, którzy przemawiają w imieniu Boga, powinni pokazać listy uwierzytelniające.

>> Ciasnota umysłowa się rozszerza.

>> Ciągle jeszcze łatwo jest zostać milionerem - pod warunkiem, że było się miliarderem. Bob Hope.

>> Cierpliwości - trawa z czasem zamienia się w mleko.

>> Cierpliwość nie jest cnotą rewolucjonistów.

>> Cnota jest w sercu, a nie gdzie indziej.

>> Cnota nie cieszyła się nigdy takim uznaniem jak pieniądz.

>> Co należy zrobić po upadku? To, co robią dzieci: podnieść się.

>> Co to jest wielbłąd? Koń zaprojektowany przez komisję. Hans Friederichs.

>> Cóż, że otwarta przyłbica, kiedy łeb zakuty.

>> Cudowna kobieta to taka, która nie wymaga cudów.

>> Cynizm jest to udana próba zobaczenia świata, jakim jest on w rzeczywistości. Jean Genet.

>> Czasami trzeba szukać samotności aż na balu.

>> Czasem bluźnierstwo bardziej zbliża do Boga niż modlitwa.

>> Czasem kilkadziesiąt milionów aspołecznych typów nazywamy społeczeństwem.

>> Czasem lepiej zbłądzić, niż zbyt nachalnie pytać o drogę.

>> Często smak życia odbiera apetyt.

>> Często szuka się sensu życia przy pomocy bezsensownych metod.

>> Często wybaczamy tym, którzy nas nudzą, lecz nie wybaczamy tym, których my nudzimy. Franciszek la Rochefoucald.

>> Człowiek czynu zawsze wygląda niestosownie między gadułami.

>> Człowiek głody nie interesuje się zupełnie jadłospisem, jaki ma mu być podany za lat dziesięć. Savi de Tove.

>> Człowiek jest istotą kruchą: wystarczy odrąbać mu głowę, żeby przestał żyć.

>> Człowiek kierujący się tylko rozsądkiem, myli się najczęściej.

>> Człowiek, który nikogo nie lubi, nieszczęśliwszy jest niż ten, którego nikt nie lubi.

>> Człowiek najgłośniej wydziera się w pieluszkach. Potem stopniowo spuszcza z tonu.

>> Człowiek tylko wówczas jest szczęśliwy, kiedy interesuje się tym, co tworzy. Erich Fromm.

>> Człowiek uczy się przez całe życie, z wyjątkiem lat szkolnych.

>> Człowiek uczyni wiele, by go lubiano, i uczyni wszystko, by mu zazdroszczono.

>> Człowiek woli patrzeć przez dziurkę od klucza niż przez lunetę. Karl Farkas.

>> Człowiek znacznie więcej wie, niż rozumie.

>> Człowiek zużywa dziś na wszystko mniej czasu i więcej pieniędzy, i właśnie to nazywa się u nas postępem. Frank Sinatra.

>> Człowiekowi konsekwentnemu łatwiej przychodzi zrezygnować z celu niż ze środków.

>> Czujemy tylko ten ząb, który nas boli.

>> Czy kto widział, żeby się glista załamywała?

>> Czy to nie śmieszne: nawet nasze czasy będą kiedyś nazywali dobrymi dawnymi czasami. Alberto Moravia.

>> Czy wielu zna nazwiska tych, którzy potępili Galileusza? Każdy pamięta jednak, w jakiej pracowali instytucji.

>> Czytanie gazet należy zaczynać od działu sportowego. Wiadomości sportowe odnotowują sukcesy ludzi, pierwsze stronice - porażki ludzi. Earl Warren.

>> Czytanie to jest odnajdywanie własnych bogactw i własnych możliwości przy pomocy cudzych słów.

>> Czytelnicy przyzwyczajeni są do tego, że pisarz to istota, która żyje za grosz, a mówi za milion, a nie odwrotnie.

>> Czyż nie jest dziwne, że ludzie tak chętnie walczą o religię, a tak niechętnie żyją zgodnie z jej zasadami.


D

>> Dach przecieka nie dlatego, że deszcz pada, ale dlatego, że w dachu dziura.

>> Daty są rodzynkami w historii.

>> Dawniej człowiek zaczynał się od porucznika, teraz od Mercedesa. Wilhelm Lenz.

>> Dawniej eksperymentowano w sztuce. Dziś eksperymenty mają być sztuką. Evelyn Waugh.

>> Dawniej młodzi mężczyźni szukali sobie żon. Teraz wyszukują sobie teściów. Diana Webster.

>> Dawniej oczekiwano w napięciu na nową książkę lub operę. Dziś ludzie oczekują w napięciu na nowy model samochodu. Sir Laurence Olivier.

>> Dawniej pacyfista wyglądał na wariata w realnym świecie, dziś jest realistą w zwariowanym świecie. Lord Soper.

>> Dawniej podania przekazywano z ust do ust - dziś z biurka na biurko.

>> Dekretem nie można zmienić obyczajów, ani odwrócić powodzi.

>> Demagog to człowiek, który obiecuje coś, czego inni nie są w stanie spełnić. Paul Henri Spaak.

>> Dementi to potwierdzenie w formie zaprzeczenia. Andr‚ Fran‡ois-Poncet.

>> Dementi to próba zastąpienia plotki kłamstwem. Roger Peyreffitte.

>> Dementi to tymczasowe zaprzeczenie faktu, który jutro zostanie potwierdzony. Richard Crossman.

>> Demokracja: mówisz, co chcesz, robisz, co ci każą.

>> Demokracja nie powinna iść tak daleko, żeby w rodzinie większością głosów decydować, kto jest ojcem. Willy Brandt.

>> Demokracja polega na tym, że trzeba innym pozwolić się wygadać. Pietro Nenni.

>> Demokracja wynika z przeświadczenia, że w zwykłych ludziach tkwią niezwykłe możliwości.

>> Dla jednych życie zaczyna się po czterdziestce, dla innych dopiero po setce.

>> Dla katolika nie może istnieć neutralność. Pan Bóg też nie jest neutralny. Richard Jeager.

>> Dla ministra finansów najbardziej miękką pościelą jest twarda waluta. Antoine Pinay.

>> Dla rządu przed wyborami drogi jest wyborca. Po wyborach drożeje wszystko inne. Jean Rigaux.

>> Dla sztuki nie są niebezpieczni podpalacze, ale strażacy. Bernard Buffet.

>> Dlaczego ludzie umieją lepiej umierać niż żyć? Dlatego, że żyć trzeba długo, a umrzeć można prędko.

>> Do tego, by mądrze się działo, potrzebne są młode ręce i stare głowy.

>> Dobra karykatura to prawda wytrawiona kwasem. Lee Marvin.

>> Dobre kobiety są lepsze niż dobrzy mężczyźni. Złe kobiety są gorsze niż źli mężczyźni. Marcel Achard.

>> Dobre, stare czasy, kiedy jazda samochodem była tańsza niż parkowanie. Fritz Hofmann.

>> Dobry mówca nie potrzebuje trybuny.

>> Dobrze jest, gdy cymbał odzywa się tylko od wielkiego dzwonu.

>> Dobrze, że człowiek nie może iść za własnym pogrzebem, bo by mu serce z żalu pękło.

>> Dobrzy ludzie są mniej dobrzy, a źli są mniej źli, niż to się wydaje.

>> Dogmat to nic innego jak wyraźny zakaz myślenia.

>> Dramatem naszej epoki jest to, że głupota zabrała się do myślenia. Jean Cocteau.

>> Drapacze chmur to gotyk bez Boga. Franco Lombardi.

>> Droga do prawdy wybrukowana jest paradoksami.

>> Dwa półgłówki to nie to samo, co jeden z głową.

>> Dyktatura to państwo, w którym wszyscy boją się jednego, a jeden wszystkich.

>> Dyplomacja to sztuka głaskania psa tak długo, aż gotów będzie kaganiec. Fletcher Knebel.

>> Dyplomata to człowiek, który dwa razy pomyśli, zanim nic nie powie.

>> Dyplomata to dobrze płatny urzędnik, który szyfrem przekazuje do domu to, co przeczytał trzy dni temu w gazetach. Duncan Cook.

>> Dzieci i wojskowi lubią się straszyć.

>> Dziewczyna to piec, w którym powli piecze się baba.

>> Dzisiejsi ludzie chcieliby pojutrzejsze życie kupić za przedwczorajszą cenę. Tennessee Williams.

>> Dziś rzeczywistą głową rodziny jest ten, kto decyduje, na jaki program nastawić telewizor. Peter Sellers.

>> Dziwne, że ludzie mogą myśleć o śmierci, kiedy jest tyle do zrobienia w życiu.

>> Dżentelmen to mężczyzna, który potrafi opisać kobietę bez posługiwania się rękami. Alec Guiness.


E

>> Egzorcyzmy pomagają tylko tym, którzy wierzą w złego ducha.

>> Ekspert to człowiek, który przestał myśleć - on wie.

>> Ekstremista to facet, który rozbija brudną szybę, zamiast ją umyć. Konserwatysta to ktoś, kto broni istniejącego zła. Liberał to człowiek, który chciałby zastąpić istniejące zło innym złem. Robert Byrd.

>> Eunuch sztuki miewa od czasu do czasu "sny o potencji".

Źródło: http://www.elzab.com.pl/~michalp/aforyzmy/aforyzmy_polskie.html



Susan |2009-09-13| |20:40:14|
skomentuj (0)




Idealna partnerka, Kimkolwiek jesteś, kocham cię!

Ale mnie naszło! Trzecią notkę z rzędu przygotowuję opowiadania. >>Ta<< strona jest naprawdę wyjątkowa! Poczytajcie, bo naprawdę warto. Dzisiaj będą dwa opowiadanka, ponieważ są dosyć krótkie. Oba te opowiadania są naprawdę wartościowe i przekazują ważną treść. Pierwsze chyba będzie dla wszystkich jasne, a nad drugim każdy powinien się zastanowić i dojść do jakichś wniosków. Ja nie będę nic mówić, niech to będzie sprawa indywidualna, bo wiadomo, że każdy może to odebrać inaczej. Naprawdę warto czasem pomyśleć o tak ważnych rzeczach jak miłość.

Idealna partnerka

Dawno, dawno temu do pewnego mistrza zen przyszedł człowiek i powiedział, że nie może znaleźć dla siebie partnerki, która by mu odpowiadała i którą kochałby do końca życia.

- A jaka miałaby być ta kobieta? - zapytał mędrzec.

Człowiek zastanowił się chwilę, a potem rzekł:

- Tęsknię do kobiety kochającej, mądrej, odpowiedzialnej, szlachetnej, radosnej, czułej, wrażliwej, delikatnej, pięknej, zmysłowej, zaradnej, silnej, samodzielnej... która kochałaby mnie do końca życia.

Dodał jeszcze kilka równie rzadkich cnót, po czym zapytał mnicha, co ma począć.

Mędrzec zajrzał mu głęboko w oczy i powiedział:

- Znam absolutnie pewny, lecz bardzo trudny sposób, dzięki któremu spotkasz właśnie taką kobietę.

- Jaki to sposób?! - zapytał ucieszony człowiek. - Jeśli mi go zdradzisz, oddam ci wszystko, co posiadam!

- Niczego od ciebie nie potrzebuję - odpowiedział mistrz. - Musisz mi tylko przysiąc, że z niego skorzystasz.

Człowiek przysiągł na wszystkie świętości, że zastosuje się do rady mędrca, a kiedy trochę się uspokoił, mistrz z naciskiem wyszeptał mu do ucha:

- Jeśli pragniesz spotkać kobietę kochającą, mądrą, odpowiedzialną, szlachetną, radosną, czułą, wrażliwą, delikatną, piękną, zaradną, silną i samodzielną - to najpierw sam musisz się takim stać. Tylko w ten sposób ją znajdziesz. A nawet jeśli jej nie spotkasz, nie będzie to już wtedy miało dla Ciebie większego znaczenia.

----------

Kimkolwiek jesteś, kocham cię!

Po cichej uliczce wielkiego miasta szedł sobie drobny staruszek, powłócząc nogami w jesienne popołudnie. Zeschłe liście przypominały mu każde przeszłe lato. Przed sobą miał długą, samotną noc w oczekiwaniu na kolejny czerwiec.

Aż nagle w stercie liści w pobliżu sierocińca, mała kartka papieru zwabiła jego wzrok. Zatrzymał się więc i podniósł ją trzęsącymi się dłońmi.

Czytając dziecinne literki, starzec wybuchnął płaczem, bo słowa paliły jego wnętrze niczym piętno.

"Kimkolwiek jest ten, kto to znalazł, niech wie, że go kocham.
Kimkolwiek jest ten, kto to znalazł, niech wie, że go potrzebuję.
Nie mam nawet z kim zamienić słowa,
Więc ten, kto to znajdzie, niech wie, że go kocham!"


Oczy staruszka spoczęły na budynku sierocińca i dostrzegły małą dziewczynkę z nosem smętnie przyklejonym do szyby.

I wiedział już, że wreszcie znalazł przyjaciółkę, więc pomachał do niej i posłał jej jasny uśmiech. Oboje wiedzieli też, że spędzą zimę razem, naśmiewając się z deszczu.

Naprawdę spędzili zimę, śmiejąc się z niepogody, rozmawiając przez płot i obsypując się drobnymi podarkami, które dla siebie zrobili. Staruszek rzeźbił dla niej przepiękne zabawki, dziewczynka zaś rysowała mu obrazki, na których piękne panie spacerowały w słońcu i zieleni drzew, i oboje dużo się śmiali.

Lecz dnia pierwszego czerwca dziewczynka podbiegła do płotu, by pokazać starcowi swój nowy rysunek, a jego tam nie było.

Przeczuwała jakoś, że on już nie wróci, pobiegła więc do pokoju, wzięła kredki i papier i napisała...

"Kimkolwiek jest ten, kto to znalazł, niech wie, że go kocham.
Kimkolwiek jest ten, kto to znalazł, niech wie, że go potrzebuję.
Nie mam nawet z kim zamienić słowa,
Więc ten, kto to znajdzie, niech wie, że go kocham!"


Susan |2009-09-10| |22:40:33|
skomentuj (0)




Dostatek, Miłość i Sukces

Hej! Dzisiaj mam kolejne bardzo piękne opowiadanie, z tej samej strony co ostatnio. To opowiadanie naprawdę przekazuje wartościową treść. Przeczytajcie, a będziecie wiedzieli, o czym mówię :)

Dostatek, Miłość i Sukces

Pewna kobieta podlewała rośliny w swoim ogrodzie, kiedy zobaczyła trzech staruszków, z wypisanymi na twarzy latami doświadczeń, którzy stali naprzeciw jej ogrodu.

Ona nie znała ich, więc powiedziała:

- Nie wydaje mi się, abym was znała, ale musicie być głodni. Wejdźcie, proszę, do domu i zjedzcie coś.

Oni odpowiedzieli:

- Nie ma w domu męża?

- Nie, odpoczywa, nie ma go w domu.

- W takim razie nie możemy wejść - odpowiedzieli.

Przed zmierzchem, kiedy mąż wrócił do domu, kobieta opowiedziała mu to, co się zdarzyło.

- A więc, skoro wróciłem, zatem poproś ich teraz, aby weszli.

Kobieta wyszła, aby zaprosić trzech mężczyzn do domu.

- Nie możemy wejść wszyscy do domu - wyjaśnili staruszkowie.

- Dlaczego? - chciała się dowiedzieć kobieta.

Jeden z mężczyzn wskazał na pierwszego ze swoich przyjaciół i wyjaśnił:

- On ma na imię "Dostatek".

Następnie wskazał drugiego:

- On ma na imię "Sukces", a ja mam na imię "Miłość". Teraz wróć i zdecyduj razem z Twoim mężem, którego z nas zaprosicie do waszego domu.

Kobieta weszła do domu i opowiedziała swojemu mężowi wszystko, co powiedzieli jej trzej mężczyźni. Ten się ucieszył:

- Jak pięknie!! Zaprosimy Dostatek, aby wszedł i wypełnił nasz dom!!!

Jego żona nie zgadzała się i spytała:

- Mój drogi, dlaczego nie mielibyśmy zaprosić Sukcesu?

Ich córka słuchała tej rozmowy i weszła im w słowo:

- Nie byłoby lepiej, gdybyśmy pozwolili wejść Miłości? W ten sposób nasza rodzina byłaby pełna miłości.

- Posłuchajmy rady naszej córki, powiedział mąż do żony. Pójdź i zaproś Miłość, niech będzie naszym gościem.

Żona wyszła i spytała:

- Który z Was to Miłość? Niech wejdzie, proszę i będzie naszym gościem.

Miłość usiadła na wózku i ruszyła w kierunku domu. Także dwaj pozostali podnieśli się i ruszyli za nią. Trochę zdziwiona kobieta pyta Dostatek i Sukces:

- Zaprosiłam tylko Miłość, dlaczego idziecie także wy?

Oni odpowiedzieli razem:

- Jeżeli zaprosiłabyś Dostatek lub Sukces, pozostali dwaj zostaliby na zewnątrz, ale zaprosiłaś Miłość, a tam gdzie idzie ona, idziemy i my.


Tam, gdzie jest Miłość, jest też Dostatek i Sukces.

Susan |2009-09-07| |22:26:31|
skomentuj (0)




Bajka o Miłości i Szaleństwie

Na dzisiaj przygotowałam bajkę. Nie napisałam jej sama, ale znalazłam na stronie, gdzie było dużo ładnych opowiadań. Jedno z nich (Bajka o Miłości) już jest na moim blogu. Poniższe opowiadanie też już kiedyś czytałam, ale nie umieściłam go na blogu, bo wydawało mi się smutne. Faktycznie jest trochę smutne.. ale za to wartościowe. W każdym razie warto przeczytać, więc zapraszam do lektury :)

Bajka o Miłości i Szaleństwie

Powiadają, że pewnego razu spotkały się na Ziemi wszystkie uczucia i cechy ludzkich istot.

I tak:

Gdy Znudzenie ostentacyjnie ziewnęło po raz trzeci, Szaleństwo, jak zwykle obłędnie dzikie, zaproponowało:

- Pobawmy się w chowanego!

Intryga, niezmiernie zaintrygowana, uniosła tylko lekko brwi, a Ciekawość, nie mogąc się powstrzymać, spytała z typowym dla siebie zainteresowaniem:

- W chowanego? A co to takiego?

- To zabawa - wyjaśniło żywo Szaleństwo - polegająca na tym, iż ja zakryję sobie oczy i powoli zacznę liczyć do miliona. W międzyczasie wy wszyscy dobrze się schowacie, a gdy skończę liczyć, moim zadaniem będzie was odnaleźć. Pierwsze z was, na którego kryjówkę trafię, zajmie moje miejsce w następnej kolejce.

Podekscytowany Entuzjazm zaczął tańczyć w towarzystwie Euforii, Radość podskakiwała tak wesoło, iż udało się jej przekonać do gry Wątpliwość, a nawet Apatię, której nigdy niczym nie dało się zainteresować.

Jednakże nie wszyscy chcieli się przyłączyć. Prawda wolała się nie chować, w końcu i tak zawsze ją odkrywano. Duma stwierdziła, że zabawa jest głupia, ale tak naprawdę w głębi duszy gryzło ją, iż pomysł wyszedł od kogo innego. Tchórzostwo z kolei nie chciało ryzykować.

- Raz, dwa, trzy - zaczęło liczyć Szaleństwo.

Najszybciej schowało się Lenistwo, osuwając się za pierwszy lepszy napotkany kamień. Wiara pofrunęła do nieba, a Zazdrość ukryła się w cieniu Triumfu, który z kolei wspiął się o własnych siłach hen! Na sam szczyt najwyższego drzewa.

Wspaniałomyślność długo nie mogła znaleźć dla siebie odpowiedniego miejsca, gdyż wszystkie kryjówki wydawały się jej idealne dla przyjaciół: krystalicznie czyste jezioro było wymarzonym miejscem dla Piękności, dziupla - w sam raz dla Nieśmiałości, motyle skrzydła stworzono dla Zmysłowości, powiew wiatru okazał się natomiast najlepszy dla Wolności. W końcu Wspaniałomyślność schowała się za promyczkiem słońca.

Z kolei Egoizm znalazł sobie, jak sądził, wspaniałe miejsce: wygodne i przewiewne, a co najważniejsze - przeznaczone tylko, tylko dla niego. Kłamstwo schowało się na dnie oceanów, a może skłamało i tak naprawdę ukryło się za tęczą?

Pasja i Pożądanie w porywie gorących uczuć, wskoczyli w sam środek wulkanu. Niestety wyleciało mi z pamięci, gdzie skryło się Zapomnienie, lecz to przecież mało ważne.

Gdy Szaleństwo liczyło dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć,Miłość jeszcze nie zdołała znaleźć sobie odpowiedniego miejsca.

W ostatniej chwili odkryła jednak zagajnik dzikich róż i schowała się wśród ich krzaczków.

- Milion - krzyknęło na końcu Szaleństwo i dziarsko zabrało się do szukania.

Od razu, rzecz jasna, odnalazło schowane parę kroków dalej Lenistwo. Chwilę potem usłyszało Wiarę rozmawiającą w niebie z Panem Bogiem. W ryku wulkanów wyczuło natomiast obecność Pasji i Pożądania. Następnie, przez przypadek, odnalazło Zazdrość, co szybko doprowadziło je do kryjówki Triumfu. Egoizmu nie trzeba było wcale szukać, gdyż jak z procy wyleciał ze swej kryjówki, kiedy okazało się, iż wpakował się w sam środek gniazda dzikich os.

Trochę zmęczone szukaniem Szaleństwo przysiadło na chwilę nad stawem i w ten sposób znalazło Piękność. Jeszcze łatwiejsze okazało się odnalezienie Wątpliwości, która, niestety, nie potrafiła się zdecydować, z której strony płotu najlepiej się ukryć.

W ten sposób wszyscy zostali znalezieni: Talent wśród świeżych ziół, Smutek - w przepastnej jaskini, a Zapomnienie... cóż, już dawno zapomniało, iż bawi się w chowanego.

Do znalezienia pozostała tylko Miłość. Szaleństwo zaglądało za każde drzewko, sprawdzało w każdym strumyczku, a nawet na szczytach gór i już, już miało się poddać, gdy odkryło niewielki różany zagajnik. Patykiem zaczęło odgarniać gałązki...

Wtem wszyscy usłyszeli przeraźliwy okrzyk bólu. Stało się prawdziwe nieszczęście! Różane kolce zraniły Miłość w oczy.

Szaleństwu zrobiło się niezmiernie przykro, zaczęło prosić, błagać o przebaczenie, aż w końcu poprzysięgło zostać przewodnikiem ślepej z jego winy przyjaciółki.

I to właśnie od tamtej pory, od czasu, gdy po raz pierwszy bawiono się na Ziemi w chowanego, Miłość jest ślepa i zawsze towarzyszy jej Szaleństwo.

Susan |2009-09-04| |22:20:14|
skomentuj (0)




Góry Skaliste od strony informacyjnej ;)

Na dzisiaj przewidziałam notkę informacyjną o Górach Skalistych. Ostatnio wam powiedziałam, że taką notkę zrobię, więc taka oto się pojawia :) Chciałabym wam serdecznie polecić nasze Góry Skaliste, bo urlopy, które tam spędzamy zawsze miło wspominamy. Bo tam jest po prostu fajnie, co tu dużo mówić ;) Źródło dzisiejszych informacji pochodzi ze strony --> http://portalwiedzy.onet.pl

Skaliste Góry, Rocky Mountains, Montagnes Rocheuses, Ouachita
, potężny łańcuch górski o przebiegu południkowym, na obszarze USA i Kanady, stanowiący wschodnią część Kordylierów. Długość ok. 4000 km, szerokość do 700 km. Najwyższe wzniesienie Mount Elbert (4399 m n.p.m.). Góry cechują się złożoną budową geologiczną, z przewagą skał osadowych w części wschodniej, a granitów i gnejsów w części zachodniej. Składają się z wielu pasm górskich, szereg z nich przekracza 4000 m n.p.m.

Kanadyjska część pasma tworzy zwarty wał górski o wysokości do 3954 m n.p.m. (Robson), opadający na wschód ku Wielkim Równinom, na zachód ku tektonicznemu obniżeniu zwanemu Rowem Gór Skalistych. Na terytorium USA pasmo rozszerza się. W części zachodniej znajduje się krystaliczny batolit Idaho, bogaty w kruszce cynku i ołowiu, miedzi, złota, srebra i manganu. Na wschód od niego wyróżnia się region Yellowstone ze sławnym parkiem narodowym, cechujący się występowaniem zjawisk powulkanicznych.

Dalej na południe Skalistych Gór wznoszą się powyżej 4000 m n.p.m. (Gannet Peak, 4202 m n.p.m.), a następnie łańcuch rozdziela się na dwie części, pomiędzy którymi znajduje się sztywna płyta wyżyny Kolorado. Wschodnią część obejmuje najwyższe pasma łańcucha. Prócz najwyższego Park Range (4399 m n.p.m.) znajdują się tu Sangre de Cristo (Blanca Peak, 4364 m n.p.m.) i Front Range (Longs Peak, 4351 m n.p.m.). W ich południowym przedłużeniu leży nieco niższe, ale wyraźnie wyodrębniające się pasmo Sacramento (Sierra Blanca Peak, 3659 m n.p.m.), a następnie - już w Meksyku − Sierra Madre Wschodnia.

Zachodnia część jest nieco niższa, poza pasmem Uinta (Kings Peak, 4123 m n.p.m.) nie przekracza 4000 m n.p.m. Wyższe partie Skalistych Gór cechują się rzeźbą alpejską, liczne są, zwłaszcza w części północnej, współczesne lodowce górskie. Cechą charakterystyczną Skalistych Gór są rumowiska i złomiska skalne o zróżnicowanej genezie, którym góry zawdzięczają swoją nazwę.

Klimat górski, na północy umiarkowany, dość wilgotny, na południu cieplejszy i bardziej suchy. Niższe części stoków są silnie zalesione, wyższe pokryte formacjami trawiastymi. Wnętrza kotlin śródgórskich w części południowej cechują się roślinnością półpustynną. Góry Skaliste są obszarem źródłowym wielu ważnych rzek, m.in.: Saskatchewan, Missouri, Arkansas, Rio Grande, Kolorado, Kolumbia, Fraser. Wzdłuż pasma biegnie główny wododział amerykański.

Góry Skaliste przecina siedem dróg kolejowych i kilkanaście szos, wykorzystujących poprzeczne obniżenia łańcucha (tzw. bramy) oraz niższe przełęcze. Niekiedy rozszerza się pojęcie Gór Skalistych na całą wschodnią część Kordylierów, włączając weń Góry Selwyn, Mackenzie i Brooksa na północy, a nawet Sierra Madre Wschodnia na południu.

Teraz parę zdjęć z Gór Skalistych ^_^













I na tym zamykamy tematykę gór na najbliższy czas. Jest na blogu bardzo dokładny opis naszych wakacji, są też informacje o tym miejscu, w którym na tych wakacjach byliśmy, czyli o Górach Skalistych. Nic dodać, nic ująć. Mogę co najwyżej powtórzyć raz jeszcze, że naprawdę wakacje nam się udały i wszyscy jesteśmy z nich bardzo zadowoleni. Było super! Cudownie!! Po prostu.. fantastycznie!!! :) I wam też polecam Góry Skaliste, jako miejsce letniego (lub zimowego) wypoczynku, jest tam pięknie i warto tam pojechać. No, to tyle na dziś. Do następnej notki! ;* Trzymajcie się, papa! :D


Susan |2009-09-01| |22:32:38|
skomentuj (0)




Nasze wakacje! :)

Hejka! Dzisiaj krótka nocia, bo już późno. Poza tym nie mam dzisiaj do opowiadania hollywoodskich akcji V.I.P.u ;) Przede wszystkim.. wróciliśmy z wakacji! Wróciliśmy, tak jak planowaliśmy, 25 sierpnia. Dzisiaj mamy już.. 29. Nie pisałam przez parę dni, bo po podróży to byłam kompletnie nie do życia, źle się czułam i naprawdę nie chciało mi się nic robić, a już na pewno nie pisać. W ogóle ostatnio nie włączałam komputera, jakoś zbrzydła mi rozrywka przy komputerze. No więc do środy to właściwie źle się czułam, chociaż najgorzej czułam się we wtorek. Nie wiem co mi było, w ogóle nie chciało mi się jeść, byłam jakaś taka.. no nie wiem, dziwna, nieswoja. W środę już mi było trochę lepiej, musiałam się zresztą poczuć lepiej, ponieważ poszłam do pracy. Narobiło mi się trochę zaległości, więc teraz pracuję też po godzinach. Środa, czwartek i piątek to były bardzo pracowite dni dla mnie. Dzisiaj już miałam wolniejszy dzień, no a jutro to niedziela, zawsze wolna :) W związku z moim złym samopoczuciem i dużą ilością pracy, co wiąże się też ze zmęczeniem, dość długo nie pisałam. Ale mam nadzieję, że mi to wybaczycie ;) W dzisiejszej notce opiszę wszystko, co mam wam do powiedzenia o naszych wakacjach. Więc zaczynamy.
Wyjechaliśmy w sobotę 15 sierpnia z samego rana. My, czyli - 7 V.I.P.ów (Val, Max, Kay, Nikki, Tasha, Quick i Johnny), ja, Ted, Jane, Michael, Melanie, Magnus, Burn, Marc, Niki i Fritz. Po południu byliśmy na miejscu. Ale ta podróż mnie tak nie zmęczyła, czułam się bardzo dobrze i byłam bardzo zadowolona, że wreszcie jestem na wymarzonych wakacjach! Przyjechaliśmy do trzygwiazdkowego hotelu. Jej, mówię wam, jakie tam wszystko było piękne.. czyściutkie, lśniące, nowe, po prostu wybitnie urządzone. Wszystko było białe - białe ręczniki, białe pościele, ściany jaśniutkie, zasłonki, mydełka, wielka jasna, wręcz błyszcząca nowością łazienka w każdym pokoju, piękne meble - tym razem z ciemnego drewna - oj, mówię wam, wszystko tam, w tym hotelu było tak jasne, czyste, lśniące i piękne, że aż strach było cokolwiek dotknąć. Naprawdę! Tylko dywan był tam taki granatowy. O, i drzwi były z ciemnego drewna, duże, ale gładziutkie, jak jedwab. A hole! Pachniały nowością! Wyłożone pięknymi, mięciutkimi, jasnymi dywanami, o - śliczne lampki tam były - cała masa pięknych lampek! To znaczy lampki to były wszędzie, w pokojach też, bardzo ozdobne. A na holach stały w różnych miejscach śliczne, białe rzeźby, przeważnie Aniołki. Cudowne! Trudno uwierzyć, że taki luksus jest w trzygwiazdkowym hotelu. Ja bym go oceniła na pięć. No i była duża sala restauracyjna, a jak przyjechaliśmy, to trwały właśnie przygotowania do wielkiej nocnej imprezy. Więc.. po południu się zakwaterowaliśmy, przegryźliśmy coś, rozejrzeliśmy się po tym wspaniałym hotelu, chodziliśmy z góry na dół i ciągle kogoś spotykaliśmy, bo nas tam w końcu dużo było. Odwiedzaliśmy się w pokojach i powoli szykowaliśmy się. Szykowaliśmy się właśnie na tą wielką nocną imprezę! Tak, tą imprezę przygotowywano dla nas. Na rozpoczęcie wakacji urządziliśmy sobie taką balangę, jak na jakieś wesele! Od dwudziestej do czwartej (niektórzy do piątej) rano jedliśmy, bawiliśmy się, tańczyliśmy. Było po prostu super! Byłam już naprawdę zmęczona o trzeciej w nocy, ale po prostu szkoda mi było zostawić całą zabawę i iść spać do pokoju. No, było mi po prostu żal to wszystko zostawić na parterze i oddalić się na pierwsze piętro do pokoju, żeby iść spać. Więc siedziałam do czwartej rano. Ale na drugi dzień byłam nieprzytomna! Spałam ledwo pięć godzin i poszłam na wspólne śniadanie w tym luksusowym hotelu. Ja po prostu nie wyobrażam sobie, jak można codziennie spać tylko pięć (lub mniej) godzin, tak jak Tasha. Nie wyobrażam sobie takiego życia. Tyle, że dla Tashy pięć godzin snu to jak dla mnie dziewięć, bo ona ma już taką fizjologię. Jest przyzwyczajona do ogromnego wysiłku codziennie (wystarczy pomyśleć o jej dwóch bardzo ciężkich pracach, a jeszcze kilka godzin w ciągu dnia Tasha uprawia sport!), a małej ilości snu. Cóż, widocznie to taki typ człowieka. Quickowi też wystarcza tak gdzieś siedem godzin snu. Ja muszę spać osiem, żeby być naprawdę wyspana. No cóż, różni są ludzie. W każdym razie ja na drugi dzień, w niedzielę ledwo żyłam. W związku z tym, że byłam okropnie zmęczona bardzo źle się czułam. Ale na szczęście tylko rano, bo po południu mi przeszło i nawet poszłam na pierwszy spacer do miasta. Na obiad zjadłam wielką porcję spaghetti! Bardzo lubię tą potrawę. Aaa, no nie napisałam o najważniejszej rzeczy, która miała miejsce w niedzielę (oprócz tego, że niestety nie byłam na Mszy Świętej w tą niedzielę). Otóż - po bardzo wykwintnym i obfitym śniadaniu (najbardziej zdumiewający na tym śniadaniu był dla mnie widok tylu rodzajów herbat naraz - tam chyba były wszystkie możliwe smaki! Nie oglądałam wszystkich, ale wybrałam sobie mandarynkową - ona mi w ogóle nie pasowała do śniadania, ale była bardzo dobra ;D) wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do miasta oddalonego o 30 km od naszego, tego, w którym był ten hotel. Tam mieliśmy dopiero wynajęte pokoje w willi, z której był tak niesamowity widok na góry, jakiego jeszcze nigdy nie miałam z willi w górach. Dopiero tam wszyscy się rozpakowaliśmy i zadomowiliśmy, bo - to właśnie w domowej atmosferze, a nie w luksusie chcieliśmy spędzić nasze wakacje w górach. Tak. W małej willi jest naprawdę o wiele milsza atmosfera niż w wielkim luksusowym hotelu. Chociaż Quickowi bardziej podobało się w hotelu. No, ale nieważne. Tylko tą wielką imprezę na rozpoczęcie wakacji chcieliśmy urządzić w hotelu, bo w willi by się przecież nie dało. A tam się naprawdę świetnie bawiliśmy. Ta impreza to naprawdę była jedna z najlepszych imprez, na jakich byłam. Co prawda nie umiem za dobrze tańczyć, ale.. wytańczyłam się na tej balandze niesamowicie! Było extra, bardzo miło wspominam ten wieczór. No.. noc :) A od niedzieli już do końca urlopu byliśmy w mieście obok, w zwyczajnej, ale za to bardzo przyjemnej willi. No :D Podłoga tam skrzypiała, łóżka skrzypiały (moje jako jedyne nie skrzypiało! ;P), dużo było drewnianych wykończeń, ale pokoiki były jasne i bardzo milusie ;P W telewizji mieliśmy trzy kanały (a Quick i tak cały wolny czas właściwie spędzał przed telewizorem :/), ale po co więcej, skoro większość czasu spędzaliśmy w górach? No właśnie. Mnie się bardzo w tej willi podobało. Mieliśmy tarasik, z którego naprawdę były niesamowite widoki. I pogoda - cudowna. No, wymarzona po prostu, lepszej się nie dało mieć. Dosłownie jeden dzień tylko było pochmurno (ale nie padało), ale przydał nam się jeden dzień odpoczynku, przynajmniej mieliśmy okazję pochodzić po mieście, połazić po sklepach i pokupować pamiątki. Musiałam przecież przywieźć coś Elle i Jacobowi! I Sowie. Szkoda, że z nami nie pojechali. Bo było naprawdę super! Ale dosyć ogółów. Teraz trochę konkretniej. W sobotę już mówiłam - przyjechaliśmy do hotelu, bawiliśmy się od wieczora do samego rana, w niedzielę pojechaliśmy do miasta obok, do ślicznej willi. W poniedziałek, na początek wybraliśmy sobie łatwy, tzw. spacerowy szlak. No cóż, nie dla wszystkich był spacerowy. Faceci oczywiście mieli dobrą kondycję to szli z przodu, potem szła Jane z kimś tam w podobnym tempie, a na końcu wlokłyśmy się ja, Val, Max i Kay. O, Jane szła z Melanie i Niki. Druga Nikki szła z przodu. Cóż, nasza "końcowa czwórka" była całkiem zmęczona szlakiem, który np. na Nikki nie wywarł żadnego większego wpływu, oprócz przyjemności spacerowania. Haha :D No, ale na pewno nie byłam nawet w połowie tak zmęczona jak po tej naszej nocnej imprezie. Co to, to nie ;P Narobiłam trochę zdjęć w czasie tego naszego poniedziałkowego spacerku nad wodospad, bo.. lubię to robić :) Po południu oczywiście wróciliśmy do willi, a tam to już każdy przychodził do kogo chciał do pokoju i gadaliśmy, graliśmy (wzięłam dużo różnych gier ^_^), oglądaliśmy telewizję, czytaliśmy książki.. na gadaniu czas najszybciej uciekał, dlatego wieczór minął nam bardzo szybko. Po długiej przespanej nocy zaczął się... wtorek :)
We wtorek wybraliśmy sobie bardzo trudny i daleki szlak, wysoko w górę. Ktoś taki jak Nikki trochę to odczuł, ale ja, Val, Max i Kay to po prostu wymiękałyśmy! Wlekłyśmy się tak na szarym końcu, że reszta ciągle musiała na nas czekać, żebyśmy się nie rozdzieliły. Cóż, nie mamy dobrej kondycji. A właściwie to z naszej czwórki Val ma najlepszą kondycję, i Max. One mogłyby iść szybciej, przynajmniej z Jane, Melanie i Niki, ale wolą zostać ze mną i z Kay, bo my tam na końcu mamy spotkania towarzyskie i gadamy naokrągło. Wszyscy mówią, że przez to dodatkowo się męczymy. Ale jakbym miała cały czas tylko iść i do nikogo się nie odzywać, to czas okropnie by mi się dłużył, a moje myśli ciągle byłyby skupione na zmęczeniu. A tak, jak sobie przyjemnie gawędzimy to czas leci o wiele szybciej, nie czuć tak zmęczenia, no i - jest przyjemniej i dużo weselej :) Stwierdziłam, że mamy bardzo niezorganizowaną grupę, trudno zresztą żeby kilkanaście osób o bardzo różnej kondycji szło razem jednym tempem. No, nieważne. W rezultacie wszyscy dotarliśmy do schroniska na samym szczycie, tam coś zjedliśmy, odpoczęliśmy, a na dół to już zjechaliśmy wyciągiem. Czyli druga część naszej wtorkowej wycieczki była o wiele luźniejsza ;) Na wyciągu też jeszcze trochę odpoczęliśmy, więc do miasta każdy miał siłę dojść. Tam w naszej ulubionej knajpce zjedliśmy pyszny duży obiad, a następnie wróciliśmy do willi. Tam wreszcie mogliśmy poleżeć ;) Wyspaliśmy się, a następnego dnia..
..czyli w środę, postanowiliśmy zrobić sobie dzień odpoczynku po poprzednim trudnym szlaku i pojechaliśmy do malutkiej uzdrowiskowej miejscowości, która znajdowała się niedaleko od naszego miasta. Tam pochodziliśmy trochę po naprawdę spokojnym i cichutkim mieście, zwiedziliśmy trochę, zjedliśmy lody, przejechaliśmy się dorożką pod wyciąg gondolowy, wykupiliśmy bilety, wjechaliśmy na górę, pstryknęliśmy parę zdjęć, zjechaliśmy na dół i wróciliśmy do naszego miasteczka, do naszej willi. Nie byliśmy po tej wycieczce szczególnie zmęczeni, chociaż też sporo się nachodziliśmy. Po południu, w willi, oczywiście spędzaliśmy czas ze sobą, czyli - dużo gadaliśmy i graliśmy w bardzo różne gry. No, niektórzy (w tym Quick) oglądali telewizję. Quick raz tylko grał w kości, a raz w karty i to krótko. Poza tym w wolnym czasie właściwie tylko oglądał telewizję, no i trochę rozmawiał z kolegami. Ale muszę przyznać, że ten urlop, tak jak podejrzewałam, pomógł nam wszystkim bliżej zapoznać się z Melanie, która jest naprawdę bardzo fajną i miłą osóbką ;) Naprawdę przyjemnie spędza się z nią czas. Szczególnie polubiła Jane i to z Jane (i z Michaelem ;D) spędzała najwięcej czasu ;)
No, to tyle na temat środy. W czwartek znowu wybraliśmy się na trudniejszy szlak. Już nie tak trudny jak we wtorek, ale też dość męczący. Były piękne widoki na górze, gdzie wszyscy odpoczęliśmy i najedliśmy się przed drogą powrotną. Haa, bo teraz musieliśmy jeszcze zejść na dół, bo do wyciągu stamtąd kawał drogi ;) We wtorek to przynajmniej zjechaliśmy wyciągiem, a tu nie było tak dobrze. Od ciągłego hamowania, które jest niezbędne, kiedy się idzie cały czas ostro z góry bardzo bolały mnie nogi. I stopy mnie bolały, bo bardzo duża część naszego szlaku powrotnego przebiegała po kamieniach!! Cały czas, chyba przez godzinę, jak nie więcej - kamienie, kamienie, kamienie. Nogi mi odpadały po prostu. Byłam okropnie zmęczona. I doszłam do wniosku, że wejście na górę nie zmęczyło mnie tak (a przynajmniej nie sprawiło mi tyle bólu), jak droga powrotna. Bo wybraliśmy sobie inny szlak na wejście i inny na zejście. Wchodziliśmy bardziej stromym, ale krótszym i przeważnie przechodzącym w lesie, gdzie nie było tyle takich kamieni, jak w drodze powrotnej, która była zdecydowanie mniej stroma, ale za to dłuższa i w siedemdziesięciu procentach złożona z kamieni. No, ale doczłapaliśmy się wszyscy do restauracji, gdzie zjedliśmy porządny posiłek i stamtąd wróciliśmy już do willi. Oj, byłam naprawdę zmęczona, a przede wszystkim obolała. Ale przez noc organizm się zregenerował i następnego dnia byłam z powrotem w pełni sił ;)
Ten następny dzień to oczywiście piątek. Tym razem lekka trasa, ponieważ po południu postanowiliśmy zrobić sobie spotkanie towarzyskie, takie prawdziwe, na którym mieli być wszyscy, bo chodząc codziennie w góry jakoś nie widywaliśmy się wszyscy razem, żeby po prostu pogadać. Więc po dość spacerowym szlaczku zjedliśmy obiad i zrobiliśmy sobie, zgodnie z planami spotkanie w willi. Wszyscy się zebraliśmy, przy herbatce, kawce i ciasteczku i gadaliśmy i śmialiśmy się do późnego wieczora. Było super! To była całkiem duża impreza, tylko bez tańczenia ;P
W sobotę padał deszcz. A, nie, przepraszam - nie padał, chociaż cały dzień zanosiło się na deszcz, bo cały czas było zachmurzone niebo. W związku z nie najlepszą pogodą nie poszliśmy nigdzie w góry, bo baliśmy się, że zmokniemy albo, że nas jeszcze jaka burza złapie. Bo w któryś dzień była wielka burza z piorunami i z ulewą i z wiatrem, taka, że nam oświetlenie wywaliło, ale to na szczęście było późnym wieczorem, kiedy siedzieliśmy w willi i właściwie szliśmy spać. Ale muszę przyznać, że się wtedy bałam :D Ja się w ogóle burzy boję, na ogół. To znaczy, nie jak siedzę sobie w cieplutkim domku, ale jak jadę samochodem, czy właśnie na urlopie w górach - bardzo się boję, nawet jak jesteśmy w willi. W górach burzę słychać o wiele bardziej, bo odbija się echem i nosi swoje przerażające dźwięki przez wiele kilometrów. Ale nie o tym teraz ;P Więc w sobotę poszliśmy do miasta. W mieście, nawet jakby zaczęło padać to można wejść do knajpy czy do pierwszego lepszego sklepu i się nie zmoknie. W ostateczności można wrócić do domu, bo daleko nie jest ;) Zrobiliśmy sobie więc typowy wypad do miasta. Wchodziliśmy do każdego sklepu po kolei (właściwie wchodziłyśmy - większość facetów na naszej imprezie poprzedniego dnia sporo wypiło, więc nie czuli się najlepiej i nie wychodzili z willi xD) i oglądaliśmy pamiątki. Coś trzeba było sobie w końcu kupić, a do tej pory właściwie nie było okazji do połażenia po sklepach i prawie nic nie mieliśmy kupionego. Sobota była w takim razie dniem wielkich zakupów, nakupiliśmy pamiątek co nie miara, prezentów dla znajomych, pocztówek itp. W większości naszymi pamiątkami były - owieczki, których wszędzie było pełno. Ale one były (nadal są!) takie sympatyczne, że żal było je zostawiać w sklepach. Więc wróciliśmy do willi ze stadem owieczek i to nie jest przenośnia! ;P Potrzebny nam był taki jeden dzień na te zakupy, bo naprawdę po powrocie z gór nigdy nie było okazji, sił ani ochoty na chodzenie po sklepach. No, więc, mimo to, że w sobotę w góry nie poszliśmy dzień był bardzo udany. Po południu pograliśmy sobie w karty i w kości, pooglądaliśmy telewizję, pogadaliśmy i poszliśmy spać.
I zaczęła się niedziela. Na rano wstaliśmy do Kościoła, bo to bardzo ważne dla nas. Po Mszy pojechaliśmy do miasteczka obok, żeby wspiąć się na górę, niewysoką, ale za to, na której stał - zamek! Z daleka, z dołu bardzo ładnie wyglądał, było widać na najwyższej wieży żółtą flagę, która zaciekawiała turystów. Czyli nas ;) Szlak, który prowadził nas na górę był dość spacerowy, ale jeden odcinek był po kamieniach i to śliskich, po których - przyznaję się - bałam się iść. Bo ja jestem trochę niezdarna, a do tego mam śliską podeszwę. Bardzo łatwo u mnie o poślizgnięcie się. Ale na szczęście nic mi się nie stało, doszliśmy wszyscy cali na górę, a tam przywitał nas - turniej rycerski! Mniej więcej pół godziny przed naszym dojściem się zaczął. Oczywiście ten turniej nie był prawdziwy, to tylko taki pokaz, całkiem fajnie zorganizowany. Wszyscy mieli bardzo ładne, odpowiednie stroje, zbroje i uzbrojenie, które było prawdziwe, tylko rycerze nie robili sobie nim krzywdy. Pooglądaliśmy trochę, wspięliśmy się po długich ciemnych schodach na najwyższą wieżą (tu to były widoki!), skąd porobiliśmy dużo ładnych zdjęć i zeszliśmy na dół. Wróciliśmy na turniej kuszniczy. Niektórym strzelcom poszło bardzo dobrze i trafili w sam środek jabłka, które było zawieszone na tarczy. Ogólnie całe to przedstawienie było widowiskowe. Ale na dłuższy czas nie było tam co robić, więc zeszliśmy na dół. Potem pojechaliśmy z powrotem do naszego miasteczka, do naszej ulubionej knajpki na obiad. Stamtąd oczywiście udaliśmy się do willi, gdzie spędziliśmy popołudnie i wieczór. I oczywiście noc =)
I po tej nocy mieliśmy już.. poniedziałek. Ostatni dzień, właściwie. Zrobiliśmy sobie jeszcze spacer po górach. Chcieliśmy dojść do takich ładnych skałek, Owczych Skałek ;P Kolejne owieczki ;P No, ale do nich nie dotarliśmy. A dlaczego? Bo nie mogliśmy znaleźć drogi. Zapędziliśmy się kawał drogi za daleko. Potem (wiedząc już, gdzie jesteśmy) wróciliśmy się, tym razem bardzo dokładnie trzymając się mapy. I dostrzegliśmy drogę, tą właściwą, za strumyczkiem - tyle że była wąska i zarośnięta, więc nie chcieliśmy już tam iść ze względu na to, że mogły być tam kleszcze, żmije i inne zwierzęta. Boję się węży, ale muszę przyznać, że trochę mi było szkoda, że nie poszliśmy na te skałki i, że nie osiągnęliśmy celu podróży. O.K., było mi nawet bardzo żal. Ale z drugiej strony byłam zadowolona, że przynajmniej nikogo nie ukąsił wąż albo kleszcz. W zamian za to, że nie dotarliśmy do Owczych Skałek, poszliśmy nad strumyczek, zrobiliśmy sobie kilka zdjęć i wróciliśmy do miasta, na obiad. Potem do willi, odpocząć, bo w sumie zrobiliśmy kawał drogi, a potem, już tak pod wieczór wybraliśmy się na ostatni spacer. Poszliśmy połazić po mieście. Zjedliśmy lody, pospacerowaliśmy, poszliśmy na taki ładny skwerek, gdzie były różne gry, takie jak Air Hokey i niektórzy sobie grali. Inni siedzieli na ławkach, jedli lody i gadali ;P W sumie nie byliśmy już tam długo, ale było fajnie i cieszę się, że wybraliśmy się jeszcze ostatni raz spojrzeć na miasteczko i góry, bo było je bardzo dobrze widać z niektórych miejsc w mieście. Potem oczywiście wróciliśmy do willi. Spakowaliśmy się już, a następnego dnia, czyli we wtorek rano - wyjechaliśmy. Wcześniej jeszcze wstąpiliśmy do piekarni, bo tam mieli naprawdę świetne pieczywo. Nakupiliśmy więc dużo chleba i innego rodzaju jedzenia i pojechaliśmy do domu! Potem już wiecie, co było. Tego dnia (we wtorek) bardzo źle i dziwnie się czułam. Następnego dnia, w środę już mi było trochę lepiej. Nie wiem, czemu ta podróż tak mnie zmęczyła i wybiła z równowagi. Ale to nieważne, doszłam do siebie, a, co najważniejsze - wakacje się nam baaardzo udały! O, jeszcze jedno, bo zapomniałam o tym wspomnieć. Może nie uwierzycie, ale Tashy i Teda właściwie prawie nie widziałam na tym urlopie. Wszyscy chodziliśmy w góry razem, wszyscy - za wyjątkiem Tashy i Teda. Tasha bardzo by się nudziła, chodząc z nami, bo my nie wybieraliśmy sobie ciężkich szlaków. Dwa mieliśmy w sumie takie cięższe, chociaż dla Tashy to by była pestka. Tasha i Ted, jak wyruszyli w poniedziałek, to wrócili do willi dopiero w czwartek i tylko dlatego, że Tedowi skończyła się bateria w aparacie, a zapomniał wziąć zapasowe. Oczywiście oni wędrowali pół dnia, wieczory spędzali w schroniskach, gdzie też nocowali, a następnego dnia rano zawsze wyruszali w kolejną podróż. Zrobili przynajmniej trzy razy tyle kilometrów co my. Ale opowiadam dalej. W czwartek, jak mówiłam wrócili dopiero do willi. W piątek zrobili sobie lżejszy szlak, bo Tasha po południu chciała wrócić do miasta, a wiecie dlaczego? Żeby się zająć sprawami CIA, o których naprawdę kompletnie zapomniała. Dopiero w czwartek jej się przypomniało o tym, że ma tu coś do zrobienia. Więc w piątek sporo zrobiła. Pracowała też w nocy, żeby zrobić jak najwięcej, a rano w sobotę, mimo brzydkiej pogody (nie wiem skąd Tasha wiedziała, że z tych chmur nie będzie padać) Tasha i Ted znowu wyruszyli w góry. Wrócili w niedzielę, pod wieczór, bo Ted chciał iść do Kościoła. Tasha w tym czasie poszła do miasta, żeby uregulować sprawy CIA. W poniedziałek po południu (po kolejnym długim szlaku w górach) Tasha skończyła to, co miała zrobić z CIA i we wtorek już wszyscy razem wróciliśmy do domu. Więc Tashy bardzo się powiodło. Z CIA wszystko udało jej się załatwić, trzeba przyznać, że na ostatnią chwilę, ale się udało i to najważniejsze :) Poza tym spędziła mnóstwo czasu z Tedem, czego nawet nie planowała. Szkoda tylko, że ja widziałam ją raptem trzy razy i to na krótko. A chciałam poprawić trochę nasze relacje, bo ostatnio nie możemy dojść do porozumienia. Ale o tym kiedy indziej. Wracając do tematu Ted jest też bardzo zadowolony z urlopu, a szczególnie z tego, że mógł spędzić dużo czasu z Tashą. A poza tym Ted lubi chodzić po górach, więc jest wypoczęty i szczęśliwy. Ja też lubię góry. Żal mi było wyjeżdżać! Czułam taką tęsknotę, tak, jakbym zostawiała tam coś. Trochę to smutne. Ale jak wróciłam, no, od środy zaczęłam się naprawdę cieszyć, że wróciłam do domu! Teraz też się cieszę. Tasha się cieszy, bo wreszcie wróciła do normalnego trybu dnia (chociaż tamten jej się też bardzo podobał, tylko była na siebie zła, że zapomniała o CIA) i ma dużo roboty, z czego jest zadowolona. Ja od środy też chodzę do pracy i też mam jej dużo, bo mi się narobiło zaległości. Na szczęście jutro jest niedziela! Odpocznę sobie. Lubię moje prace, i w sklepie, i w poradni, ale już jestem trochę zmęczona, bo zazwyczaj nie mam aż tylu spraw na głowie. Ale jutro odpocznę, a od poniedziałku będę już miała trochę mniej zajęć. No. Ojeju, szkoda, że wakacje tak szybko zleciały i już się skończyły... no, naprawdę w górach było CUDOWNIE!!! Kocham góry! Tegoroczne wakacje były piękne! Szkoda tylko, że takie krótkie ;P
PS.: Tasha i Ted chcieli też jechać na Grenlandię na urlop, ale chyba zrezygnują z tego pomysłu, bo Tasha teraz chce popracować. Niedługo Robert pojedzie na swój urlop, a w tym czasie Ted będzie musiał go zastąpić w pracy, tak samo, jak on zastępował Teda, kiedy Ted miał wolne. Więc chyba nic z tego ich wyjazdu nie będzie. Chociaż marzy im się taka wycieczka... =) No dobra, opisałam wam dzisiaj cały nasz pobyt w górach, od początku do końca, od 15 sierpnia do 25 sierpnia włącznie. Ojejku, jak tam było cudownie! Naprawdę, warto pojechać w Góry Skaliste, polecam wam to miejsce. O, następna notka będzie o Górach Skalistych, tak, na pewno. Nasze wakacje opisałam, bardzo dokładnie zresztą, ale w następnej noci będzie o samych górach, żeby wam je przybliżyć i polecić. O.K., to kończę. Miała być krótka notka, a jak zwykle wyszła bardzo długa! Jednak było dużo do opowiadania ;P Dobra, papa! Pozdrowienia!! Całuski!!! ;*


Susan |2009-08-29| |23:45:28|
skomentuj (0)




15 sierpnia, randki Jane, wyjazd w góry ;)

Hej! Na początek parę informacji o ważnym święcie, które jutro obchodzimy, czyli o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny.
Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny
Jest to największe święto maryjne. Obchodzone 15 sierpnia. Upamiętnia wzięcie do nieba Najświętszej Maryi Panny z duszą i ciałem. Dogmat o Wniebowzięciu NMP ogłoszony został przez papieża Piusa XII w 1950 r.
Kult wniebowzięcia praktykowany był już we wczesnym chrześcijaństwie. Zgodnie z tradycją Maryja, jako nieskalana grzechem, miała nie umrzeć lecz jedyne usnąć. Według jednej z apokryficznych opowieści w dniu zaśnięcia zjechali się z różnych stron świata apostołowie, by u podnóża Góry Oliwnej pochować ciało Matki Pana. Nie było wśród nich jednak Tomasza, który się spóźnił. Gdy wreszcie przybył, poprosił o otwarcie grobu Maryi. Grób okazał się pusty, wewnątrz nie było ciała, a na miejscu gdzie leżało znaleziono wianki i pachnące lilie.
Wniebowzięcie w polskiej tradycji ludowej nazywa się Świętem Matki Bożej Zielnej. W tym dniu ( w związku ze wspomnianą legendą) w kościołach święci się kwiaty, wianki i zioła. Na ziemiach polskich święto Wniebowzięcia należy do najdawniejszych uroczystości maryjnych. Najświętsza Maryja Panna Wniebowzięta została patronką metropolii gnieźnieńskiej w XI w.
Największe dzieło polskiej sztuki rzeźbiarskiej to ołtarz Zaśnięcia i Ukoronowania NMP w bazylice mariackiej w Krakowie.
Z tym największym świętem maryjnych wiąże się niezmiernie popularna tradycja pielgrzymek do sanktuariów maryjnych, a zwłaszcza na Jasną Górę.
Źródło: http://dziedzictwo.ekai.pl/
----------
No, mam nadzieję, że sobie poczytaliście i, że się podobało :) Teraz trochę opowiadań pamiętnikowych. Mam na myśli to, że po prostu opowiem, co u nas słychać :) Przez dwa dni za wiele się nie wydarzyło, a właściwie to takiego szczególnego nie wydarzyło się nic. Ostatnio miałam bardzo dużo ciekawych rzeczy do opowiadania, ale w związku z tym, że wszystko wam opowiedziałam, to teraz mam nie za wiele. Ale obiecałam, że napiszę o naszym wyjeździe w Góry Skaliste, więc napiszę. No i powiem, czy kolejna randka Jane się udała ;)
Ale na razie to tak: V.I.P. wyraził wstępną zgodę na udział w filmie Clarissy. To znaczy w filmie jej męża, ale już się przyzwyczaiłam do mówienia, że to film Clarissy, bo to w końcu ona przyszła poprosić V.I.P.y o udział, przyniosła scenariusz itd. W każdym razie wiadomo o co chodzi ;) No więc zaczęto przygotowania i zbieranie obsady. V.I.P. już jest, w końcu to główni bohaterowie, ale w filmie będzie występować jeszcze wiele innych osób, więc trzeba wszystko załatwić. No i różne inne rzeczy trzeba pozałatwiać, ale się na tym nie znam, wiem tylko, że to wszystko trochę potrwa. Ale myślę, że we wrześniu zaczną się zdjęcia. No, miejmy nadzieję, że wszystko się uda i zostanie wyprodukowany kolejny świetny film.. z V.I.P.ami, a w tym z moim Quickusiem, w roli głównej!! Ja tam się cieszę. V.I.P.y pewnie też. Nadal tylko nie mogę zrozumieć, że Tasha zgodziła się od razu na udział w tym filmie.. coś tu chyba nie gra. Aaa... Tashy pewnie chodzi o pieniądze, a wiadomo, że jak będzie grała główną rolę w filmie to dostanie "kupę szmalu", jak ona to mówi. No, to sprawa jasna ;) Ale może też jej chodzić o coś zupełnie innego, w końcu to Tasha, czyli jeden wielki x. Z nią tak naprawdę nigdy nic nie wiadomo, ale tego się już pewnie dowiedzieliście z samych moich opowiadań ;P
A jeśli chodzi o sprawy organizacyjne V.I.P.u to.. cóż, ostatni ich klient, czyli Rick McLine jest już całkowicie bezpieczny. Pisałam wam o tym w poprzedniej notce, bo nawet wam dokładnie opowiadałam jak wyglądała bankowa akcja, mająca miejsce pod bankomatem. Aktualnie V.I.P.y nie mają klienta. Do tej pory nikt się do nich nie zgłosił i w najbliższym czasie raczej się nie zgłosi, ponieważ jutro ochroniarze wyjeżdżają na urlop. A Tasha... nie zgadniecie. Znowu załatwiła sobie robotę w CIA. Podobno szef z Nowego Yorku, któremu to zgłaszała (zgłaszała mu to, ponieważ jest on jej bezpośrednim przełożonym) uznał, że Tasha chyba za dużo się angażuje, ale jest z niej bardzo zadowolony. Pytał nawet, czy Tasha nie jest zmęczona taką dużą ilością pracy. Bo ona albo pracuje bardzo dużo u siebie, w Los Angeles, albo wyjeżdża w inne miejsca, aby zająć się jakimiś nierozwiązanymi, czy nieskończonymi sprawami, które jednak należałoby w końcu zamknąć. Szef z NY (podczas rozmowy telefonicznej, oczywiście) zasugerował Tashy, żeby wzięła urlop, bo jeszcze nigdy nie słyszał od niej, że chce wziąć trochę wolnego. Ale Tasha powiedziała, że nie chce brać urlopu, bo bardzo lubi swoją pracę. No, szef jest z niej naprawdę dumny. Jakby tylko mógł (tak powiedział :D) to zaraz dałby jej kolejny awans, bo ona naprawdę na niego zasługuje; albo i medal! Tasha jest też zadowolona z takiego przebiegu rozmowy, ale najbardziej zadowolona jest z tego powodu, że będzie mogła tam, w górach, popracować i pozałatwiać sprawy CIA. A, gdyby to od niej zależało, to w V.I.P.ie też nie brałaby urlopu i na pewno by go nie wzięła, gdyby wszyscy jej najlepsi koledzy nie jechali na urlop. Tasha naprawdę uwielbia swoją pracę. W V.I.P.ie jeszcze bardziej niż w CIA, tylko w CIA jest szefową, więc może na więcej sobie pozwolić. A jak cały V.I.P. wyjeżdża na urlop to Tasha raczej musi się dostosować, bo nie chce zostać w LA całkiem sama. No, moim zdaniem to dobrze, bo Tasha wreszcie, choć trochę sobie odpocznie. Ale dosyć o niej, teraz o... jej siostrze (takiej udawanej xD), czyli o Jane =)
Jak wam mówiłam Jane zakochała się w Robercie, przyjacielu Teda, z wzajemnością, oczywiście. We wtorek byli na kolacji, w środę w kinie, w czwartek na spacerze w parku i na lodach. Dzisiaj poszli sobie do klubu, pograć w rzutki. Robert uczył Jane grać, bo on to chodzi nieraz z Tedem pograć, ale Jane nie za bardzo umiała. Teraz już idzie jej lepiej, poznała zasady dwóch odmian tej gry, no i rzucanie nie wychodzi jej najgorzej. Fakt, że Robert jest od niej o wiele lepszy, ale dawał jej fory, więc udawało jej się wygrać. Najważniejsze, że oboje mieli przy tym świetną zabawę ;) Miłość kwitnie! Po rzutkach Robert zaprosił Jane do kawiarni, na kawę i ciastko. Ogólnie rzecz biorąc.. Robert przepada za Jane i Jane przepada za Robertem! Ale nie są obsesyjnie zakochani, tylko bardzo lubią spędzać ze sobą czas. Robert żałuje, że nie jedzie z nami w Góry Skaliste. Ale Jane jakoś nie przeżywa, że będzie musiała przeżyć bez swojego Roberta 10 dni. To szybko zleci, a Jane ma przecież wielu przyjaciół, więc na pewno nie będzie się nudzić ;D
Teraz właśnie trochę o naszym wyjeździe w góry. A, a, a, czekajcie.. mam nowość! Will podobno ma misję w Górach Skalistych, na której od dwóch dni już jest. Ale to niestety nie jest misja w tym mieście, do którego my jedziemy. A szkoda, bo chętnie bym go poznała. Chociaż Kay mówiła, że Will przyjedzie również do naszego miasta. No nie wiem, jak to będzie. Cieszyłabym się, gdyby faktycznie do nas przyjechał. Z opowiadań Val, Max, Kay i Nikki słyszałam o nim same dobre rzeczy ;) A od Tashy to wiecie, co słyszałam.. same podejrzane rzeczy, włącznie z tym, że Will jest tajnym agentem FBI. Tasha nadal uważa, że Will śledził (lub śledzi) Ricka albo V.I.P., chociaż sama nie wie po co. No, ale nieważne, teraz o naszym wyjeździe w góry :)
Jacob i Elle niestety nie jadą z nami, ponieważ Jacob nie dostał teraz urlopu. Ale za to jedzie Burn, czyli kolega Magnusa, kiedyś wam chyba o nim opowiadałam. Burn to taki groźny dryblas z CIA ;) No, więc ostateczny skład, w jakim pojedziemy w góry to: (o ile o kimś nie zapomniałam) wszystkie V.I.P.y, Ted (ze wszystkimi zwierzakami Tashy), Jane, ja (ze swoją myszką Krysią), Magnus, Burn, Michael (ze swoim kotkiem Jackie'm), Melanie, Marc (z Rexem), Niki i Fritz. Łącznie naliczyłam siedemnaście osób ^_^ No i cała masa zwierzaków do tego ;) Ale będziemy mieszkać w dużej willi. Pozwalają tam na trzymanie zwierząt. I tak głównie będziemy chodzić po górach, po południu będziemy zwiedzać miasto, a dopiero na wieczór będziemy wracać do willi. Tam zamierzamy głównie grać, dobrze się bawić, dużo gadać i spędzać czas razem. Jak mówiłam Tasha (tylko nie wiem kiedy) będzie załatwiać znowu jakieś sprawy z CIA do tego wszystkiego. Ogólnie rzecz biorąc.. mam nadzieję, że to będzie wspaniały urlop! Powiem jeszcze raz: wyjeżdżamy jutro, czyli 15 sierpnia, a wracamy 25 sierpnia. To w sumie wychodzi 10 dni. Nie będę miała tam ani komputera, ani internetu, więc przez te 10 dni, kiedy będę w górach, nie będą się pojawiały notki na blogu. To już mówiłam, ale wolę powtórzyć, żeby wszystko było jasne. Jak wrócę, to napiszę notkę :) Więc na razie to tyle. Pozdrowionka!!! Papa! ;*
P.S.: Dopiero mi się przypomniało! Skarbu, którego wszyscy szukali nad jeziorkiem, nikomu nie udało się znaleźć. Ale to może nawet i dobrze, bo jeszcze byłyby z tego jakieś kłopoty.. no dobra, papa! ;)


Susan |2009-08-14| |22:10:32|
skomentuj (0)




Bankowa akcja, nowa miłość, powrót Oliwki, misja Nikki i kolega Tashy :)

Cześć! Dzisiaj jest o czym pisać, ponieważ pojawiło się u nas wiele nowości =) W tytule notki mamy dzisiaj same tajemnicze tytuły, bo ponazywałam wszystko, o czym będę dzisiaj opowiadać. No, nie wszystko, na koniec dodam jeszcze parę słów o naszym wyjeździe w góry, o Clarissie i może o czymś jeszcze, zależy czy mi się coś jeszcze przypomni, o czym mogłabym napisać. Ale zaczynamy od początku.
"Bankowa akcja" zdarzyła się w poniedziałek. Rick, czyli bogaty klient V.I.P.ów wyszedł po południu do bankomatu. Tasha, Quick i Nikki poszli z nim, żeby go chronić. Nikt nie spodziewał się ataku ze strony złoczyńców, którzy kiedyś strzelali do Ricka. A tu - niespodzianka! Rick wypłacał swoje pieniądze z bankomatu (podobno Tasha wygrała 150 tysięcy dolarów w pokera, ale wydaje mi się, że to nie Rick jest jej winien te pieniądze; no ale nieważne, i tak nigdy, choćby nie wiem co, nie dowiem się, jak to naprawdę było). Tymczasem Tasha i Quick stali w pobliżu, obserwując uważnie otoczenie. Nikki była ukryta niedaleko, w samochodzie, również czujna. Aż tu nagle.. pewna grupa ludzi, która niby zwyczajnie przechodziła po chodniku podeszła do Ricka. Kobieta, która stała na czele czterech mężczyzn powiedziała: "Idziesz z nami". Rick nie reagował, tylko dziwnie się patrzył, bo nic z tego nie rozumiał. Kobieta po jakichś dwóch, trzech sekundach powtórzyła to, co przed chwilą powiedziała, tyle że tym razem wyjęła pistolet. W tym samym momencie swoje pistolety wyjęli również Tasha i Quick i wycelowali w kobietę. Dosłownie ułamek sekundy później czterej mężczyźni również stali z pistoletami, tyle że oni mierzyli w Tashę i Quicka. Rick odezwał się ze strachem w głosie: "Może by tak jednak.. opuścić broń..?". W tym momencie wszystkie pistolety bandytów skierowały się na Ricka. Tasha i Quick stanęli pomiędzy Rickiem a piątką bandytów. Teraz wszystkie pistolety były skierowane na ochroniarzy. Tasha powiedziała, że wszyscy są otoczeni przez agentów i lepiej nie strzelać. To był oczywiście blef, Tasha chciała zyskać szansę, bo na razie była ona.. nikła. Dowodząca grupą przestępczą kobieta rozejrzała się wokół, ale nic nie zauważyła. Nie pozostawało jej jednak nic innego, a tylko uwierzyć w to, co mówiła Tasha. W takim razie powiedziała, żeby Tasha kazała swoim agentom nie strzelać i poradziła żeby wszyscy położyli pistolety spokojnie na ziemi. Tasha wyraziła na to swoją zgodę, przez mikrofon w uchu powiedziała do swoich agentów (czyli do Nikki xD), żeby odłożyli broń, kiwnęła głową i wszyscy bardzo ostrożnie, cały czas patrząc na przeciwników odłożyli swoje pistolety na ziemię. Nogą każdy odsunął swoją broń i wszyscy, nie widząc innego rozwiązania stanęli w pozycjach do walki. Rozpoczęła się więc bitwa, w dodatku niesprawiedliwa - pięciu na dwóch. Rick odsunął się i patrzył na przebieg sytuacji, chocaż za wiele nie widział, ponieważ wszyscy bardzo gwałtownie się ruszali. Dwóch mężczyzn biło się z Tashą, kolejnych dwóch - z Quickiem. A szefowa tej grupy wykorzystała nieuwagę agentów ochrony. Przemknęła pomiędzy polem walki, obejrzała się jeszcze za siebie, żeby się upewnić, że nikt nie widzi tego, co robi i wyciągnęła rękę w kierunku pistoletu, leżącego na ziemi. I rozległ się strzał. Natychmiast wszyscy przerwali walkę. Rozejrzeli się dookoła. Po prawej stronie (patrząc od ulicy) Rick leżał na ziemi. Po lewej klęczała na chodniku szefowa grupy, tyłem do nich. Wszyscy patrzyli się to w jedną stronę, to w drugą, ponieważ nie wiedzieli, kto strzelał i do kogo. Wszyscy byli raczej przekonani, że klient nie żyje. Szefowa grupy przestępczej klęczała, więc raczej nic jej nie było. Nikt nie wiedział co ma robić. Nastała po prostu cisza. Nikt się nie ruszał, nikt nic nie robił. Nikt nie miał pojęcia, kto strzelał i co się właściwie stało. Wszystko jednak wskazywało na to, że to klęcząca kobieta strzeliła, bo kto inny? Po chwili tego milczenia kobieta po lewej stronie padła na ziemię. Teraz w ogóle wszyscy byli totalnie oszołomieni. Przecież był jeden strzał. Czemu w takim razie oboje: szefowa grupy i Rick leżą bez ducha? Na to pytanie każdy chciał poznać odpowiedź. Więc bandyci wzięli się z powrotem do bitwy. Tasha i Quick bronili się, oczywiście. Teraz bitwa nabrała dużo bardziej groźnego wymiaru, wszyscy byli spięci, zdenerwowani i zszokowani tym, co się przed chwilą stało. Każdy walczył zacięcie, nie myśląc wcale o tym, co robi, ale o tym, co się wydarzyło. Klient leżał na ziemi bez ducha, kobieta również padła bez życia. Przecież był jeden strzał. Nikt tego wszystkiego nie rozumiał. W końcu Tasha się wściekła. Musiała wiedzieć, co się dzieje. Załatwiła wreszcie tych dwóch bandytów, Quick też. Oboje podbiegli do Ricka przestraszeni.
- Rick, żyjesz? - zapytała Tasha i razem z Quickiem obrócili go na plecy.
- Żyję, a co? - zapytał Rick uśmiechnięty. Tasha się wściekła (mimo to poczuła dużą ulgę :D), wstała, wzruszyła ramionami, powiedziała coś pod nosem. Quick również wstał z pozycji pół-siedzącej, tyle że on się lekko zaśmiał. Żadne z nich nie patrzyło się w tym momencie na Ricka. Ten ostatni zapytał z małym wyrzutem, nie wiedząc o co chodzi ochroniarzom:
- No co?
- Co? - zapytała wściekła Tasha. - CO?! - powtórzyła sporo głośniej. Podniosła Ricka za koszulkę, tak, że jego plecy i głowa unosiły się w powietrzu. - Ty się jeszcze pytasz 'co'?! - krzyknęła już Tasha. Rick, bardzo zdezorientowany, kiwnął głową nieśmiało. Tasha rzuciła go w ziemię, obróciła się o 180 stopni, potem odwróciła się z powrotem do Ricka i powiedziała: "Ty idioto! Czemu ty się wcale nie ruszałeś?! Myśleliśmy, że nie żyjesz, kretynie!! - wrzasnęła Tasha prosto w twarz Ricka. Quick stał obok i tylko się uśmiechał ;)
- No co chcesz? We wszystkich filmach mówią, żeby się zawsze w takich sytuacjach, jak ta, kłaść na ziemię, tak jest najbezpieczniej! - powiedział z wyrzutem Rick.
- Jak ktoś strzela!!! Widziałeś, żeby ktoś tu strzelał?!
- Nie, ale słyszałem. - powiedział Rick. To zabrzmiało wtedy bardzo śmiesznie ;P Tasha w tym momencie przeklnęła. Quick jej powiedział, żeby "wyluzowała". Wtedy Tasha schyliła się, znowu złapała koszulkę Ricka wciąż leżącego na ziemi i go podniosła. Zaraz potem wyprostowała się, puszczając go (to go zabolało, przez co jęknął ;D) i zapytała, patrząc na Quicka:
- W takim razie kto strzelał? - Quick rozejrzał się, ale zobaczył tylko pięć leżących na ziemi postaci. Kobieta poruszyła się lekko. Tasha i Quick spojrzeli się na siebie, a potem na Ricka.
- Ja nic nie zrobiłem. - powiedział Rick. - Na mnie nie patrzcie. - teraz Quick i Tasha odwrócili się z powrotem w stronę pola bitwy i obok siebie zobaczyli... Nikki.
- Skąd ty się tu.. - chciała zapytać Tasha.
- To ja strzeliłam. - poinformowała Nikki. - Celowałam w ramię, ale chyba trafiłam gdzieś w klatkę piersiową, bo widać, że dziewczyna ledwo dycha. Zadzwoniłam już po karetkę.
- Taa... - powiedziała cicho Tasha, która już wszystko rozumiała. - Zapomniałam o tobie. - stwierdziła. Nikki zrobiła zadowoloną minę i powiedziała:
- Uprzedzę twoje pytanie i od razu dam ci odpowiedź. Ja siedziałam w samochodzie, tak jak kazałaś i wszystko obserwowałam. Kiedy się biliście ta wiedźma chciała wziąć pistolet i zastrzelić klienta, ale.. przeszkodziłam jej. Była nachylona, a ja musiałam działać szybko i trafiłam w klatkę piersiową, zamiast w ramię. Ale powinna z tego wyjść... - tu Nikki chwilę się zamyśliła.
- Ja wiem, kto to jest, znam ją! - powiedział Rick, który wreszcie podniósł się z ziemi.
- Znasz ją? - zapytała Tasha, patrząc się na Ricka takim wzrokiem, że jakby nie odwrócił swojego wzroku od piekielnie morderczych oczu Tashy, to pewnie by zginął.
- Znam - powiedział Rick patrząc się na tą właśnie kobietę. - Przespałem się z nią kiedyś. Była moją pacjentką... dawniej. Ale nie wiem czemu chce mnie zabić.
- A resztę znasz? - spytała Nikki. Wydawało się, że Tasha chce udusić Ricka.. aż trudno jej było ustać w miejscu ;P
- Nie, ich nie znam i w ogóle nie wiem, co oni tu robią. - przyznał Rick.
- No, kur*a, ślepy jesteś? Nie widzisz, że leżą, idioto? - zapytała bardzo aroganckim i kpiącym głosem Tasha. Oczywiście Tasha powiedziała tak tylko, żeby dogryźć Rickowi, a nie dlatego, że myślała, że Rick miał to na myśli, mówiąc, że "nie wie, co oni tu robią". W tym momencie przyjechała karetka. Kobietę wzięto na nosze, reszta bandytów nie była ciężko ranna. Jeden mężczyzna miał złamaną rękę, drugiemu krew leciała z nosa, pozostali byli poobijani, ale mogli wstać. Dostali niezły łomot od V.I.P.u ;D Rick podszedł do kobiety, kiedy nosze wstawiano z nią do karetki. Wydusiła z siebie: "Przez ciebie moi rodzice wyrzucili mnie z domu! A teraz męczę się sama z dzieckiem, którym ty się w ogóle nie interesujesz! Zemszczę się jeszcze!". Mówiła to słabym, lekko zachrypniętym głosem. Lekarze zabrali ją i resztę bandytów do szpitala. Karetka odjechała. Tasha i Nikki spojrzały się na Ricka ostrzegawczo. Teraz już wiadomo, że kobieta chciała się zemścić na Ricku za zrujnowanie jej życia.
- No co znowu? Nie wiedziałem, że ma dziecko! Nic mi nie powiedziała. - żachnął się Rick, widząc mordercze spojrzenia Tashy i Nikki.
- A ciekawe co byś zrobił, gdybyś wiedział. - powiedziała z wyrzutem Nikki.
- Właśnie. - dodała wrogo Tasha. Obie patrzyły się na Ricka groźnie.
- Co? Przynajmniej płaciłbym alimenty. I mieszkanie bym jej kupił, bo, biorąc pod uwagę to, że mam 5 milionów, mieszkanie nie sprawiłoby mi większych luk w budżecie. - po tych słowach Nikki wzdechła, Tasha machnęła ręką i wszyscy, razem z Quickiem (i 150-cioma tysiącami dolarów, które Rick wypłacił dla Tashy) poszli w kierunku V.I.P.u. Rick zawołał, żeby za nim zaczekali, ale nikt nie zareagował, więc sam ich dogonił. Był bardzo szczęśliwy, bo czuł się bezpieczny. Wiedział, że pięcioro bandytów, którzy chcieli go zabić, po wyjściu ze szpitala trafi do więzienia, a więc nikt ani nic już mu nie zagrażało. Uregulował z V.I.P.ami wszystkie rachunki, podziękował im za ochronę i za ocalenie życia, no i.. poszedł. Rick McLine jest już bezpieczny! Kolejna brawurowa i zakończona godnym podziwu sukcesem akcja V.I.P.ów! Brawo!!! Kolejnych klientów zapraszamy do V.I.P.u, bo aktualnie ochrona jest wolna. Tylko się nie pchać ;P
A teraz parę słów o nowej miłości, która zawitała wśród nas! :D Mój ulubiony temat xD Otóż dzisiaj mam na myśli.. Roberta i Jane!! We wtorek, 11 sierpnia Robert zaprosił Jane na kolację. Jane nie wiedziała w co się ubrać i chodziła do różnych kolegów i koleżanek, żeby jej doradzili, co ma na siebie włożyć. Ale głównie (np. Quick) radzono jej, żeby założyła krótką czerwoną sukienkę z dużym dekoldem. Jane wolała jednak ubrać coś weselszego, co by odzwierciedlało jej osobowość, a sexowna czerwona sukienka taka nie jest. Jane ma bardzo pogodne usposobienie, jest radosna, jak mało kto. Poza tym Jane niezbyt lubi takie ciuchy, jakie radzili jej mężczyźni. Tasha jej powiedziała, żeby ubrała czarne spodnie i czarną bluzkę, ale Tasha przecież kompletnie nie zna się na ciuchach, a czarny po prostu do wszystkiego pasuje i jest uniwersalny. Ale w czarnym Jane w ogóle nie czuje się dobrze. Postanowiła kupić sobie żółtą sukienkę. No i kupiła! Udało jej się dostać dokładnie to, co sobie wymarzyła: zwykłą (ale ładną) żółtą sukieneczkę, niezbyt długą, ale też nie przesadnie krótką, zielone bolerko, zielone buciki na małym obcasie i zielone korale na szyję. Do tego upięła swoje piękne rude włosy zieloną spineczką. No, mówię wam, ślicznie w tym wyglądała! Bardzo radosny strój, trzeba przyznać. I najważniejsze, że zgodny z osobowością Jane. Oj, pięknie jej w tym było.. sama sobie muszę kupić taką sukienkę. Bardzo mi przypadła do gustu ;) Robertowi na kolacji również bardzo się spodobała. Jane opowiadała, że Robert mówił jej we wczorajszy wieczór bardzo wiele komplementów. Na przykład, że Jane jest piękna, że świetnie jej w tej sukience, że ma zniewalający uśmiech i bardzo fajne poczucie humoru ;) No i po kolacji zabrał ją na romantyczny spacer po parku... i tam, w niezwykłej atmosferze pierwszy raz się pocałowali! I dla Roberta, i dla Jane to był wspaniały wieczór. Nie dziwię się zresztą ;P A wiecie co jest najlepsze? Że tego samego dnia, wieczorem, Quick też zabrał mnie na spacer! Oooo, było pięknie! Jak widzicie ten wtorek jedenastego sierpnia był bardzo szczęśliwy dla niejednej pary! To cudowne! A dzisiaj.. Robert zabrał Jane do kina. Cóż, nie powiem wam jak było, bo jeszcze nie wrócili ;) Poszli na 21.00 i na pewno bawią się dobrze ;) Za to znam już jutrzejsze plany Roberta :D Robert zaprosił Jane na lody i na spacer po południu. Czyli.. wtorek - kolacja i spacer; środa - kino; czwartek - lody i spacer. Ciekawe, co będzie w piątek ;P W każdym razie widać, że Robertowi naprawdę spodobała się Jane. Już wam kiedyś o tym pisałam, że oni coś do siebie czują. Jeszcze ze sobą nie chodzą, ale widać na pierwszy rzut oka, że się kochają! Ja im życzę powodzenia, ze szczerego serca. Pasują do siebie.. ale kończymy, żebym się zbytnio nie rozmarzyła xP Bo mamy jeszcze dużo do napisania. [...]
Nie zgadniecie, co się stało. Oliwka.. z powrotem jest taka grzeczniutka jak dawniej! I czyja to zasługa? Oczywiście kochającego ojca, Jeffa. Posłuchajcie. Jeff powiedział Oliwce, że Tasha ma dla niej super ważną misję. Oliwka oczywiście od razu się zgodziła. No więc Jeff powiedział Oliwce, że ta misja jest tak ważna, że jak Oliwka jej nie wypełni, to Tasha nie przyjmie jej do CIA. Wiecie, że Oliwce bardzo zależy na tym, żeby zostać agentką CIA, jak Tasha, którą bardzo lubi. Jeff wyjaśnił, że Oliwka musi przez rok być.. dokładnie taka, jak przed wyjazdem do Los Angeles - miła, posłuszna, grzeczna, prawdomówna itd. Jeff powiedział Oliwce, że to jest takie ważne, ponieważ w CIA często trzeba zachowywać się inaczej, niż by się chciało. No i Oliwka oczywiście przyjęła tą misję. Jest znowu aniołkiem!! Wcale nie przychodzi jej to z trudem, bo tak naprawdę to ona jest dobra. Niedługo w ogóle o tym zapomni i już zawsze będzie słodką, dobrą, kochaną Oliwką! Sandy jest po prostu zachwycona, ponieważ Oliwka wróciła do swojej dawnej, prawdziwej postaci. Jest naprawdę DOKŁADNIE taka sama, jak przed wyjazdem do Los Angeles. Dokładnie tak, jakby w ogóle nie znała Tashy i nie wiedziała, co to kłamstwo, plotki, szpiegostwo itd. Chyba kompletnie o tym zapomniała. Jeff świetnie się spisał! A ja też się cieszę, że już wszystko wróciło do normy, bo miałam poważne wyrzuty sumienia. W sumie to nadal mam. Ale teraz Oliwka jest znów kochanym aniołkiem, więc mogę być spokojna ;)
A teraz o misji Nikki. Nikki dostała misję od swojego dziadka, bossa mafii - Dona Franco. W sobotę dziadek, chcąc ją sprawdzić, kazał jej zabić "zastępcę bossa" (nie wiem, jak taki ktoś się nazywa) mafii, z którą mafia Dona Franco walczy. Niełatwe zadanie. Przez pierwsze trzy dni Nikki zastanawiała się, czy w ogóle to zrobić. Ale nie chciała zawieść dziadka, więc postanowiła to zrobić. Ale nie wiedziała jak. Rozmawiała na ten temat z Tashą i Quickiem (Tasha ma zawsze wiele pomysłów na zamordowanie kogoś). Ustalili, że najlepiej będzie podłożyć bombę w samochodzie tego zastępcy bossa. Ale okazało się, że przy tym samochodzie ciągle ktoś jest, więc byłby problem. Nikki nie może zostać zauważona, bo wtedy sprowadziłaby wiele kłopotów. Więc zrezygnowała z podłożenia bomby. Ale dzisiaj go zabiła. Wykonała misję, powierzoną przez dziadka. Udało jej się z ukrycia zastrzelić tego zastępcę bossa wrogiej mafii. Nie jest pewna, czy nikt jej nie widział, ale była w dobrym ukryciu. Najważniejsze, że wykonała misję i dziadek będzie z niej zadowolony. Jutro Nikki do niego jedzie, żeby mu powiedzieć o sukcesie powierzonego jej zadania. Cóż, nie będę komentować takich zadań, bo musiałby to być okropny komentarz. Przecież to jest złe! A Nikki zamordowała człowieka z zimną krwią, bo dziadek jej kazał! Fakt, że to zastępca bossa mafii, z którą walczy Don Franco, ale to też człowiek! A ona go z zimną krwią zamordowała! Dobra, miałam tego nie komentować. Przejdę do kolejnego tematu, zanim się zdenerwuję.
Do Tashy przyjachał ostatnio (chyba we wtorek) kolega z Australii. To znaczy on od siedmiu lat mieszka w Australii, ale tak naprawdę jest pół-Arabem, pół-Rosjaninem. Wiecie, ojciec jest Arabem, a matka Rosjanką. Vladimir (chyba tak ma na imię) musiał uciec z Iraku, ponieważ armia, w której służył oskarżyła go o zamordowanie swoich żołnierzy, to znaczy tych, którzy z nim pracowali. A tak naprawdę on nie jest niczemu winien! Jeszcze nigdy nie zabił swojego kompana. Jak już, to strzelał do wrogich wojsk, ale też starał się nikogo nie zabijać, niektórzy jednak ginęli z utraty krwi, przez nieopatrzone rany i brak opieki medycznej. Ale Vladimir jeszcze sam tak bezpośrednio nikogo nie zabił. A już na pewno nigdy w życiu nie zabiłby swoich żołnierzy! Ale mu nie wierzą. Dlatego uciekł, żeby i jego nie zabili. Od siedmiu lat mieszka w Australii. Ale raczej prowadzi prymitywne życie. Podobno mieszka w szałasie, mimo, że zna arabski, hebrajski, rosyjski, portugalski, podstawy niemieckiego i.. no, zaczął się uczyć angielskiego. A znajomość języków jest przecież w tych czasach bardzo ważna. W dodatku (podobno) jest bardzo bogaty. Więc nie rozumiem, dlaczego mieszka w szałasie, wśród zwierząt. Nawet udomowił sobie dingo, który teraz mu pomaga. A.. może nie mieszka wśród ludzi dlatego, żeby się ukryć? No chyba dlatego. W każdym razie przyjechał do Tashy, żeby wziąć od niej towar. Otóż Tasha dostała od różnych wielbicieli dwa drogie pierścionki i chyba dwa naszyjniki. Dokupiła sobie jeszcze jeden naszyjnik i.. zamierza to wszystko sprzedać za dziesięć razy więcej pieniędzy niż jest warte, udając, że biżuteria ta jest z prawdziwymi brylantami. Załatwiła fałszywe certyfikaty i dała wszystko Vladimirowi, który z kolei zna tam, w Australii kogoś, kto jest zawsze chętny do handlu, wszystkim: żywnością, benzyną, biżuterią, bronią.. wszystkim. No więc Tasha przekazała Vladimirowi pięć drogich rodzajów biżuterii, tyle, że Vladimir myśli, że one są naprawdę prawdziwymi brylantami, a taka prawda niestety nie jest. Ale Tasha łapie każdą okazję do zarobienia pieniędzy, mimo, że ma ich bardzo dużo, a jeszcze ostatnio dostała 150.000 dolarów, które podobno wygrała w pokera. No, ale za te naszyjniki i pierścionki Tasha ma dostać miliony. Ale to jest oszustwo! A Vladimir ma dostać podobno 20 % z całej tej sumy, za którą się sprzeda ten towar. No i tyle. A Vladimir dzisiaj wyjechał z powrotem do Australii. Przyjechał dosłownie na jeden dzień, czy na dwa, pogadał trochę z Tashą, poznał Quicka, Nikki i Kay, wziął towar i już go nie ma. Tylko ja nie wiem, po co Tashy kolejne pieniądze, przecież ona ma ich tyle... no, ale nieważne. Vladimir przy okazji zarobi. Dla niego 20 % z tego, co tam będzie to jest naprawdę bardzo dużo. A podobno jest bogaty. Dobra, powiem szczerze - nic z tego nie rozumiem xD
Teraz przejdę do przyjemniejszego tematu, bo ostatnie dwa - morderstwo na zlecenie dziadka i oszustwo - nie były fajne. Teraz króciutko o naszym wyjeździe w góry! Michael na pewno jedzie z nami. Melanie też, i Magnus. Tasha dała mu wolne xD A Michael i Melanie będą mieli okazję lepiej się poznać. Super! W ogóle będzie super! Aaa.. jeszcze Marc, Niki, Fritz i Rex jadą z nami. Natalie niestety nie może :/ Ale Marc w takim razie spędzi trochę czasu z przyjaciółmi, nic mu nie będzie, to tylko 10 dni. Będziemy mieszkać wszyscy w dużej willi. Poza nami nie będzie tam nikogo! Właściciel mieszka w innym domku. Musi być bogaty ;) A my wszyscy (czyli: V.I.P.y, ja, Ted, Jane [Robert nie jedzie, bo musi zastępować Teda w gabinecie dentystycznym; jak Ted przyjedzie, to Robert wyjedzie na swoje wakacje xD], Michael, Melanie, Magnus, Marc, Niki, Fritz, Rex i może Burn) mamy całą willę dla siebie :) To fajnie, bo ostatnio poza nami byli też inni goście i właścicielka, a Tasha, Quick i inni robili dużo hałasu, przez co o mały włos nie wylecieliśmy z willi xD No, myślę, że będziemy się świetnie bawić! Już się nie mogę doczekać. Dzisiaj zaczęłam już powoli się pakować. No, o naszym wyjeździe powiem więcej następnym razem, teraz mam jeszcze coś, czym chciałabym się z wami podzielić.
Do V.I.P.u przyszła ostatnio Clarissa Williams - żona znanego producenta filmowego. Pan Williams chciałby nakręcić film o pracy V.I.P.ów, a Clarissa zawsze chciała ich poznać, dlatego to ona przyszła im zaproponować film, z nimi w roli głównej. To ma być kinowy film akcji, pokazujący V.I.P. w dużym zbliżeniu. Oczywiście użyłam tu przenośni. Chodzi o to, że film ma pokazać, jak pracują V.I.P.y i jak świetnie (i profesjonalnie) sobie radzą. Clarissa przyszła po wstępną zgodę agencji na udział. Na razie wszyscy są chętni, tylko Quick chciał najpierw zobaczyć scenariusz. Ale sądzę, że wszystko wypali i powstanie świetny film o V.I.P.ie! I mam taką nadzieję ;) Pieniądze, które V.I.P. otrzyma za granie w tym filmie Val ma zamiar przeznaczyć na cel charytatywny. Wspaniale! :D
No, teraz jeszcze dosłownie parę słów na koniec. Ostatnio był u mnie Diego. Pytał, czy zawiozłam w odpowiednie miejsce te psychologiczne testy dla firm, które mu dałam do wypełnienia. Powiedziałam, że zawiozłam, bo tak zrobiłam. Po jego zachowaniu widać, że jest bardzo odpowiedzialnym szefem, bo dba o wszystko, co trzeba i jest zorganizowany. Bo wiecie, że Diego jest szefem firmy ochroniarskiej, nie? Mówiłam wam o tym :D Muszę przyznać, że świetnie się spisuje. No, to jeszcze o Garym. Była już ostatnia, podsumowująca rozprawa sądowa w jego sprawie. Wyrok mnie zdziwił. Zdziwił mnie, ponieważ jest bardzo wysoki, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności łagodzące Gary'ego. Gary W. dostał 30 lat więzienia + 5 w zawieszeniu na dwa. Nie rozumiem dlaczego tak dużo! To znaczy chyba się domyślam. Dlatego, że druga próba morderstwa była wyraźnie zaplanowana przez Gary'ego i podobno złość i żałoba nie wliczają się w takim wypadku w okoliczność łagodzącą. Jestem naprawdę zaskoczona. Już mówię za co ile dostał. 5 w zawieszeniu dostał za posiadanie nielegalnej broni, 10 za pierwszą próbę zabójstwa, a 20 za drugą, tą zaplanowaną. Tak to wyszło. Mimo to, że już jest wyrok nadal przychodzę do Gary'ego. I będę do niego przychodzić nadal. Tylko jak wyjadę to mnie nie będzie przez 10 dni, ale zaraz jak wrócę, to do niego pójdę. Na pocieszenie mogę sobie powiedzieć, że ze stanem psychicznym Gary'ego jest już naprawdę coraz lepiej (mimo, że nasze spotkania nie są długie) i.. może za 10 lat wyjdzie na warunkowym. Mam nadzieję, że go puszczą wcześniej. Prawo do apelacji ma, a naprawdę nie jest to nikomu potrzebne, żeby Gary siedział 30 lat. Więc mam nadzieję, że za 10, góra 15 lat go wypuszczą... on też ma taką nadzieję. No i teraz wszyscy cieszymy się, że Sowa wspaniałomyślnie odwołał swoje oskarżenie o napaść na agenta federalnego. I dobrze, że Tashy nie było na żadnej rozprawie. Bo inaczej Gary dostałby jeszcze wyższy wyrok. Więc jest się z czego cieszyć. Zawsze jest się z czego cieszyć! Jupi!! Naprawdę się cieszę!!!
No, dobra, kończę na dziś. Wyszła mi znowu bardzo długa notka ;P Pozdrowienia! Papa! ;*


Susan |2009-08-12| |23:31:31|
skomentuj (0)




Oliwka, obozowicze, Gary, przygoda w wesołym miasteczku, Góry Skaliste :)

Hej! Jeżeli chodzi o Oliwkę to rodzice mają z nią teraz niezły orzech do zgryzienia. Mówiłam wam, że stała się przez Tashę (chociaż Tasha mówi, że przez Val, Max i Kay, bo to one podobno nauczyły Oliwkę plotkować; ale ja wam mówiłam, że Val, Max i Kay tylko oglądały telewizję, a Oliwka sama się dosiadała do nich i oglądała z nimi i to z telewizji wzięła plotki; tylko nikt nie mógł się spodziewać, że jak dziecko raz zobaczy na jakimś filmie, że ktoś plotkuje, to samo też zacznie plotkować) bardzo niegrzeczna. Teraz pyskuje swoim rodzicom i uważa, że wszystko jej wolno. Jeffrey jest z tego powodu bardzo zły. Jak do niego dzwoniłam to przepraszałam go chyba z dziesięć razy za to, że tak się stało. W końcu obiecałam, że będziemy się Oliwką dobrze opiekować i coś nie wyszło. Ale Jeff wcale nie jest zły na mnie. On wie, że ja na to nie miałam wpływu i najbardziej zły jest na Tashę. Teraz chce przynajmniej, żeby Tasha go przeprosiła za to, co zrobiła z jego córką. Ale Tasha, jak jej o tym powiedziałam, stwierdziła, że "nie będzie się zniżać do takiego poziomu" i, że "nawet gdyby zabiła Oliwkę, to by nie przeprosiła za to Jeffa", bo "ona w ogóle nie przeprasza, a już na pewno nie takich ludzi jak Jeff". Jej! Po raz kolejny zadaję to pytanie: kto wychował Tashę w ten sposób?! O ile to można nazwać wychowaniem. Ja nie wiem naprawdę, czy ją bili w tym domu, w którym mieszkała, czy rodzice pili, czy co, naprawdę. Nie mam pojęcia, ale wiem, że gdyby dorastała w normalnej rodzinie, to byłaby zupełnie inna. Przecież jej zachowanie to nieraz podchodzi pod istny skandal, a nawet często. Jeny, dobrze, że Niki i Quick odwieźli Oliwkę do domu. Wiem, że późno i, że wielu niedobrych rzeczy już zdołała się nauczyć, ale lepiej późno niż wcale. To znaczy.. mam na myśli, że całe szczęście, że Oliwka nie została dłużej pod naszą opieką, bo nie wiadomo, co by z tego wynikło. Ale co ja miałam zrobić? Przecież Tashy się w żaden sposób nie da powstrzymać. A ja ciągle mam wyrzuty sumienia, bo nie dotrzymałam obietnicy. Może nie bezpośrednio, ale nie dotrzymałam. Okropne uczucie. Teraz Oliwka jest okropnie nieusłuchana, pyskuje rodzicom, wymusza (a przynajmniej się stara) wszystko płaczem i kłamie. Sandy bardzo się martwi, bo po prostu nie poznaje swojego dziecka. Przed wyjazdem do Los Angeles Oliwka była istnym aniołkiem. Naprawdę nic nie można było jej zarzucić, NIC, powtarzam. Nie płakała wcale (chyba że miała poważny powód), była grzeczniutka, nigdy nie pyskowała rodzicom, słuchała wszystkich, nie tylko rodziców, szanowała wszystkich i wszystko. Niczego nie niszczyła, w przeciwieństwie do teraz. Sandy do mnie dzwoniła i mi powiedziała, że Oliwka zniszczyła swoją zabawkę, a potem poszła z płaczem do Sandy, żeby jej kupiła nową zabawkę. Tylko że Oliwka powiedziała: "zniscyła mi się zabawka!!" i się popłakała. Ale potem się okazało, że to Oliwka sama zniszczyła sobie zabawkę. Jejku, co ta Tasha zrobiła z Oliwki?!! Nie wiem, co bym zrobiła, gdybym była matką Tashy. Naprawdę nie wiem. Chyba bym ją wydziedziczyła za coś takiego. No i teraz Jeff jest okropnie zły, wracając do tematu. A Sandy jest zmartwiona. Ja się wcale im nie dziwię. No, na szczęście Oliwka jest jeszcze bardzo mała, więc powinna szybko o wszystkim zapomnieć. Jakby zapomniała o tym wszystkim, co Tasha jej powiedziała to z powrotem byłaby grzecznym dzieckiem. Ale sądzę, że Sandy i Jeff poradzą sobie z Oliwką i jakoś wytłumaczą jej, że kłamstwo i nieposłuszeństwo jest złe i tak naprawdę do niczego nie prowadzi. Ja jestem gotowa im pomóc, bo to w końcu moja wina, że się to wszystko stało. Ja obiecałam, że będziemy się nią dobrze opiekować, a tak się nie stało, bo wróciła do domu zupełnie odmieniona. Przyjechała, będąc po prostu aniołkiem, a odjechała z zupełnie przeciwną osobowością. No, ale gadanie o tym nic nie da ani nie pomoże. Na razie nie mam co zrobić w tej sprawie, więc pozostaje mi czekać i mieć nadzieję, że wszystko wróci do normy.
A jak już jesteśmy przy wracaniu... obozowicze znad jeziorka wrócili!!!! Od sobotniego poranka są już w Los Angeles. Wszyscy (oprócz Tashy, która pracowała chyba więcej niż zwykle) wrócili wypoczęci, ale chyba najbardziej zrelaksowany wydaje mi się Rick :D Tu się akurat nie dziwię, bo Rick jest chyba najbardziej wyluzowany z nas wszystkich. Niczym się nie przejmuje. Nie ma czym się przejmować, tak naprawdę. Od poniedziałku (mimo, że planował dłuższy urlop) wraca do pracy, ale to mu w ogóle nie przeszkadza, bo w końcu jest ginekologiem i bardzo lubi swoją pracę. Tasha jest zadowolona z tego względu, że Rick wraca do pracy, bo liczy na to, że wreszcie będzie jakaś akcja. Wiecie przecież, że bandyci, przez brak zasięgu nad jeziorkiem, nie mogli znaleźć Ricka, w związku z czym nic (kryminalnego) się nie działo. No i tak: Ted pokazał mi dzisiaj wszystkie nagrania, które nakręcili z Quickiem, podczas układania klocków domino nad jeziorkiem. Trochę tego było i, no.. cudowne, mówię wam! Ja wiedziałam, że to musiało fajnie wyglądać, ale nie miałam pojęcia, że Quick i Ted zrobili takie cuda! Fakt, że nie zawsze wszystko szło zgodnie z ich planem, ale ogólny efekt jest po prostu świetny. Co za pomysłowość i oryginalność.. i wykonanie, też, oczywiście. Piękne! Naprawdę, spokojnie mogliby pomagać tym, którzy przygotowują światowy Domino Day =)
No dobra, a jeśli chodzi o Willa.. cóż, wcale nie został tam, nad jeziorkiem, jak V.I.P.y wyjechały. Jak usłyszał rozmowę Val i Max o wynajętym autokarze z małego miasteczka do Phoenix, w którym jest jeszcze kilka miejsc, to od razu zechciał zabrać się z V.I.P.ami, bo później mógłby mieć faktycznie problem z dojazdem. Taksówka by go raczej nie zawiozła 150 km z miasta do miasta. Więc dowiedział się (nie wiem jak), jaki jest numer telefonu, poprzez który mógłby załatwić sobie miejsce w tym autokarze, poszedł na polankę, żeby mieć zasięg i zadzwonił tam. I V.I.P.y spotkały Willa w autokarze w drodze z małego miasteczka do Phoenix :) A Tasha podejrzewa, że Will śledzi klienta albo V.I.P. Ech, że też ona zawsze musi wymyślać teorie spiskowe.. ;P On najzwyczajniej w świecie chciał się zabrać z V.I.P.ami, żeby potem nie kombinować z dojazdem na lotnisko i tyle ^_^
Ogólnie rzecz biorąc wszystkim obozowiczom niezwykle się podobało nad jeziorkiem i chętnie zostaliby tam dużo dłużej, gdyby mogli ;)
A teraz parę słów o Garym. W poniedziałek 3 sierpnia była trzecia rozprawa sądowa, na której niestety nie byłam. Tashy też na niej nie było, chociaż być powinna, jako ważny świadek w sprawie; ale nie mogła być obecna na tej rozprawie, ponieważ nie było jej w Los Angeles, a była nad jeziorkiem, chroniąc klienta. A następna, ostatnia rozprawa sądowa dotycząca Gary'ego odbędzie się 10 sierpnia, w poniedziałek. Ojej! To już jutro! Jak ten czas szybko leci. Tylko... nie wiem, czy powinnam być na tej rozprawie. Ostatnio mnie wpuścili, ale nie wiem, jak będzie teraz. Właściwie.. może nie przyjdę w ogóle.. w sumie Gary'emu zależy, żebym była na jego rozprawie, ale chyba zrozumie to, że mnie tam właściwie nie powinno być. I Quickowi nie podoba się to, że odwiedzam Gary'ego. Jeżdżę do niego po pracy, a Quick mówi, że widzenia są w naszym więzieniu od południa do piętnastej. A ja kończę pracę o szesnastej. Ale policjanci mówią, że mogę wejść, więc wchodzę. A Quick uważa, że ja łamię prawo, przychodząc do Gary'ego po szesnastej. Może zmienili godziny widzeń i tyle. A Tasha zaraz wymyśla, że Gary dał łapówkę policjantom, żeby mnie wpuszczali i nawet chce to sprawdzić. No i Quick oczywiście wierzy w teorie spiskowe Tashy, zamiast w normalny zbieg okoliczności. Ale nieważne, nie będę się teraz na ten temat rozpisywać. Skoro policjanci mnie wpuszczają, to znaczy, że mogą. Jak będę wiedzieć coś więcej to napiszę :)
A teraz, z jak najbardziej bieżących wydarzeń - mam nowość. Otóż Marc, Niki, Fritz i Rex, pies Marca (mówiłam wam, że to nasi przyjaciele z Austrii) poszli dzisiaj po południu do... wesołego miasteczka. Na wpół do piątej po południu Marc był umówiony z Natalie. Powiedział, żeby przyszła do V.I.P.u, bo ma dla niej niespodziankę. No i Natalie faktycznie przyszła do V.I.P.u, ale się martwiła, bo dochodziła piąta, a Marc nadal nie przychodził. Bardzo się o niego martwiła, bo nie można było się do niego dodzwonić, a przecież umówili się na wpół do piątej w V.I.P.ie. Natalie była punktualnie, a Marca ani widu ani słychu. Potem Quick zadzwonił do Niki i dowiedział się, że... Marc z Rexem utknęli na Diabelskim Młynie! Niki nie jechała z nimi, więc wezwała pomoc, po tym jak młyn się zatrzymał. A Fritz, który wprost uwielbia jeść, nic o tym wszystkim nie wiedział, dopóki Marc mu nie powiedział, bo w tym czasie, kiedy się to stało, objadał się watą cukrową ;) No i przyjechała straż i ściągnęła wszystkich pasażerów z diabelskich sideł młynu :D Nikomu nic się nie stało. Marc, Niki, Fritz i Rex przyszli potem do V.I.P.u i wszystko nam opowiedzieli. Zbyt straszne to, jak widać dla nich nie było, bo Marc cały czas śmiał się, kiedy o tym opowiadał. Za to Natalie i Niki były nieźle przestraszone. A Natalie już zaczynała myśleć, że Marc ją wystawił :D Na szczęście wszystko jest w porządku. Byłam świadkiem pięknego pocałunku Marca i Natalie i wiecie co...? Niki chyba jest zazdrosna o Marca... ;P No cóż, jeżeli chodzi o przygodę w wesołym miasteczku to znowu mamy happy end. A co będzie w sprawach miłosnych Marca to.. nie wiadomo ;) Niki potrafi być wredna. Ale chyba nie posunie się do żadnego złego czynu względem Natalie.. miejmy nadzieję, że nie ;P [...]
No, kończymy powoli. Ostatnie parę słów. Zaprosiliśmy do nas naszych kolegów z Wielkiej Brytanii, nie wiemy na razie czy przyjadą, ale chyba będą tu jutro :) No, o nich może kiedy indziej, a tymczasem jeszcze parę słów o naszym wyjeździe w Góry Skaliste.
Jak mówiłam wyjeżdżamy w sobotę 15 sierpnia, a wracamy chyba 25 sierpnia. To znaczy.. jak nas znacie, to wiecie, że ten nasz wyjazd może się przedłużyć ;) No i jak mówiłam w tym czasie nie będzie notek na blogu, ponieważ nie będę miała tam komputera, ani internetu. Napiszę notkę jak wrócę :) Także nie martwcie się, jak nie będzie notek przez jakieś 10 dni. Nawet jakby nie było przez 12 to też się nie martwcie, bo mówię: wyjazd może się przedłużyć o parę dni. Nie wiadomo na razie, czy Rick jedzie z V.I.P.ami, bo nie wiadomo, czy do wyjazdu będzie bezpieczny, czy nie. Jeżeli nadal ktoś będzie mu zagrażał, to oczywiście pojedzie z V.I.P.ami, bo nawet jest chętny. Ale, jak już wszystko będzie w porządku, to zostanie w Los Angeles. I dzwoniłam dzisiaj do Michaela, powiedział, że raczej pojedzie i może nawet z Melanie. Jeszcze ze sobą nie chodzą, ale byli na ładnych kilku randkach i sądzę, że Melanie będzie chciała z nami pojechać, szczególnie, że to będzie dobra okazja do lepszego poznania się ;P A Elle i Jacob raczej nie pojadą. Jeżeli Jacob dostanie wolne w swojej pracy to pojadą, ale Elle mi mówiła, że Jay raczej nie dostanie teraz urlopu, więc raczej nie pojadą z nami, bo wiecie, Elle nie chce wyjeżdżać sama i zostawiać Jacoba samego. A V.I.P.y jadą wszystkie (wstępnie xD), do tego zabierze się z nami Ted i Jane. No i może ktoś jeszcze. O, może Marc i reszta.. no, zobaczymy :) Nie mogę się już doczekać. Na pewno będzie wspaniale!!! O.K., kończę na dziś. Do następnej notki, papa! ;*


Susan |2009-08-09| |21:11:38|
skomentuj (0)




Niegrzeczna Oliwka, dalsze opowieści znad jeziorka, Góry Skaliste... :)

Cześć! Witam znowu na moim blogu! Dzisiaj mam dla was ciąg dalszy opowiadań o jeziorkowym życiu obozowiczów. Dzwonił do mnie Ted, dzwoniła Tasha, więc mam tyle informacji, że jest o czym pisać ;)
Zacznijmy jakoś od początku. Dopiero wczoraj (lub przedwczoraj) dowiedziałam się o incydencie z Oliwką, który miał miejsce już w poniedziałek. Otóż Niki (przyjaciółka Marca z Austrii, nie nasza Nikki) razem z Quickiem odwieźli Oliwkę w poniedziałek do domu. Niki potem oczywiście wróciła do LA, skąd przyleciała, a Quick wrócił na obóz nad jeziorkiem, jeszcze też w poniedziałek. Wiecie dlaczego Quick i Niki odwieźli Oliwkę? Ponieważ stała się bardzo niegrzeczna. Naprawdę. Zaczęła "pyskować" wszystkim, stała się nieusłuchana i przemądrzała. Ciągle kłamała, szpiegowała, podsłuchiwała. A to, czego się o kimś (a głównie o Tashy) dowiedziała, rozpowiadała pozostałym obozowiczom. I to raczej w formie plotki, bo albo nie usłyszała wszystkiego, albo coś poprzekręcała, aż w końcu wychodziły nieraz oszczerstwa. Czego ona się nie nazmyślała... potem jeszcze przysięgała zawsze, że mówi prawdę. Jej, jak tak można? Rozpowiadała, że Tasha ma uczulenie na słodycze i dlatego ich nie je, opisywała, że widziała, jak Tashy się po słodyczach robią czerwone plamy na skórze. Innym razem mówiła, że Tasha kłamała Quicka, albo że Quick mnie zdradzał. I różne inne rzeczy. A potem np. Max, czy Kay, czy Val w to wierzyły. Albo np. Quick i Tasha rozmawiali raz w pokoju, a Oliwka nagle (i to było późno wieczorem, kiedy tak naprawdę powinna już spać) weszła do pokoju i oznajmiła, że "systko słysała". Potem często się okazywało, że tak naprawdę nie słyszała nic, a innym razem faktycznie podsłuchiwała, a potem rozpowiadała innym plotki. Nieraz chowała się pod stołem i szpiegowała Teda. Potem leciała do innych i opowiadała im, co on robi. Cóż, nie wydaje mi się, żeby to się komukolwiek podobało. Potem Jane słyszała jakieś plotki na temat Teda, bo Oliwka przekręciła coś, mówiąc obozowiczom, co właśnie usłyszała lub zobaczyła. Na szczęście wszystkie takie "plotki" są już wyjaśnione. Ogólnie rzecz biorąc.. Oliwka kłamie, szpieguje, podsłuchuje, podgląda i rozpowiada fałszywe plotki. Na dodatek się nie słucha, uważa, że zjadła wszystkie rozumy świata i, że zawsze ma rację, przez co bardzo się mądruje i pyskuje. Nie odnosi się do niektórych z szacunkiem, wiele rzeczy wymusza płaczem. To zupełnie inne dziecko niż to, które przyjechało w czerwcu do Los Angeles z rodzicami. Naprawdę się zmieniła. Jej, przecież ona była wręcz aniołkiem... grzeczna, cichutka, lubiła wszystkich, bawiła się normalnie, była wesolutka, słuchała wszystkich, z chęcią przyjmowała zdanie innych, a wręcz swoje zdanie na jakiś temat zawsze zmieniała, jeżeli się okazywało, że ktoś z dorosłych ma inne. Szła spać, jak się jej kazało, no - aniołek, nie dziecko, można powiedzieć. Nie wiedziała, co to blef, kłamstwo, oszustwo. Szanowała wszystkich bardzo mocno, nigdy złego słowa się od niej nie słyszało. A teraz przeciwnie, mówiłam. Teraz Oliwka kłamie, szpieguje, plotkuje, szanuje tylko tego, kogo chce, wymądrza się, nie słucha, a właściwie słucha tylko tego, kogo chce i tylko tego, czego chce i co jej pasuje. Robi co jej się podoba i wcale jej nie obchodzi, że robi źle. Ale, ale... samo jej się to przecież nie wzięło, tak znikąd. Czyja to wina, że Oliwka stała się taka nieusłuchana i niedobra, jak myślicie? Oczywiście jest to wina Tashy! Bo Tasha nie poprzestała na nauce Oliwki gier, alfabetu, liczenia (do 10) itd. Tasha uczyła ją kłamstwa, szpiegowstwa, oszustwa. To Tasha wmówiła Oliwce, że to jest dobre. To Tasha wpoiła jej, że nie może być uległa i zawsze musi mieć swoje zdanie, o które musi walczyć, jeżeli ktoś się z tym nie zgadza. To Tasha mówiła Oliwce, że, jak nie będzie kłamać i szpiegować, to jej nie przyjmie w przyszłości do CIA. A Oliwka bardzo chce być agentką CIA, bo bardzo lubi Tashę, a Tasha jest agentką CIA. Do tego Oliwka naoglądała się na filmach (tym razem pokazywanych całkiem nieumyślnie przez Val i Max; po prostu Val i Max oglądały sobie jakiś film, a Oliwka się dosiadała i oglądała z nimi) plotkowania. I teraz to powtarza. Wszystko razem sprawiło, że Oliwka stała się niedobra. Czyli główną winę ponosi tu Tasha. Jeff miał rację, będąc przeciwnym zabawom Tashy i Oliwki. Quick też stwierdził, że Oliwka "się zepsuła". I ja nie przesadzam, a to nie tylko głupie gadanie, taka jest prawda. Sandy do mnie dzwoniła. Oliwka faktycznie naprawdę się zmieniła. Sandy mówi, że Oliwka jest zupełnie inna niż wcześniej. Jej, wstyd mi teraz! Obiecałam, że będziemy się Oliwką dobrze opiekować, a tu co? No nie da się ukryć, nie dotrzymałam obietnicy. Ale właściwie nic nie dało się zrobić... jak Tasha chciałaby się spotykać z Oliwką to i tak by to robiła i nic ani nikt by jej nie powstrzymał. Na szczęście Sandy nie ma do mnie pretensji. Ale jest tym wszystkim zmartwiona, co się dzieje z jej dzieckiem. Teraz to nie jest słodziutka Oliweczka, jak na początku, teraz to jest rozkapryszona smarkula. Przykro mi to mówić, ale niestety taka jest prawda. Oj, gdyby dało się cofnąć czas.. nie dopuściłabym do tego, żeby Oliwka widywała się z Tashą. A potem powiedziałabym rodzicom, żeby lepiej ją wzięli do domu, a nie zostawiali u nas jeszcze tyle czasu. Ale Jeff i Sandy chcieli, żeby Oliwka użyła sobie wakacji. Tylko nie mieli na myśli czegoś takiego. Oni byli pewni, że Oliwka u nas bardzo dobrze się bawi. No i faktycznie bawiła się świetnie, tylko nie tak, jak trzeba. O, Tasha, jak już nawet umie manipulować ludźmi i chce to wykorzystywać, to niech to wykorzystuje w CIA czy w V.I.P.ie, a nie nabiera niewinne dziecko. Tasha chciała wyszkolić Oliwkę na agentkę CIA, po tym jak zobaczyła, że Oliwka umie wykorzystać sztuczkę "ja wszystko wiem". Oj, ja nie wiem, kto wychowywał Tashę.. nic dziwnego, że Tasha nic nie mówi o sobie i swojej przeszłości, bo ona tą przeszłość musi mieć wprost okropną. Tylko dlaczego nie pójdzie do psychologa, jak ma jakieś problemy psychiczne? A, pewnie dlatego, że "to jest oznaka słabości", bo "trzeba sobie radzić samemu", a ona "miała już większe problemy". Tasha zresztą pewnie nawet nie uznałaby za problem jakiegoś urazu psychicznego, a taki z całą pewnością ma. Ale nie przetłumaczysz jej tego. Nic jej się nie da przetłumaczyć, choćby dało się 1000 argumentów na swoją rację. Jeżeli nawet ona nie miałaby żadnego argumentu na poparcie swojej racji (ale zawsze ma ich całe mnóstwo), to i tak uważałaby, że to ona ma rację. No i weź tu gadaj z takim człowiekiem. Nie da sobie pomóc, nie ma rady :/
No dobra, ale teraz przechodzimy do przyjemniejszych tematów, a przede wszystkim do jeziorkowego życia obozowiczów.
Póki jesteśmy przy Tashy.. ostatnio Tasha i Jane nie mogły spać. Tasha, jak zwykle z niewiadomej przyczyny, a Jane bała się nowego lokatora. To może najpierw o nim. Nowy lokator to podobno playboy, który bodaj we wtorek (lub w środę) wprowadził się do piątego domku nad jeziorkiem. W takim razie teraz wszystkie domki, które się tam znajdują są już zamieszkane (to znaczy na urlop wszyscy przyjechali, a nie na stałe xD). No i ja nie wiem, co to za playboy, w ogóle nic o nim nie wiem. Podobno rzadko wychodzi ze swojego domku, ale Jane bardzo się go boi z niewiadomej przyczyny. Ona sama nie wie dlaczego ;) No i raz Jane leżała w swoim łóżku, Tasha w swoim. Było zgaszone światło. Jane miała zamknięte oczy i leżała, wydawało się, że śpi. Tasha za to leżała z otwartymi oczami i wpatrywała się w sufit. Jane nie wiedziała wcale, że Tasha nie śpi. Ale Tasha wiedziała, że Jane nie śpi. Odwróciła się w jej kierunku, popatrzyła się trochę i wzięła czerwoną piłeczkę swojego psa, Akryla. Potrzymała ją chwilę w ręku, spojrzała się na Jane, na piłeczkę, znów na Jane i znów na piłeczkę. W końcu rzuciła piłeczkę w Jane. Szepnęła: "Jane!". Jane nie reagowała, więc Tasha szepnęła troszkę głośniej:
- Jane, wiem, że nie śpisz.
- Niemożliwe. - odszepnęła Jane, otwierając oczy i spoglądając na Tashę - skąd wiesz? Przecież miałam zamknięte oczy.
- Po oddechu widać, kiedy człowiek śpi, a kiedy nie śpi. - odpowiedziała Tasha. Dziewczyny cały czas szeptały, żeby nie obudzić Teda, który przecież też spał w tamtym pokoju.
- Aha. Czemu nie śpisz? - spytała Jane.
- Nie wiem. A ty?
- Boję się.
- Czego?
- No wiesz.. tego nowego.
- Nowego się boisz?! - zapytała Tasha ze zdziwieniem, trochę głośno, jak na szept.
- Ciszej! Nie nowego, tylko tego najnowszego, no. - odpowiedziała cichutko Jane. Tasha, Jane i Quick nazywają Willa "nowym", a pana playboy'a "najnowszym" - od tego w jakiej kolejności się wprowadzili. Póki nie wiedzieli, jak nazywa się Will to mówili na niego "nowy" i tak już zostało ;)
- Czemu się go boisz? - zapytała Tasha.
- Nie mam pojęcia. A jak on tu przyjdzie i.. - tu na chwilę przerwała - wiesz.
- Co? Niee, co ty wygadujesz, Jane? Śpisz w jednym pokoju ze mną i z moim psem i boisz się, że on tu przyjdzie? Daj spokoj, samobójcą nie jest. Fakt, że tu nie mamy takich zabezpieczeń, jak w domu, ale jestem tu ja i Akryl. Najmniejszy szept nas obudzi.
- No racja.
- Jakby chciał się włamać to Akryl go ugryzie a tyłek, ja mu przyłożę pistolet do głowy, a potem, jak już będzie chciał wyjść i wrócić do siebie, to go walnę w łeb i będę tylko patrzeć czy równo puchnie. - roześmiała się cicho Tasha. Jane też :)
- Dobra, już się tak nie boję, masz rację. Dzięki. - skończyła tą "strachliwą" rozmowę Jane i... nie, nie zgadliście, Tasha i Jane wcale nie poszły spać. Zaczęły gadać więcej, a za chwilę się to przerodziło w "śmichy-chichy". Gdyby mogły się zachowywać głośniej to obie by pewnie pospadały z łóżek i zaczęły się turlać na podłodze. Ale musiały się bardzo cicho śmiać, bo nie chciały obudzić Teda. No i faktycznie go nie obudziły i w to mi najtrudniej uwierzyć ;P Te ich pogadanki trwały do wpół do czwartej w nocy. Następnego dnia Jane była nieprzytomna, a Tasha tylko trochę nerwowa, bo jest o wiele bardziej wytrzymała niż Jane ;)
A teraz o Tedzie. Ted i Quick wzięli się kolejny raz za.. układanie kostek domino. Teraz Ted wpadł na pomysł.. windy! To miało polegać na tym, że paręnaście klocków przewróci się na półce, a ostatni z nich (tzw. "pan inżynier Brown", czyli wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju brązowy klocek, a właściwie to taka.. plastikowa rurka, wielkości kostki domino) miał spaść na platformę, która miała być windą i w momencie, kiedy pan inżynier Brown miał się na niej znaleźć, winda, pod wpływem jego ciężaru, miała zjechać w dół, potrącając klocki ułożone na dole, które prowadziły do równoważni z kartą. Ostatnio, kiedy Ted próbował odwrócić kartę przy pomocy równoważni, poruszonej przez przewracające się kostki domino, to nie wyszło i dlatego do planu z windą Ted chciał karcianą równoważnię powtórzyć, mając nadzieję, że tym razem wszystko się uda. No i najpierw winda, czy platforma była płaska i kwadratowa. Była to podkładka (lub kilka podkładek) pod napoje. Ted z Quickiem robili wiele prób, żeby w końcu winda ruszyła w dół, po spadnięciu na nią klocka. Kombinowali na wszystkie sposoby, na lince (bo winda była na lince, przewieszonej przez patyk) zmieniali obciążenie tak, żeby w końcu przeważył tylko jeden klocek. Raz obciążeniem z drugiej strony był jeden klocek, innym razem kilka, jeszcze innym kilka podkładek, a jeszcze innym nic, nie było obciążenia, linka wisiała luźno. Byli tak zdesperowani, że chcieli nawet przyczepić scyzoryk, ale wiedzieli, że to się nie uda, więc tak nie zrobili. Próbowali, kombinowali, zmieniali ciągle obciążenie, żeby w końcu ten jeden jedyny klocek przeważył i ruszył windę w dół. Nic nie działało. Ani domino, ani podkładki, ani pudełka, ani karty do gry, chociaż karty można bardzo dokładnie dopasować. Widocznie nie mogło się udać. Stracili nadzieję. Ale posunęli się do ostateczności. Zmienili nie obciążenie, tylko... windę. Z płaskiej podkładki na wysokie, okrągłe (ale przezroczyste), leciutkie pudełeczko. Było do opakowanie od pchełek, takiej gry. To był pomysł Teda, mówiłam wam zresztą, że to Ted ma zawsze najlepsze pomysły. Wymyślił całą tą windę przecież i to, jak ta winda ma wyglądać. Obciążenia nie było żadnego, chociaż próbowali jeszcze z kostkami domina i kartami, a, i pudełkiem od kart. Ale ostatecznie jako obciążenie służyło powietrze. I.. to się udało! Ustawili klocki na dole i zaczęli kręcić film. Z pozostałych kostek domina ułożyli dla lepszego wyglądu domek. Ted kręcił, a Quick wszystko tłumaczył. I.. jak Quick popchnął klocki, to... pan inżynier Brown.. winda ruszyła, ale bez niego, ponieważ do niej nie wpadł, tylko ją potrącił, spadając w dół. O ja cię.. tyle się chłopaki namęczyli, a tu bęc! Niespodzianka! Pan Brown nie wpadł do windy, a to przecież o to chodziło. Postanowili więc zrobić kolejną próbę. Nie wiem czy ta im wyszła. W każdym razie ta, albo następna w końcu, po wielu próbach i trudach... udała się. Tak, wszystko poszło zgodnie z planem! Za pierwszym razem pan Brown nie wpadł do windy, ponieważ winda była trochę za nisko, czy za daleko, tak utalili Ted i Quick, w każdym razie. Podnieśli więc windę, ustawili na nowo wszystkie klocki i tym razem WSZYSTKO poszło zgodnie z planem. Klocki na górze przewróciły się, tak, jak trzeba, popchnęły pana inżyniera Browna, który wpadł do windy. Winda z kolei pod wpływem jego obciążenia zawiozła go na dół, przewróciła klocki, ustawione na dole, a klocki też bez żadnych przeszkód przewróciły się (nawet na zakrętach wszystko poszło dobrze), aż doszły do równoważni. Równoważnią była gąbeczka i położona na niej czerwona bierka (trójząb). Na trójzębie leżała karta koszulką do góry. Przewracające się kostki domino sprawiły, że bierka energicznie zmieniła swoje ustawienie, dzięki czemu karta spadła z niej i odwróciła się, ukazując asa pik. Piękny widok! Wszystko się udało! Quick i Ted byli bardzo dumni i zadowoleni, bo wreszcie im wyszło to, na co poświęcili tyle czasu. Brawo!! Ja się cieszę razem z nimi, szczególnie, że to wszystko nagrywali, więc wszystko sobie obejrzę, jak wrócą do LA! [...]
No, a teraz parę słów o skarbie. Już mówię, o co chodzi :) Podobno gdzieś nad jeziorkiem jest ukryty skarb. Val, Max, Kay, Nikki, Rick, Jane, Ted (Johnny chyba też), a nawet Tasha wzięli się więc za szukanie skarbu. Tyle że Val, Max i Kay zniechęciły się, jak tylko zobaczyły, że w małej dziurze, którą wykopały tego skarbu nie ma. Tasha szuka głównie w nocy. Rick kombinuje tylko odliczając kroki od najbliższych drzew i szukając jakiegokolwiek śladu zakopania skarbu. Albo wbija patyk głęboko w ziemię, sprawdzając, czy nie natknie się na coś twardego, co miałoby oznaczać skrzynię ze skarbem. A, jak już jesteśmy przy Ricku - nikt nadal go nie atakuje. Bandyci, przez brak jakiegokolwiek zasięgu, nie mogą odnaleźć Ricka, więc [Rick] ma urlop nie tylko od pracy, ale też od ataków bandytów. No, to teraz dalej z tym skarbem. Każdy szuka skarbu z innej przyczyny. Val, Max i Kay oczywiście szukały go dla siebie, ale, jak mówiłam, już się zniechęciły. Nikki i Rick chcą znaleźć skarb i go zatrzymać, to racja, ale mają zamiar się podzielić z innymi. Tasha chce znaleźć skarb, mając nadzieję, że to jakieś klejnoty, żeby sprzedać je w internecie za cenę dziesięć razy większą niż są warte (i kufer, w którym te klejnoty są - też). Kombinatorka jedna. A Ted.. Ted, Ted.. w życiu byście nie zgadli. Ted szuka skarbu tylko po to, żeby oddać go właścicielowi terenu obok jeziorka, na którym to postawił pięć ślicznych domeczków do wynajęcia. Jej, co za szlachetność! Ja się akurat nie dziwię, że Ted chce tak zrobić, bo on taki już jest, że myśli tylko o innych, ale przecież on nawet nie zna właściciela tych domeczków. Jej, co za porządny człowiek z tego naszego Teda! To znaczy Anioł, jak mówi Tasha. No, naprawdę Anioł jakiś z niego jest, a nie człowiek. Każdy szuka skarbu, żeby mieć z tego jakieś zyski, a Ted chce go znaleźć tylko po to, żeby go oddać. Co za niesamowita szlachetność. Jestem pełna podziwu dla Teda. Naprawdę. Jescze nigdy nie znałam kogoś takiego. Nigdy nie znałam kogoś tak wspaniałego i.. ach tam. Słowa są za małe, żeby opisać Teda ;) [...]
Tasha dzwoniła do mnie dzisiaj. Powiedziała, że skończyła już sprawę z CIA, którą prowadziła w małym miasteczku 30 km od jeziorka, do którego codziennie rano biegała. Kazała mi zapisać - 6 sierpień: oficjalne zakończenie sprawy wywiadowczej z małego miasteczka. Oczywiście sprawa jest zakończona pomyślnie. Tasha mówi, że, gdyby się (specjalnie zresztą) tak nie ociągała z tą sprawą to skończyłaby ją przynajmniej w poniedziałek, jeśli nie wcześniej. Ale ona specjalnie się ociągała, żeby zakończyć sprawę mniej więcej wtedy, kiedy wszyscy będą wracać do LA. Oczywiście Tashy chodzi o to, żeby nie brać urlopu w CIA, ona nie chce się nudzić rano; rozumiecie, prawda? O ile to da się zrozumieć :D Wzięła tą sprawę tylko po to, żeby mieć co robić, poza ochroną klienta i ociągała się z nią jak najdłużej się dało, mimo, że była bardzo prosta i wszystko po to, żeby nie nudzić się rano, kiedy jeszcze nie ma zmiany z klientem i, żeby nie brać niepotrzebnie urlopu w CIA. Co za kobieta ;) Tylko praca i sport jej w głowie! Ale prace swoje (obydwie) uwielbia (V.I.P. bardziej, oczywiście), więc nie ma na to rady, sport też kocha ;D I jest szczęśliwa, a to najważniejsze. [...]
No, kończymy już powoli. Obozowicze wracają w nocy z piątku na sobotę. Samolot mają o czwartej rano w sobotę, ale uwzględniając strefy czasowe będą w Los Angeles koło szóstej, czy siódmej rano. Oczywiście muszą wyjechać już w nocy, bo najpierw muszą się doczłapać od jeziorka do małego miasteczka (30 km), a potem muszą wziąć taksówkę, czy coś i dojechać do Phoenix (150 km od małego miasteczka), skąd dopiero mają samolot do LA. Tak to wygląda. Na lotnisku muszą być przynajmniej 45 minut przed lotem, żeby się w miarę spokojnie wyrobić. Więc wyruszyć muszą około północy. Tak sobie to obliczyłam ;) Czyli niedługo, bo już w sobotę z samego rana, zobaczę się z moim Quickiem!! I resztą obozowiczów, oczywiście ;P
No i ostatni króciutki temacik. Niedługo (15 sierpnia) wyjeżdżamy wszyscy (to znaczy: V.I.P.y, Ted, Jane, ja, może też Elle, Jacob i Magnus; i może ktoś jeszcze, np. Michael) w Góry Skaliste. Wtedy biorę urlop i dlatego nie pojechałam teraz nad jeziorko z Quickiem, bo dwóch urlopów bym nie dostała. V.I.P.y (tak podejrzewam) też będą miały urlop, chyba że będzie jakiś klient, który będzie musiał być w Los Angeles, wtedy przełożymy ten wyjazd. Tak, i od razu mówię, że nie biorę ze sobą komputera. Nie mam bezprzewodowego internetu, a w górach też raczej internetu nie będzie (nawet jakby był, to ja NIE BIORĘ KOMPUTERA), więc na czas wyjazdu (jakieś 10 dni) nie będą się pojawiały notki na blogu. Biorę urlop, więc robię sobie wolne od wszystkiego, chcę też odpocząć od komputera. Przyjadę to napiszę notkę, a od 15 gdzieś do 26 sierpnia notek nie będzie. Nawet gdybym brała komputer i gdybym miała tam internet to raczej nie miałabym czasu na pisanie bloga, bo będziemy tam chodzić po górach i spędzać czas razem. No dobra, ale o tym jeszcze napiszę dokładniej. Teraz kończę. Nie mogę się doczekać naszego wspólnego wyjazdu! Oby wszystko wyszło i obyśmy mogli faktycznie wyjechać. No, to papa! ;*

Susan |2009-08-06| |23:44:32|
skomentuj (0)




O miłości, jeziorkowym życiu i Sowie :)

Hej! Dzisiaj zaczniemy od najprzyjemniejszego tematu, tj. ... miłości! Mówiłam już wam, że bardzo lubię mówić i myśleć o miłości.. cóż, kto nie lubi? No więc: bardzo tęsknię za Quickiem! Pół biedy by było, gdyby to tylko Quick wyjechał, a nie wszystkie V.I.P.y. I jeszcze Ted i Jane! No bo do V.I.P.u przyjechać nie mogę, ponieważ jest zamknięte. Trudno, żeby było otwarte, skoro nikogo tam nie ma. W domu cicho i pusto. Przyjeżdżam teraz po pracy do Elle. To znaczy najpierw na pół godziny zaglądam do Gary'ego, potem jadę do Elle. Jak tylko powiedziałam Elle, że wszystkie V.I.P.y wyjeżdżają to zaproponowała mi, żebym przyjeżdżała do niej. Jak to jednak stare dobre przyjaciółki się znają i rozumieją! :D Nie musiałam nic mówić, a Elle wiedziała, że będę potrzebowała towarzystwa w godzinach i dniach samotności.. ;) Elle przecież też jest sama do szóstej, bo Jacob idzie do pracy. Ale Elle wraca ze sklepu o czwartej, więc tylko dwie godziny jest sama. W ten czas robi zawsze kolację dla siebie i dla Jacoba, którą jedzą w romantycznym nastroju przy kwiatach i lampce (lub świecach ;P), rozmawiając zawsze o czymś miłym. A ja, jak przyjeżdżam do Elle to zawsze pomagam jej w przygotowaniu kolacji lub obiadu (w sobotę, kiedy wszyscy kończymy pracę szybciej). Dzisiaj zdążyłyśmy zrobić kolację, odkurzyć mieszkanie (żeby Jay nie musiał tego robić), posprzątać i umyć dwa okna w kuchni. Mieszkanie lśni! Jutro umyjemy kolejne dwa okna, albo i więcej, bo nie będziemy już musiały sprzątać i odkurzać. Znakomicie się pracuje z Elle. I do tego czas szybciej leci. Elle też jest zadowolona, chociaż ciągle powtarza, żebym się rozgościła i żebym jej nie pomagała. Ale ja lubię i wolę pomagać, częściowo z tego względu, że czas ucieka szybciej. Poza tym źle bym się czuła siedząc i patrząc jak Elle gotuje. Miałabym wyrzuty sumienia, gdybym jej nie pomagała. Jak już jej się zwalam na głowę to muszę pomóc. A dla Elle to też korzyść, bo robota szybciej idzie, no i przy porządkach i gotowaniu gawędzimy sobie o różnych rzeczach... ;) Muszę przyznać, że głównie o naszych mężczyznach. No ale cóż, lubimy te rozmowy :) Aż trudno uwierzyć, że Quick i V.I.P.y wyjechali tylko na tydzień. Nie ma ich od piątku. To dopiero jakieś trzy czy cztery dni, zależy jak się liczy. Ale ja liczę piątek, sobotę, niedzielę i poniedziałek, bo właściwie ten ostatni już minął. No to cztery dni ich nie ma. Wrócą w piątek lub w sobotę, sami jeszcze nie wiedzą. Ale sądzę, że w sobotę wrócą, bo za wynajmowanie domków w piątek też płacą, więc użyją sobie cały dzień i wrócą w sobotę, a przynajmniej w nocy z piątku na sobotę. No to przede mną jeszcze kolejne cztery dni bez Quicka. Na szczęście Elle ze mną będzie! Z przyjaciółmi zawsze raźniej :) Nie wytrzymałabym całkiem sama w domu przez ten tydzień. Chociaż nie wiem, co by się ze mną stało, gdybym tego nie wytrzymała. E, pojechałabym do Quicka, jakbym miała siedzieć w LA całkiem sama. Albo codziennie odwiedzałabym rodziców. No, nie wiem, mam Elle i tego się trzymajmy xD Czas jakoś zleci i mam nadzieję, że nawet nie zdążę się obejrzeć i Quick będzie ze mną z powrotem. Teraz przejdę do drugiego miłosnego tematu, bo tak naprawdę głównie o tym chciałam mówić, mając na myśli "miłość". A ja się rozpisałam na temat mojej tęsknoty i tego, co robię z Elle, dopóki Jay nie przychodzi z pracy. No bo jak przychodzi to jemy razem kolację, potem albo oglądamy jakiś fajny film albo w coś gramy. Dzisiaj, dla przykładu, graliśmy w chińczyka ;)
No, ale teraz o.. Natalie i Marcu! Pisałam wam, że ze względu odmiennego miejsca zamieszkania postanowili, że zostaną przyjaciółmi. No i przez kilka dni faktycznie byli przyjaciółmi. Ale dzisiaj... miłość zwyciężyła rozum. A, żeby nie było, że ja tu opisuję czyjeś życie bez wiedzy tych, o których piszę. Natalie nie ma nic przeciwko, w końcu i tak nikt nie wie, o kogo chodzi, bo ona nie ma nigdzie w internecie swojego profilu, a poza tym nie wstydzi się swoich uczuć i tego co robi. A Marc też mówi, że mogę pisać, co chcę, bo Niki (jego przyjaciółka z Austrii) też ma swojego bloga (tyle że po niemiecku), na którym pisze wszystkie swoje przemyślenia na każdy temat, a o Marcu też tam jest niemało. No więc, Natalie mi mówiła, że jak sobie raz siedzieli u niej w domu i oglądali jej album ze zdjęciami to.. magia zadziałała. Marc romantycznie ją pocałował, a przecież ona nie chciała się bronić, mimo, że nie powinni za bardzo tego robić. No i na jednym pocałunku wcale się nie skończyło, bo było ich podczas tego wieczoru o wiele więcej. Zjedli razem kolację w pięknym nastroju, w półmroku, jedynie przy świetle świec.. cudowne! Spędzili razem fantastyczny wieczór! Na jutro też się umówili. Pewnie znowu się nie powstrzymają przed okazaniem uczucia, które ich łączy! Nie wiem, jak oni przeżyją rozłąkę. No, Marc się do USA nie przeprowadzi, po pierwsze dlatego, że wcale nie chce, bo ma w Austrii pracę, którą kocha, a po drugie dlatego, że nawet gdyby chciał się przeprowadzić, to i tak nie miałby na to pieniędzy. Ciągle jeszcze nie skończył remontu w swoim domu w Wiedniu, a miałby kupować nowy dom w Stanach Zjednoczonych? To byłoby, delikatnie mówiąc, niemądre. A Natalie ma tu, oczywiście, samochód i dom (tak jak Marc, tylko jej dom jest wykończony) oraz trochę oszczędności. Ale nie ma tyle pieniędzy, żeby się przeprowadzić do Austrii. Poza tym w Wiedniu mogłaby nie znaleźć pracy, a wiadomo, że z obecnej musiałaby zrezygnować, gdyby się wyprowadziła. Poza tym nie zostawi rodziny, którą ma tu, w Los Angeles. Więc przeprowadzka odpada. Wychodzi na to, że po prostu Natalie i Marc, chcąc, nie chcąc, będą musieli pozostać tylko przyjaciółmi, ponieważ okropnie trudno jest utrzymać związek na odległość, o ile to w ogóle możliwe. Ale póki oboje są w jednym miejscu, to mogą sobie używać, ile im się podoba ;)
A teraz coś o V.I.P.ach i ich życiu nad jeziorkiem, otoczonym z każdej strony wielkim, rozległym lasem, 30 km od małego miasteczka, oddalonego z kolei o 150 km od Phoenix. Nie mają tam w ogóle zasięgu, dlatego Quick w ogóle do mnie nie dzwoni, a ja się do niego też dodzwonić nie mogę. Żeby mieć zasięg obozowicze muszą wypływać łódką na środek jeziora albo iść prawie pięć kilometrów od "pola domkowego" na najbliższą polankę. No, Ted był dzisiaj na polance, ponieważ chciał zadzwonić do Roberta, a przy okazji skontaktował się ze mną. Dlatego mam świeżutkie informacje! Właśnie w związku z tym, że nie ma zasięgu, to Tasha, jak codziennie rano biega do miasta, to po drodze pojawiają jej się powiadomienia o nieodebranych połączeniach i przychodzą SMS-y. Ostatnio dosłownie pobiła wszelkie rekordy - miała 41 nieodebranych połączeń i 25 SMS-ów! Ja nie wiem, kto do niej bez przerwy dzwoni, dla mnie coś takiego jest po prostu niepojęte. Jak do mnie ktoś raz dziennie zadzwoni to i tak jest dobrze. A Tasha ma 41 połączeń! To znaczy nie zawsze, tylko to był rekord, jak dotąd. Bo tak to ma z piętnaście, a nawet mniej, więc nie jest tak źle. W sumie z całego dnia.. ale nigdy nie zauważyłam, żeby do Tashy ciągle ktoś dzwonił. To prawda, że ona ma chyba najwięcej telefonów ze wszystkich moich znajomych, ale żeby aż tyle? Nie spodziewałabym się tego. Ale nieważne, to podałam tylko w ramach informacji. Póki jesteśmy w temacie Tashy to muszę wam powiedzieć, że jej pies, Akryl, którego Tasha oczywiście z całą resztą swoich zwierzątek (kot Bond, fretka Andżelisia i sześć rybek: Tasha, Ted, Jane, Akryl, Bond i Andżelisia) wzięła na obóz, czy raczej na urlop Ricka... zaczął polować. Tak, Akryl, jak to Tasha mówi "zdziczał". Upolował trzy ptaki, dwa króliki i mysz. To znaczy Tasha mówi, że zdziczał tylko dlatego, że poluje i wyje po nocy do księżyca, bo poza tym wcale się nie zmienił. Tak naprawdę to on nadal jest słodki i łasi się do wszystkich tak samo jak wcześniej, tylko znalazł sobie dodatkową rozrywkę. A wyje, bo Tasha raz kazała mu zawyć, żeby przestraszyć wszystkich obozowiczów, że w tym lesie są wilki. I wszyscy w to wierzą, bo Akryl wyje każdej nocy. A, jak już jesteśmy przy dzikich zwierzętach.. Jane mówi, że widziała w jeziorku aligatora! Nie wiem, czy to prawda, bo mogło jej się wydawać, w szczególności, że już na początku pobytu na obozie Tasha powiedziała wszystkim, że w jeziorku są krokodyle. Udawała, że widzi krokodyla i wszyscy w to uwierzyli, szczególnie jak dodała: "no naprawdę!". Oj, Tasha, Tasha.. wszystkich musi straszyć. Teraz, przez opowieści Tashy, Rick wieczorem w ogóle nie wychodzi z domku, a jak się kąpie w jeziorku to tylko przy brzegu. No i oczywiście chce, żeby ktoś z V.I.P.u zawsze był przy nim, chociaż V.I.P.y mu mówiły, że kontrakt nie obowiązuje do ochrony klienta przed dzikimi zwierzętami. No, ale poza tym Rick uważa, że nad jeziorkiem jest wspaniale i bardzo mu się tu podoba, nie dziwię się mu, zresztą. Rick sobie naprawdę odpoczywa, ma prawdziwe wakacje! V.I.P.om, Tedowi i Jane również się podoba i to bardzo. Niektórych tylko denerwuje to, że nie ma tu zasięgu. A, Rickowi jeszcze bardzo odpowiada to, że nikt tu do niego nie strzela. Cóż, bandyci nie mają możliwości namierzenia żadnego telefonu ani samochodu (bo najzwyczajniej tego ostatniego tam nie ma, a tego pierwszego nie da się namierzyć bez zasięgu). Na razie więc Tasha, Nikki, może też Quick i Johnny trochę się nudzą, bo nie ma żadnej akcji. Chociaż.. opowiem wam, co oni wszyscy robią nad jeziorkiem. Val, Max i Kay głównie się kąpią, opalają (chociaż przez dużą ilość drzew jest to trudne) i grają, przede wszystkim w Twistera. Trochę tańczą i baaardzo dużo gadają. Ogólnie - bawią się dobrze. Jane też często z nimi gra, a poza tym gotuje, urzęduje z Johnnym, szyje, no i przesiaduje z Tashą, Quickiem i Tedem, a oni zawsze mają co robić. Ted, Johnny, Kay, Nikki, Tasha, Quick i Jane lubią grać w butelkę, to znaczy: "prawda czy wyzwanie?". To jest całkiem fajne zajęcie. Ustalili sobie zasadę, że jak ktoś wybierze prawdę/wyzwanie i nie odpowie na pytanie/nie wykona zadania, to wtedy musi wykonać zadanie (inaczej odpada)/musi odpowiedzieć na jakieś pytanie. Rozumiecie? Załóżmy, że Tasha wybierze prawdę i nie odpowie na pytanie, to wtedy musi wykonać wyznaczone przez np. Quicka zadanie, inaczej odpada z gry i odwrotnie: jak np. Kay wybierze wyzwanie i go nie wykona, to wtedy musi odpowiedzieć na jakieś pytanie, w przeciwnym razie odpada z gry. Wszyscy po niedługim czasie przekonali się, o co głównie pytają współzawodnicy i jakie zadania wyznaczają. Wykorzystują to. Jak np. Jane nie chce odpowiedzieć na jakieś konkretne pytanie, a wszyscy ją o to pytają, to wybiera najpierw prawdę i jeżeli pojawia się to pytanie, to na nie nie odpowiada i dostaje zadanie, które np. łatwiej jej wykonać. Super zabawa, muszę przyznać :) Śmiechu mają przy tym niemało, pytania bardzo niedyskretne, a zadania trudne. Ale chyba tylko raz Nikki odpadła. Ale po zrobieniu dwóch "MEGAtrudnych zadań" wróciła do gry, bo tak sobie wszyscy ustalili, że jak ktoś odpadnie, to ma szansę wrócić, ale właśnie po wykonaniu dwóch naprawdę trudnych wyzwań. No i Quick z Tedem bardzo lubią układać klocki domino. To znaczy takie, jak Domino Day, wiecie, co się przewracają. Ted ma świetne pomysły, a przy pomocy Quicka wychodzą im cuda. Zrobili mostek (po części z domino), po którym prewracały się klocki aż doszły do wieży, którą miały rozwalić. Niestety wieża się przewróciła, więc Quick "wysłał w nią samolot" w postaci kostki domino. Innym razem Ted zbudował "konstrukcję schodkową". Polegało to na tym: parę klocków na samej górze platformy przewróciło się (przy okazji też miała się zniszczyć wieża Quicka, ale to nie wyszło) aż doszło do schodków. Klocki musiały zawrócić na pierwszym stopniu. Szły sobie w dół, w dół, w dół, po coraz niższych schodkach, aż doszły do określonego podłoża, zawróciły i po listwie przewracały się kolorowo aż doszły do bierki, która z kolei miała (dzięki równoważni z gąbeczki) odwrócić kartę (as pik) na drugą stronę. Wszystko było bardzo widowiskowe. Ale nie wychodziło na początku. Ted miał chyba trzy próby. Raz na zakręcie klocki się zatrzymały, no i efekt się zepsuł. Następnym razym Ted coś potrącił, tak, że mu się za szybko poprzewracało i nawet nie zdążył tego sfilmować. Za trzecim razem wszystko szło jak po maśle, ale... karta się nie odwróciła. Spadła z bierki, ale się nie odwróciła! Ale Tedowi już się nie chciało układać czwarty, czy nawet piąty raz od nowa. Ale wiecie co? On włożył w to tyle pracy, czasu, cierpliwości i poświęcenia, że nawet pszczoła albo mrówka by się nie powstydziła takiej pracowitości, jak Teda. A, właśnie - mówiłam, że Ted "nie zdążył sfilmować". Bo wiecie, Ted i Quick wszystko nagrywali na aparacie Tashy. Zabawnie się to potem oglądało, np. siedem czy osiem prób obalenia wieży przez Quicka, to było coś. Tyle razy się męczył, żeby to przewracające się kostki domino rozwaliły wieżę, a i tak musiał rzucić jeden klocek w tą wieżę, żeby się wreszcie przewróciła. Cóż, solidną wieżę zbudował :D A najnowszy pomysł Teda polega na zrobieniu windy. Ale tylko tyle mi powiedział, więcej nie wiem, ale wiem, że na pewno to będzie super widowisko. Jak wrócą, to sobie obejrzę te wszystkie nagrania, bo to musi być piękne :) [...]
No dobra, teraz tak, posłuchajcie. Poczytajcie raczej. Jeziorko jest dookoła otoczone lasem. Tylko z jednej strony jest mała plaża. Naprawdę mała. Właśnie kawałeczek za nią już się zaczyna trawa. Plaża ma może z.. dziesięć metrów długości (wzdłuż wody) i jakieś pięć metrów szerokości, czyli pięć metrów od wody. Dalej już rośnie trawa i jakieś dwa, czy trzy metry dalej jest pierwszy domek. W nim mieszkają Val, Max i Kay. Kawałek dalej, ale w tym samym rzędzie jest następny domek, w którym mieszkają klient, Nikki, Quick i Johnny. Wszystkie te domki stoją w rzędzie i są bardzo malutkie. Ale to nie są "szeregowce", bo nie są połączone. Każdy domek dzieli odległość jakichś dziesięciu metrów, może piętnastu. No i w kolejnym domku mieszka Ted, Tasha i Jane z całą gromadą zwierzątek. W następnym Will Smoker, według Tashy tajny agent FBI, według reszty dziewczyn - przystojniak grający na gitarze. A w piątym z kolei, ostatnim domku na razie nikt nie mieszka.
No i Tasha nadal prowadzi swoje obserwacje przez lornetkę na dachu. Zna już wszystkie rodzaje broni, posiadane przez Willa, wie, że na śniadanie je płatki kukurydziane, których wziął na swój urlop cały zapas, widzi, jak grywa na gitarze przy kominku albo na mini-tarasie, które są przy każdym domku. Dodatkowo Tasha zauważyła, że w szafie (nie wiadomo po co) Will trzyma garnitur od Armaniego. Widziała też, że raz, jak rozmawiał przez telefon, był bardzo zdenerwowany. Ale, że lornetka to nie urządzenie do podsłuchu, to nie wie, o czym agent mówił. Ogólnie stwierdziła, że Will jest zrelaksowany podczas swojego urlopu, Tasha nie może tylko zrozumieć, dlaczego wybrał się na ten urlop całkiem sam. Mówi, że coś podejrzewa. Jak zawsze, to normalne dla Tashy. Tylko że jej podejrzenia najczęściej (albo i zawsze) okazują się słuszne. Nie wiem, dlaczego, ale Tasha jakoś zna się na ludziach i ma niezawodną intuicję, albo, jak ona to mówi - instynkt lub szósty zmysł. Kto wie, może to racja.. ;)
A teraz parę słów o Willu, ale bardziej ze strony społecznej, a nie kryminalnej. Pięknie gra na gitarze.. jest przystojny, tak, że trudno od niego oczy oderwać. Tak mi powiedziała Val, jak do mnie zadzwoniła ;) Nawet Nikki patrzy się na niego w ten specyficzny dla podziwu sposób. Zainteresowane nie są tylko Tasha i Jane. To znaczy Tasha jest zainteresowana, ale jako agentka wywiadu, a nie jako kobieta, trudno się dziwić, bo Tasha już ma (również) zniewalającego i do reszty uroczego mężczyznę, jakim jest Ted. Nie ma bardziej idealnej pary, jaką jest Tasha i Ted, a przynajmniej ja się z taką nie spotkałam. Ale o nich kiedy indziej, teraz mówiłam o Willu. Lubi Sudoku i zagadki matematyczne. Czyta prześmieszne książki. Val mi mówiła, że raz, jak Will poszedł do domku i zostawił książkę na tarasie, to ona podeszła cicho i przeczytała fragment, bo ciekawość ją zżerała, z czego Will się tak śmieje. Jak zaczęła czytać to też zaczęła się śmiać, więc szybko odłożyła książkę i odeszła. Jak opowiadała Maxine, Kay i Nikki o tym, co przeczytała to wszystkie się prawie poryczały ze śmiechu. Will po chwili wyszedł z domku i wrócił do czytania i też się śmiał, jak zwykle. Dobry humor, jak widzę, dopisuje wszystkim nad jeziorkiem. Poza tym Will uprawia jogging. Biega codziennie rano po lesie, gdzieś godzinkę albo dwie, jeżeli jeszcze ćwiczy, a nie tylko biega. Jak oddala się w kierunku lasu, do którego od jego domku jest zaledwie 60 metrów, to wszystkie dziewczyny (te zainteresowane, czyli Nikki, Max, Val i Kay; to znaczy Kay jest z Johnnym, więc nie jest zainteresowana Willem, ale popatrzeć sobie lubi xD) patrzą za nim, aż nie zniknie im z oczu, a potem wzdychają i jeszcze chwilę tkwią w bezruchu, celebrując moment podziwu tego cudu, jaki chodzi po ziemi, i na dodatek mieszka tuż obok... ;) [...]
I to by było na tyle o jeziorkowym życiu obozowiczów. Teraz dosłownie króciutko na temat Sowy, bo notka jest już bardzo długa, a ja muszę już kończyć, bo mamy późną godzinę ;D Sowa podobno rozwiązał w ostatnim czasie aż trzy sprawy. Jego koledzy są pełni podziwu i nabrali respektu do nowego towarzysza. Wszyscy w FBI bardzo szanują Sowę, bo faktycznie świetnie się spisuje. W jego drużynie są: Ray, Paul, Marrey, Larry i piękna Victoria. Vicky raczej nie strzela ani nie gania za przestępcami - jest sekretarką, prawniczką i "umysłem" grupy. Bardzo im się przydaje. No a reszta to oczywiście agenci w pełnej okazałości. Larry do tego jest expertem od komputera, chociaż nie tak dobrym jak Kay ;) Czyli łącznie z Sową "Mercury Team" (taką nazwę sobie wymyślili) posiada sześć osób. Podobno jest to bardzo dobra grupa FBI i szefostwo jest z nich zadowolone. A jeszcze więcej ma satysfakcji dzięki Sowie ;)
No i to tyle. Wszystko na dziś. Strasznie długa notka mi znowu wyszła, nie uważacie? Ale cóż, tyle się teraz u nas dzieje, że krócej się nie da, jeżeli chce się o tym wszystkim napisać. A ja właśnie chcę napisać o wszystkim. Mam nadzieję, że mi to wychodzi. Jeżeli coś przeoczyłam, to dopiszę w następnej notce, ale jeżeli bym faktycznie coś przeoczyła.. to by raczej znaczyło, że ważne to nie było xD To papa! ;*

Susan |2009-08-03| |23:30:36|
skomentuj (0)




Oliwka, Gary, jeziorko... ;)

Hej! Na początek opowiem wam o Oliwce, a jest co opowiadać. Mówiłam wam często, że Tasha wielu rzeczy uczy Oliwkę. Większość to są faktycznie przydatne lekcje, ale ostatnio Tasha uczy Oliwkę kłamać i jeszcze jej mówi, że to dobre. No więc nasza słodka Oliwka zaczęła kłamać. Quick zadzwonił w tej sprawie do Jeffa, no bo to już całkiem poważna sprawa, o której należałoby rodzica powiadomić. Jak Jeff dowiedział się, że jej córka kłamie swoich przyjaciół, a wręcz rodzinę, to, ooo... bardzo się zdenerwował. Powiedział Quickowi, żeby pilnował tego, żeby Oliwka więcej nie widywała się z Tashą. Ale Quick od razu wiedział, że nie jest to możliwe, bo jak Tasha będzie chciała nadal spotykać się z Oliwką, to bez względu na wszystko będzie to robić. I powiedział tak Jeffowi. A Jeff w takim razie dał Oliwce... POCZWÓRNY SZLABAN! Chociaż nigdy jeszcze nie dawał jej szlabanu. Ale też nigdy sobie na niego nie zasłużyła. A teraz dostała poczwórny - na komputer, na telewizor, na zabawę z psem Tashy (bo to się Jeffowi od początku nie podobało ze względów bezpieczeństwa Oliwki) i jeszcze na widywanie się z Tashą. Oliwka się oczywiście popłakała, bo nie dość, że to jej pierwszy szlaban, to na dodatek według niej (szczególnie ostatni punkt) jest bardzo okrutny. Poza tym Oliwka nie wiedziała, kłamiąc, że robi źle. No bo Tasha jej mówiła, że kłamanie jest dobre. Więc Oliwka była zrozpaczona. A Jeff też źle czuł się z powodu tak surowej kary, poza tym Oliwka nigdy wcześniej żadnej kary nie dostała. No fakt, że naprawdę nigdy nie zasłużyła sobie na jakąkolwiek karę, ale mimo to, że teraz zasłużyła, to Jeff czuł się z tym bardzo źle. Więc zaraz oddzwonił do Quicka, poprosił o połączenie go z Oliwką i odwołał jej tą karę. Powiedział, że jej to wynagrodzi, że był dla niej za ostry, np. kupując jej słodycze. Ale upomniał ją, że kłamstwo jest bardzo złe i nakazał, żeby "nie słuchała cioci Tashy, tylko wujka Quicka". A Quicka Jeff oczywiście poprosił o to, żeby od razu mówił Oliwce, jeżeli robi coś złego, że jest to złe i, żeby tego w takim wypadku więcej nie robiła. Aha, czekajcie. Ja wam powiedziałam tak ogólnie, że Oliwka kłamie, no bo w małych sprawach faktycznie kłamała, ale był też jeden przeważający o wszystkim incydent. I to głównie z jego powodu Jeff aż tak się zdenerwował. Chodzi o to, że (oczywiście Tasha jej w tym pomogła, po tym jak poradziła jej tak zrobić) Oliwka wybrudziła i porozdzierała swoją jedną sukieneczkę, założyła czarną, podziurawioną czapkę i... zaczęła udawać żabraczkę koło centrum handlowego! Udało jej się zarobić, może nie uwierzycie... 7 tysięcy dolarów!! To znaczy Ed już dał jej 1000 na samym początku, potem od kogoś dostała 3000, a reszta już się uzbierała ze stu- i dwustudolarówek. Ja rozmawiałam z Oliwką na ten temat i kazałam jej oddać te większe pieniądze, ale widzę, że się tego nie doczekam. W każdym razie Oliwka już wie, że kłamstwo jest bardzo złe i sądzę, że więcej kłamać nie będzie. Przeprosiła i widać było, że przykro jej, że tak zrobiła. No, byle jej Tasha znowu nie nagadała jakichś głupot, to będzie dobrze. Mam nadzieję, że już sobie daruje uczenie Oliwki takich rzeczy.
A, tak. W ten weekend Ted odwozi Oliwkę do domu. Wsiądą w samolot w piątek wieczór (chwila, to dzisiaj! ;D), Ted się rozgości w sobotę w Greenville, a w niedzielę pojedzie z powrotem do domu. Mówi, że ma ochotę pojechać z Oliwką do jej domu, bo przy okazji zobaczy się jeszcze raz z Sandy i Jeffem i może pozna Lori. A Tasha w tym czasie będzie w Waszyngtonie z kilkoma agentami, na jakimś posiedzeniu, czy coś. To przynajmniej Tasha i Ted będą razem. Wiecie, Ted w Greenville, Tasha w Waszyngtonie.. oboje w podróży ;) A, jeszcze jedna nowość dotycząca Oliwki. Raczej się nie przeprowdzi z rodziną i Lori (i rodzicami Lori) do LA, ponieważ Jeff nie chce się przeprowadzić i wszystkim to wyperswadował. A Michael stwierdził, że Loraine miałaby w Los Angeles dużą szansę na rozkręcenie swojego interesu. Bo wiecie, Lori prowadzi salon piękności. W LA miałaby o wiele więcej klientów, bogatszych klientów, więc mogłaby spokojnie podnieść ceny swoich zabiegów. To by była naprawdę wielka szansa na rozwinięcie kariery. Z tego powodu Lori chciałaby wyjechać do LA, ale sama by nie pojechała, a Sandy nie jedzie, ponieważ Jeff nie chce. I kółeczko się zamyka. A Sandy też zauważyła, że Oliwka w przyszłości miałaby w LA lepsze wykształcenie, większe możliwości, a więc lepszą pracę itd., bo Greenville to małe miasteczko w przeciwieństwie do ogromnego Los Angeles. Ale Jeff nie chce się przeprowadzić do LA, po pierwsze dlatego, że kocha Greenville i mu się tu podoba, po drugie, bo w Los Angeles jest o wiele większa przestępczość, a po trzecie, że w Greenville jest przyjemniej i ciszej, nie ma tego całego zgiełku pędzących samochodów, hałasów, spalin. No, to da się zrozumieć. Ale w LA jest więcej znajomych (i rodziny xD), jak słusznie zauważyła Sandy jest też lepsze wykształcenie, oferty pracy itd., a, może to fakt, że przestępczość jest większa, ale i policji jest więcej. Ja na ich miejscu bym się przeprowadziła. Ale jak Jeff nie chce to nie, nie będziemy go przecież zmuszać. Chociaż to by była wielka szansa dla Lori, w przyszłości dla Oliwki, może dla Sandy też, no i Jeff na pewno płacę miałby wyższą. Ale nie to nie. Jakby się jednak zdecydowali przeprowadzić, to wam powiem ;) [...]
W środę była kolejna (druga) rozprawa dotycząca Gary'ego. Ja również na niej byłam, ale już nie zeznawałam, bo wszystko, co miałam do powiedzenia w sprawie Gary'ego już powiedziałam na poprzedniej rozprawie. Tashy znowu nie było na tej rozprawie w sądzie. Chroniła w tym czasie klienta i powtarza mi, że nie mogła się wyrwać. A przecież na te dwie godziny ktoś mógłby ją zastąpić w V.I.P.ie. Ale spokojnie, nie martwcie się, będzie jeszcze jedna rozprawa w poniedziałek. Może na niej Tasha wreszcie się pojawi. Jest bardzo ważnym świadkiem w tej sprawie. Chociaż dla Gary'ego lepiej, jak Tasha nie będzie zeznawać. Bo jak ona walnie jakąś bardzo przekonującą gadkę (a wiecie, że jej nie zależy na zmniejszeniu wyroku Gary'ego, a ma bardzo duże zdolności przekonywania i manipulowania ludźmi), to Gary na pewno dostanie wyższy wyrok, a wtedy moje przekonania i zeznania pójdą na marne. Więc ja już jednak wolę, żeby Tasha nie przychodziła na następną rozprawę. Gary będzie miał wtedy większe szanse. Tak. A, wiecie co? Mimo, że nie mogę być jego psychologiem, to przychodzę raz kiedyś do niego w czasie widzeń. Fakt, że mamy tylko jakieś pół godziny na rozmowę, ale on mnie lubi i bardzo mu poprawiam humor. To mnie motywuje do dalszej pracy i przychodzę jak najczęściej. Przynajmniej trzy razy w tygodniu :) Widzę, że Gary ma coraz bardziej optymistyczne podejście do całej tej sprawy. Trochę mu się poprawia. Rozwesela się stopniowo. Uśmiecha się coraz częściej. Zawsze jak mnie widzi, to się uśmiecha :) Lubię go, to taki porządny człowiek. Naprawdę szkoda, że popełnił taki błąd. Ale decyzja sądu chyba nie będzie surowa. Mam taką nadzieję. To naprawdę dobrze, jeżeli Tashy nie będzie na następnej rozprawie. Ta następna to będzie trzecia i chyba ostatnia. No, nie, najwyżej jedna jeszcze będzie. Dobra, zobaczymy. Najważniejsze, że Gary odzyskuje powoli pogodę ducha :)
A teraz może coś o nowym, przebojowym kliencie V.I.P.ów, Ricku. Zamierzał z V.I.P.ami, Tedem i Jane jechać na szkołę przetrwania, czy coś w tym rodzaju. Nawet załatwił bilety, tyle, że te bilety... były zarezerwowane na lot do Rosji. I tutaj się pojawił problem, bo Tasha widząc perspektywę na powrót do ojczyzny zechciała urwać się na jakieś dwa dni ze szkoły przetrwania i "wyrównać swoje rachunki". Ale my wszyscy wiemy, że to jest bardzo niebezpieczne (chociaż nic poza takim ogółem, że to jest niebezpieczne, nie wiemy, bo Tasha nigdy nic o tym nie wspomina; ona w ogóle nic nie mówi o sobie, dlatego nic o niej nie wiemy; o tych "rachunkach" również nie wiemy kompletnie nic, poza tym, że jest to bardzo niebezpieczne), dlatego bardzo nie chcemy, żeby Tasha zrobiła to, co zamierza. Ale Tashy się nie da przekonać, żeby tego nie robiła, bo jak ona sobie coś postanowi i się uprze... to koniec. Nikt ani nic jej nie powstrzyma. Dlatego V.I.P.y nie jadą do Rosji, bilety podarli i zostają.
Chociaż w czwartek Rick wziął urlop. Był w restauracji na obiedzie z Nikki, Tashą i Quickiem. Podobno jakiś wielki, napakowany facet miał wąty do klienta, Tashy i Quicka. A wiecie co mu nie pasowało? Że podobno oni hałasowali. I się odgrażał, że lepiej z nim nie zadzierać, bo jest kimś bardzo ważnym. Ale znacie Tashę... jak facet odchodził od stolika V.I.P.ów, to ona mu jeszcze krzyknęła coś do słuchu, tak, że się wszyscy w Lincolnie na nich gapili. Facet podszedł z powrotem, znowu przypomniał, że lepiej z nim nie zadzierać, ale Tasha mu znowu powiedziała coś do słuchu. Ona to ma takie zdolności do denerwowania ludzi, że lepiej nie mówić. Ripostę ma tak ciętą, jak Dr. House, albo i lepszą. No więc facet się nieźle zdenerwował, odciął się Tashy, a ta zaraz chciała się z nim bić. No to odeszła od stolika (bo już stała, tylko stolik ją od faceta oddzielał), przyjęła pozycję, paker zrobił to samo iiii... zaczęło się. W Lincolnie był w tym czasie pewien bardzo milutki mężczyzna z grupką dzieci (na pewno kolonie albo wycieczka) i zasłonił biedaczkom oczka, mówiąc, żeby nie patrzyły. Cała uwaga klientów restauracji odeszła od jedzenia i skoncentrowała się na bitwie. Tasha uderzyła pierwsza z prędkością błyskawicy, więc przeciwnik nawet nie zdążył się zablokować ani, tym bardziej zrobić uniku. Potem dostał jeszcze raz. I znowu. W ogóle nie zdążył reagować. Ale w końcu spróbował sam zaatakować, kiedy miał sekundę wytchnienia od ciosów. Jednak Tasha zrobiła doskonały unik, zakończony kontratakiem. Ten cios bardzo zabolał mężczyznę. Przez chwilę nie mógł złapać oddechu, ale za kilka sekund, dosłownie doszedł do siebie i spróbował znowu zaatakować Tashę. Kolejny raz na darmo, bo Tasha zablokowała jego cios i od razu wykonała kop z obrotu. Mężczyzna stracił równowagę i skończył na ziemi. Nie podnosił się, więc Tasha znowu mu dogryzła, powiedziała, żeby uważał na to, co mówi i trzymał się od nich (V.I.P.ów) z daleka. Na koniec dodała ironiczne: "Czy ty w ogóle wiesz z kim masz do czynienia?". Po tych słowach odwróciła się z uśmiechem, zrobiła dosłownie krok i nagle.. z prędkością pioruna odwróciła się i kopnęła pakera, który faktycznie już chciał zrobić coś Tashy. Teraz ona, wiedząc, że jak paker się podniósł to pierwszą rzeczą, jaką chciał zrobić było uderzenie jej, powiedziała: "Nie zachodzi się ludzi od tyłu". Aha, oczywiście po tym zdumiewającym ruchu Tashy wielki mężczyzna znów wylądował na ziemi. Tasha zadowolona wróciła do swojego stolika, przybiła pionę Nikki, Quickowi i klientowi. A, zrobiła coś jeszcze... wylała rosół na tego faceta, jak po chwili znów się podniósł i podszedł do stolika V.I.P.ów. To była rzecz ostateczna. Dryblas chciał jeszcze coś powiedzieć na koniec (i to było wyraźnie widać), ale Tasha nie pozwalając mu dojść do głosu, wstała i zapytała takim tonem, że wszystkim w restauracji dreszcz przeszedł po plecach: "Jeszcze ci mało?". I to był definitywny koniec. Facet odszedł. Czuł się przegrany i upokorzony, nie ma się zresztą co dziwić, bo pokonała go kobieta i to w pięknym stylu. Tasha ani razu od niego nie dostała. A dla faceta to zwykle straszne, jak kobieta jest od niego lepsza.. prawda? To byłoby zupełnie co innego, gdyby bił się z mężczyzną. Porażka nie byłaby aż tak gorzka... ;P A Tasha zamówiła sobie drugą zupę, zjadła ją w dwie minuty, bo była okropnie głodna i wyszli z Quickiem, Nikki i Rickiem. A podczas bójki nikt nawet nie próbował rozdzielać Tashy i tego dryblasa, bo w Lincolnie to wszyscy się znamy i wszyscy wiedzą, że Tashy i tak nie dałoby się powstrzymać. Poza tym publiczność, jaką stanowili klienci restauracji, kibicowała po cichu Tashy. Po cichu dlatego, że nikt nie ośmielił się odezwać. Cóż, Tasha wzbudza w ludziach respekt.. nie dziwię się, bo jej styl walki i odwaga zadziwiły każdego obecnego w Lincolnie. Ale dla Tashy ta przygoda nie była niczym nadzwyczajnym, dla niej pokonać kogoś to pestka, jak widzicie ;)
No ale wracamy bardziej do klienta. Jego kolega załatwił bilety na lot w nocy z czwartku na piątek do Phoenix. Stamtąd V.I.P.y pojechały jakieś 150 km do malutkiego miasteczka (nie pamiętam jak się nazywa). I jeszcze 30 km od tego miasteczka jest piękne jeziorko i wielkie, rozległe lasy. Tam, koło jeziorka stoi pięć prywatnych małych domeczków, które właściciel wynajmuje. Naprawdę prawie nikogo tam nie ma, tylko czasem ktoś przyjeżdża latem na wakacje. Teraz (bo dzisiaj mamy piątek) V.I.P.y, Ted, Jane, Rick i Oliwka są właśnie tam i wynajmują trzy te malutkie domeczki. Później przyjechał jeszcze ktoś - pewien przystojny mężczyzna, grający na gitarze... on oczywiście przyjechał na urlop, no i, chcąc, nie chcąc został sąsiadem V.I.P.ów. A ostatni domek stoi na razie pusty. Może ktoś do niego przyjedzie. W każdym razie jest tam pięknie, cicho, spokojnie. Słychać tylko śpiewanie ptaszków, szelest drzew poruszanych wiatrem i szum krystalicznie czystej wody jeziora. Pięknie! Idealne miejsce, żeby odpocząć! Chociaż V.I.P.y nie odpoczywają, bo muszą chronić klienta. Ale Ted odpoczywa, bo wziął sobie urlop. Za to Tasha jak zwykle ma najwięcej roboty, bo wynalazła jakąś nierozwiązaną sprawę w miasteczku (tym oddalonym o 30 km od jeziorka) i się nią zajmuje, żeby nie brać urlopu w CIA. Jej przełożony, szef z Nowego Yorku nie wie, że ona tam pojechała ze względu na klienta i specjalnie wynalazła sobie tą sprawę, żeby tylko nie brać urlopu. Jest z niej bardzo zadowolony, bo wie, że Tasha się angażuje i bardzo mu się to podoba. Fakt, że Tasha wykazuje bardzo dużo inicjatywy w CIA. Wszyscy uważamy, że przydałby się jej urlop i odpoczynek, ale ona nie chce brać urlopu. Dlatego wzięła jedną nierozwiązaną sprawę w miasteczku, którego nazwy nie pamiętam. Będzie tam biegać rano, żeby pozałatwiać i dowiedzieć się tego, co trzeba i potem będzie, też biegiem wracać. Dla niej to frajda ;) I to będzie robić rano, o 5.00 rano wstaje, więc czasu jej wystarczy do zmiany z klientem, która zaczyna się o 14.30. Więc rano będzie w malutkim miasteczku załatwiać sprawy z CIA, a po południu już będzie chronić klienta, jako agentka V.I.P.u. W swoim domku nad jeziorkiem, w którym mieszka z Tedem i Jane, postawiła przed oknem sniperkę. Już włamała się, tak, że nikt o tym nie wiedział, do ich sąsiada, grającego na gitarze i dowiedziała się, że jest tajnym agentem FBI. Tasha lubi wdrapywać się na dach swojego domku i stamtąd obserwować z lornetką otoczenie, a szczególnie lubi szpiegować Williama Smokera, czyli tajnego agenta FBI. Nie wiadomo tylko, czy to jego prawdziwe imię i nazwisko. W każdym razie zanim Tasha się do niego włamała, to Will (zaraz po swoim przyjeździe) kulturalnie przywitał się z sąsiadami. Wszyscy uważają, że jest miły. No, przynajmniej wszystkie dziewczyny :) W każdym razie wszystkim nad jeziorkiem bardzo się podoba. Ale za tydzień wrócą, więc muszę wytrzymać rozłąkę z Quickiem ;P Tylko nie wiem, jak to będzie z Oliwką, bo jest tam z nimi i chyba Ted jej na razie jednak nie odwiezie do domu. Ale Oliwka się cieszy, bo uwielbia spędzać z V.I.P.ami czas ;) No dobra, chyba o wszystkim napisałam. Kończę na dziś. Papa! ;*

Susan |2009-07-31| |23:36:16|
skomentuj (0)




Parę słów o Quicku, nowy klient, "Ostatnia akcja", Natalie i Marc ;*

Cześć! Dzisiaj mam znowu dużo do napisania, więc się za to biorę xD Bardzo po kolei będę dzisiaj pisać z konkretnymi dniami i porami dnia, żeby niczego nie pomylić ;)
Zaczynamy od niedzieli. Quick jednak nie wyjechał do Hiszpanii!! To było tak: pożegnał się ze wszystkimi i wyszedł, no bo miał jechać na lotnisko. Ale.. nie pojechał! Za parę minut wrócił do nas i powiedział: "Jednak nie jadę". Super! I wyjaśnił oczywiście dlaczego. Nie chciał zostawiać tu przyjaciół i mnie, a poza tym to nudziłby się tam i właściwie nie miał ochoty jechać. I fajnie! Niby uprzedził rodzinę, że przyjedzie, ale wytłumaczył im potem przez telefon, że V.I.P. ma klienta i, że nie przyjedzie jednak. Ja się cieszę! Sprawił mi tak niesamowitą radość! Mówię wam, jak wrócił i powiedział, że nie jedzie, to tak piszczałam i się cieszyłam, że to aż niepodobne do mnie. Długo mi ten entuzjazm nie przechodził. Dawno się aż tak nie cieszyłam. Ja po prostu skakałam z radości! A piszczałam niesamowicie! Oooo, jeszcze teraz się cieszę!!! :D [...]
Ale mam jeszcze jedną wiadomość o Quicku, tym razem gorszą. To znaczy z jednej strony jest zła, a z jednej dobra. Ta dobra strona to ta, że się przyznał. A ta zła, że to, do czego się przyznał nie było niczym dobrym. No więc Quick przyznał się, że miał coś wspólnego z tymi fałszywymi nagraniami z Val. Powiedział, że tylko uczestniczył w jednym z nagrań, przebierając się za żebraka, którego Val mija z ohydną miną. Quick wziął płaszcz od prawdziwego żebraka, dając mu nowy, ze sklepu i $ 200. No, to też dobre, bo żebrak był bardzo zadowolony. Ale złe jest to, że Quick w tym kłamstwie o Val uczestniczył! Przebrał się za żebraka, tak jakoś, że nie było widać za bardzo jego twarzy, a ktoś połączył jego fałszywe prośby o datek z idącą z głupią miną Val. Ale Quick nie chce "wydać kolegów", więc nie powiedział mi, kto jeszcze brał w tym wszystkim udział. Tasha mówi, że nic o tym nie wiedziała... nie wiem sama, czy jej wierzyć, ale nawet jakbym uznała, że faktycznie jednak miała z tym coś wspólnego, to na pewno bym tego nie udowodniła, taka jest prawda. I porozmawiałam o tym z Quickiem, powiedziałam, że nie życzę sobie, żeby wrabiał moich przyjaciół w świństwa, których nie zrobili. Chyba więcej tak nie zrobi. A jeśli zrobi, to gorzko tego pożałuje! Hehe :) Nie, no, jakąś "karę" bym mu pewnie wymyśliła, bo z nim to trochę jak z dzieckiem, sami widzicie. No ale cóż - taki jego urok :) A, i to było wczoraj, czyli w poniedziałek. Przyznanie się do winy - zapisać w kalendarzu :) Ale i tak przyznał się tylko dlatego, że go nacisnęłam i powiedziałam, że nie będę się gniewać, tylko ma mi powiedzieć, co on ma z tym wspólnego. I tak się zdenerwowałam, ale przynajmniej nie dałam tego za bardzo zauważyć. Kto by się nie zdenerwował, jakby się o czymś takim dowiedział? Nie mam pojęcia. No i sądzę, że więcej się nie dowiem w tej sprawie, ale też to, czego się dowiedziałam mi wystarczy, bo wiem, co Quick miał z tym wspólnego. A wiadomo, że resztę nagrań też sfałszował ktoś z V.I.P.u, ale Quick nie chce nikogo wsypać, a ja sama się pewnie nie dowiem, bo na innych nie mam takiego wpływu, jak na Quicka. Więc uznaję sprawę za zamkniętą. Jak się jednak czegoś więcej dowiem, to napiszę, ale wątpię, więc się tego nie spodziewajcie ;)
A teraz już przechodzimy do innego tematu. W poniedziałek rano (czyli też wczoraj) przyszedł do V.I.P.u Richard McLine. Jest to całkiem przystojny mężczyzna o ciemnym kolorze skóry i czarnych włosach, taki trochę podobny do Quicka, też ma specyficzną bródkę, którą bardzo lubi. Ma siostrę i oboje dostali w spadku po zmarłym wuju po 5 milionów dolarów amerykańskich. Każdy z nich ma pięć milionów, czyli razem mają dziesięć. Niesamowite! No i jest szanowanym ginekologiem, więc zarabia krocie. Aha, tak, przyszedł do V.I.P.u, ponieważ do niego strzelano. I jak zaczęli do niego strzelać to uciekł i od razu pojechał do V.I.P.u, no bo to w końcu świetna ochrona osobista. V.I.P.y w związku z zaistniałą sytuacją, że mają już jednego klienta, na razie kazali mu zostać w bazie, tam był bezpieczny. Jak trzeba to V.I.P.y mają dwóch, a nawet trzech klientów na raz, więc zamierzali podpisać z nim kontrakt, ale akurat Kay i Val nie było w bazie, więc to musiało zaczekać. Rick jest fajny, taki luzak z poczuciem humoru, czyli bratnia dusza Quicka ;) I mówi, że najprawdopodobniej ktoś chce go zabić z powodu tych pięciu milionów, bo on wrogów raczej nie ma. Nie wie, kto mógłby do niego strzelać i po co. Pieniędzy przecież też nie ukradł, ani nic w tym rodzaju, bo dostał je prawnie w spadku, tak jak jego siostra. Ale do siostry nikt nie strzelał. Więc właściwie to może być ktoś, kto po prostu nienawidzi Ricka. Nie wiemy na razie :) I tak, Rick jeszcze tego samego dnia został klientem V.I.P.u. Ale to było pod wieczór, a w między czasie wiele się wydarzyło z Edem, czyli dotychczasowym klientem V.I.P.u. Już piszę o co chodzi.
Tasha wymyśliła kolejny sposób na wyciągnięcie Eda z V.I.P.u. Po południu (w poniedziałek) powiedziała mu, że wszystkie V.I.P.y idą zaraz na obiad do restauracji, a potem na koncert. A jak on chce sam zostać w V.I.P.ie na łasce bandytów, którzy go ścigają to może zostać, ale wszystkie V.I.P.y idą, więc będzie sam, najwyżej z Oliwką, tyle że ona go raczej nie ochroni. Jak mu to przedstawiła właśnie w takim świetle to od razu uznał, że idzie z V.I.P.ami. Co za tchórz z niego, muszę przyznać. Jeszcze nie znałam takiego tchórzliwego faceta, który nawet z najlepszą ochroną pod słońcem boi się wychylić nos za drzwi, bo kilka razy ktoś do niego strzelał. No, ale blef Tashy jak zwykle zadziałał. Tasha zaraz zadzwoniła do kogoś, żeby załatwił jej szybką łódź na siedem osób niedaleko Lincolna, bo tam chcieli udać się na obiad. Bo wiecie, ostatnio bandyci uciekli na łódź i gdyby nie to, że wtedy V.I.P.y nie miały łodzi, to by ich złapali. Więc Tasha teraz zadbała o wszystko i załatwiła szybką łódź. Kazała klientowi zadzwonić do znajomego, żeby powiedział mu, że idzie na obiad do Lincolna, żeby bandyci, którzy mają go na podsłuchu dowiedzieli się, gdzie będzie, żeby mogli zaatakować. W Lincolnie nigdy nie ma dużo ludzi, bo to mała kawiarnia-restauracja, więc z tym problemu być nie powinno. V.I.P.y wzięły broń i wtedy wszystko było gotowe - łódź, samochód, broń. Musiało się udać. No i jak wszystko było gotowe, wszystkie V.I.P.y wyszły z klientem i pojechały do restauracji Lincoln. Eda posadzili w dość bezpiecznym miejscu, żeby nikt nie mógł zastrzelić go z okna. Nikki została w samochodzie, z przodu, żeby szybko ruszyć, ale oczywiście, jak wszyscy wyszli to ona położyła się na siedzeniach, żeby nie było jej widać, a że V.I.P.owy Dodge to duży samochód, faktycznie nie było Nikki widać. Reszta V.I.P.ów była w restauracji. Wszyscy mieli mikrofony w uszach. Kay na zapleczu oglądała restauracyjne kamery, żeby w razie czego ich ostrzec. No i nie musieli długo czekać, ponieważ nie zdążyli się nawet zastanowić, co zamawiają, a pod restaurację przyjechał duży czarny samochód, z którego wysiadło trzech mężczyzn w kominiarkach. Oczywiście zaczęli strzelać, jak zwykle. Powybijali okna, ludzie się przestraszyli, ale V.I.P. kazał się wszystkim położyć na ziemię i nie panikować. Strzelał V.I.P. i bandyci. Klient schował się na zapleczu z Max i Kay. Kay obserwując sytuację na komputerze mówiła V.I.P.om, gdzie czają się bandyci i z której strony będą strzelać. To było bardzo pomocne. Jak Tasha otworzyła drzwi i wychylała się co chwilę zza ściany, żeby strzelać, bandyci natychmiast wycofali się do swojej czarnej terenówki. Kay wszystkim kazała iść do samochodu. Nikki, również słysząc wszystko w słuchawce, natychmiast podniosła się z siedzenia, pootwierała drzwi w samochodzie, włączyła silnik i zaczęła też strzelać do bandytów, z samochodu. Nie miała zbyt dobrej celności, bo musiała wyciągnąć rękę za szybę, więc nikogo nie trafiła. Ale V.I.P.y po góra dwóch sekundach się zjawili i szybko wsiedli do samochodu, Kay również z nimi była, a z klientem została tylko Maxine. Wszystko działo się tak szybko, że dosłownie było słychać dwa piski opon pod rząd - najpierw czarnej terenówki, a potem V.I.P.owego Dodge'a. Bandyci niewątpliwie kierowali się w stronę morza, więc wszystko szło zgodnie z planem. Podczas pościgu na jezdni, mimo ostrzału ze strony V.I.P.u i bandytów, żadnej ze stron nie udało się uniemożliwić drugiej stronie jazdy. Za dużo było samochodów na ulicy, to oczywiste. Że do morza nie było daleko, zaraz czarna terenówka wjechała na swój jacht, ale V.I.P. tym razem też nie był gorszy - agenci wysiedli szybko ze swojego samochodu i przesiedli się na szybką motorówkę. Więc, mimo, że stracili trochę czasu na przesiadkę, to zyskali go sporo, mając szybszy pojazd. Tu dopiero zaczęła się prawdziwa akcja. Wszyscy strzelali bez opamiętania - sześciu V.I.P.ów na - jak się okazało później - CZTERNASTU bandytów. V.I.P. jest jednak bardziej przebiegły i wykorzystał w lepszym celu niż bandyci swoje umiejętności strzeleckie - strzelali w ster, urządzenia pokładowe i śruby. Bandyci stracili kontrolę nad łodzią. Johnny swoją niezwykle niebezpieczną i celną bronią (Shuriken, tak mi się wydaje xD) większości bandytom zepsuł pistolety, do tego Tasha, Nikki i Quick obezwładnili kilku pistoletami i Nikki (która kierowała motorówką) podpłynęła do łodzi bandytów. V.I.P., można powiedzieć, dokonał abordażu ;P Agenci wtargnęli na łódź bandytów i zaczęli walczyć wręcz. Kilku wypadło za burtę... pięcu, bodajże. I nawet Kay i Val się przydały. Kay jakby "dobiła" jednego faceta - który już chciał sięgać po broń - uderzając go w głowę, a że akurat leżał to walnął się w podłogę i chyba stracił przytomność. Jednego bandytę załatwiła Val, ponieważ potknęła się i wpadła na niego, przez co biedaczysko wypadło za burtę, całkiem obezwładnione. No a Tasha, Johnny, Nikki i Quick to się bili profesjonalnie, nawet z kilkoma bandytami naraz, ponieważ to było konieczne. Ale dla nich to frajda i "adrenalina". No i, jak już załatwili tych bandytów na pokładzie, co wcale nie trwało długo, to związali ich (było ich dziewięciu) i popłynęli po resztę, wyciągając ich z wody. W wodzie znaleźli sześciu, którzy po prostu prosili o ratunek. Wszyscy zostali związani i przeniesieni na motorówkę V.I.P.ów, bo łodzią bandytów już nie dało się płynąć. Quick wezwał straż przybrzeżną, żeby zabrała tę łódź. Tasha wzięła jednego z bandytów (a konkretnie szefa xD) na przesłuchanie. Powiedziała, że jak jej powie prawdę to skróci mu wyrok o połowę, przypomniała mu, że jest szefową CIA i ma wpływy i i tak dowie się prawdy. Więc szef "wodnej szajki", chcąc, jak wiadomo, dostać jak najkrótszy wyrok zgodził się na współpracę, nic innego zresztą mu nie zostało. W takim wypadku odpowiedział grzecznie na wszystkie pytania Tashy. A Tasha dowiedziała się dzięki temu, że złapali wszystkich bandytów i więcej ich nie ma, że bandyci nie mieli właściwie swojej konkretnej kryjówki i, że ścigali Eda, bo on zmarnował im szansę na zdobycie 50000 dolarów. Czyli to byli jednak koledzy Eda, o których mówił. No i V.I.P. zrobił niespodziankę Edowi na koniec. Najpierw agenci weszli do Lincolna (oprócz Nikki, ona czekała na zewnątrz) z poważnymi minami i oznajmili klientowi, który się zresztą tego domyślił, że nie złapali bandytów. Ed się zdenerwował, walnął w stół i przeklnął. Potem któryś z V.I.P.ów powiedział: "Ale mamy to". Tasha zagwizdała i na ten znak otworzyły się drzwi restauraci i zaczęli wchodzić kolejno związani liną bandyci. Ed zaczął ich liczyć na głos, aż doszedł do czternastu. Za nimi weszła uśmiechnięta Nikki i zamknęła drzwi.
- I kto to jest? - zapytał Ed, całkiem oszołomiony, z opuszczoną szczęką.
- To są twoi koledzy, którym kiedyś zmarnowałeś szansę na duże pieniądze. - wyjaśniła Nikki. Tasha zagwizdała i bandyci, jak na komendę, zdjęli swoje kominiarki. Ed ich poznał i powiedział, niezbyt rozumiejąc o co tu chodzi:
- No.... tak, to oni.. i co?
- To my chcieliśmy cię zabić, Ed! Przepraszamy! Wiemy, że nam nie wybaczysz, ale odpokutujemy to w więzieniu! - powiedzieli chórem bandyci, którym oczywiście V.I.P. kazał to zrobić.
- Ale.. mówiliście, że ich nie macie! - żachnął się Ed.
- To był żart, żebyśmy my mogli ci to powiedzieć! - odpowiedzieli, znowu chórem bandyci.
- Tak? To znaczy, że to oni chcieli mnie zabić? Czyli to był żart? Czyli już nikt mi nie grozi? - pytał szybko Ed. V.I.P.y mu przytaknęły równo, a on nagle wydarł się na całe gardło: "JESTEM BEZPIECZNY!!!! JESTEM BEZPIECZNY!!! TAAAAK!!!! Matko, dziękuję wam! JESTEM BEZPIEEEEECZNY!!!!!!!!". Potem wyszedł na ulicę i darł się tak, że pół osiedla wiedziało jaki jest szczęśliwy, bo jest bezpieczny i już nikt mu nie zagraża :)
Tak.. i to by było wszystko o Edzie, no bo bandyci złapani, Ed bezpieczny, wszystkie rachunki uregulowane - czyli kolejny happy end! Tak, V.I.P. cały czas do tego dążył i w końcu osiągnął cel. A więc kolejna sprawa zamknięta, na szczęście, jak zawsze, radośnie xD Tą akcję postanowiłam nazwać... "Ostatnią akcją". Oczywiście nie V.I.P.u, bo V.I.P. będzie miał jeszcze wiele akcji, czeka ich dłuuga świetlana przyszłość :) Jest to ostatnia (i jedna z niewielu) akcja dotycząca Eda. Wszyscy są jakoś bardzo szczęśliwi, że Ed się już w V.I.P.ie nie pojawi ;) Bo, szczególnie Quicka i Tashę, to on bardzo męczył. Nawet Val zaczęło już denerwować ciągłe powtarzanie Eda: "Dzień dobry, kwiatuszki" itd., szczególnie, że wcale nie mówił tego ze szczerego serca, jak się okazało. Więc ja też się cieszę, bo teraz V.I.P.y mają o wiele fajniejszego klienta, jakim jest Rick, który wieczorem, niedługo po "Ostatniej akcji" podpisał z V.I.P.ami kontrakt. [...]
A teraz przejdziemy do tematu bardziej miłosnego... :) To znaczy chodzi o Natalie. Jeszcze w poniedziałek wieczorem przyszła do V.I.P.u. Powiedziała, że chce się bardziej poznać, bo Marc to w końcu V.I.P.owy przyjaciel :) No i pogadała trochę i w pewnym momencie przypomniało jej się, że Marc jej mówił, że Quick musi jej coś powiedzieć. Więc Natalie poprosiła Quicka, żeby powiedział to, co Marc chciał, żeby Quick powiedział. Chodziło o... mieszkanie. Quick wyjaśnił Natalie, że Marc wolał osobiście jej tego nie mówić, więc [Quick] powiedział jej, że Marc mieszka.. w Austrii. A w USA jest tylko na wakacjach. Na tę wieść Natalie się zmartwiła, bo liczyła na związek z Marciem, no a nie ma związku bez spotykania się.. przecież. A dzisiaj po poważnej rozmowie Natalie i Marc zdecydowali, że będzie lepiej, jak po prostu zostaną przyjaciółmi. No więc są tylko przyjaciółmi. Na razie się spotykają (jako przyjaciele, oczywiście), a jak Marc wróci do Austrii to będą do siebie pisać i dzwonić. No i zawsze będą mogli widywać się na Skype :)
I to tyle na dzisiaj. Pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie! Papa!
O. Mam jeszcze P.S.: V.I.P.y sobie nie odpoczną tym razem, bo - klient za klientem klientem pogania ;)


Susan |2009-07-28| |22:04:03|
skomentuj (0)




Sprawa Gary'ego, Val, spółki Magnat-V.I.P., Eda, Diega i zaproszeń Oliwki ;)

Hej! Na początek jak zwykle o Garym, ponieważ bardzo się tą sprawą przejęłam i bardzo się w nią zaangażowałam. Jest parę nowości. Wczoraj była rozprawa sądowa o 17.00. Może nie uwierzycie, ale Tashy na niej nie było, chociaż miała być, ponieważ jest ważnym świadkiem! No, ale będzie jeszcze jedna rozprawa w środę. To znaczy przynajmniej jedna. Wczoraj zaprezentowałam sądowi psychikę, motyw, myśli i odczucia Gary'ego. Powiedziałam, że Gary to dobry człowiek, który po prostu popełnił błąd. Prokurator zaraz się na mnie wydarł, że "zaplanowana napaść to nie jest błąd! To wyraźna chęć zabójstwa! Bez względu na przyczynę!" itd. Pani sędzia na szczęście go uciszyła. Mówiłam, że pierwszą próbę zabójstwa Gary popełnił w amoku, złości i żałobie, przyćmiony żalem i rozpaczą, bo tak uważam. Potwierdziłam słowa prokuratora, że drugi napad był zaplanowany, to fakt, ale Gary nie do końca zdawał sobie wtedy sprawę z tego, co robi. Był zły i zrozpaczony, ale też przestraszony; czuł się oszukany (przez Jacoba, bo zdawało mu się, że to miły człowiek, a pozory pokazały, że to morderca, chociaż tak naprawdę mordercą był Cooper, o czym wtedy Gary niestety nie wiedział) i zdołowany. Powiedziałam, że Gary nie myślał wcale, że robi coś złego. Chciał pomścić żonę. A poza tym nie doszło by do tego wszystkiego, gdyby nie Cooper. Gary bardzo żałuje tego, co zrobił i przyznał, że nie wybaczyłby sobie, gdyby Jacobowi lub Elle coś się stało. Cieszy się, że jednak nic im się nie stało. O tym mówiłam sądowi i oczywiście o wielu innych rzeczach, podkreślałam, że Gary nie był do końca świadomy tego, co robił, bo to prawda. Powtarzałam, że to naprawdę wspaniały i dobry człowiek, który zdecydowanie zasługuje na drugą szansę. Potrzebował po prostu trochę czasu, żeby wszystko przemyśleć; teraz przemyślał i zauważył, że w chwili obecnej, nawet gdyby ciągle myślał, że to Jacob zabił Caroline, nie popełniłby żadnej zbrodni, a tylko zgłosiłby się na policję. Ale wtedy był w szoku i nie zdążył przemyśleć wszystkiego jak należy i dlatego chciał się zemścić. Więc to nie była do końca jego wina, ale wina złości i rozpaczy. Tak mówiłam przed sądem.. mówiłam jeszcze wiele innych rzeczy, oczywiście wszystko to prawda. Sąd powiedział, że weźmie moją opinię pod uwagę podczas ustalania wyroku. Biedny Gary popłakał się na rozprawie.. to dowodzi, że Gary to nie tylko dobry, ale też wrażliwy człowiek i naprawdę żałuje tego, co zrobił. Przyznał, że gdyby miał możliwość zmienić przeszłość to na pewno by ją zmienił. Ale niestety tak się nie da..
I jeszcze jedna nowość z kategorii "Gary", niestety zła. Nie będę mogła już więcej przychodzić do Gary'ego! Tasha mówi, że i tak za wiele dla mnie zrobiła, że pozwoliła mi być jego psychologiem, a teraz (przynajmniej tak mówi) nawet gdyby chciała, to nie mogłaby załatwić mi dalszych spotkań z Garym. To znaczy mogę do niego przychodzić, ale już nie jako psycholog, a tylko jako znajoma. Ale będę musiała z nim rozmawiać przez specjalne okno, a w dodatku będziemy mieli ograniczony czas rozmowy! To skandal, uważam. Dlaczego człowiek, w więzieniu co prawda, ale człowiek, nie ma prawa spotykać się z psychologiem, tak jak powinien, skoro ma depresję! Ja byłam pewna, że będę do niego nadal przychodzić, przez długi czas, a tu proszę, okazuje się, że nie mam takiego prawa! Nie podoba mi się to. Bardzo mi się to nie podoba! Gdzie jest sprawiedliwość? Tasha mówi, że Gary, skoro potrzebuje pomocy psychologicznej, to dostanie psychologa więziennego. A ja nie mogę być już jego psychologiem! Dlaczego? To prawo nie jest sprawiedliwe. Bardzo czuję tu niesprawiedliwość. I nic nie mogę na to poradzić. Lepiej już skończę o tym gadać, bo się zdenerwuję i dopiero będzie... ;)
Teraz o Val. Nadal nie wiemy, kto zmontował i sfałszował te nagrania z kamer, o których wam mówiłam. W każdym razie to musiał być ktoś naprawdę zdolny, bo nawet jak się wie, że to zmontowane, to trudno w to uwierzyć, mówię wam. Doskonale ktoś to zrobił. Jakby te nagrania gdzieś opublikował to mógłby rozpętać niezłą aferę. Ojejciu, już sobie wyobrażam co by to było! Skandal na wielką skalę! Wszędzie by o tym mówili: w internecie, w gazetach, w radiu, w telewizji. Wszędzie! Mam tylko nadzieję, że nikt tych fałszywych nagrań nigdzie nie opublikuje. I.. właśnie w tym momencie doszłam do wniosku, że.. no bo, jak przyszłam raz do V.I.P.u to zastałam Kay oglądającą kamery. Wtedy Kay pokazała mi właśnie wszystkie te nagrania, opowiadałam wam o tym. W takim razie wszystko wskazuje na to, że to Kay robota... bo.. musiał to zrobić ktoś z V.I.P.u, to pewne, bo nikt inny nie ma dostępu do kamer w V.I.P.ie. A tylko Kay się tak naprawdę zna na komputerze, tak porządnie... to znaczy Kay to komputerowy geniusz, jak piszą wszędzie :) Nikt inny w V.I.P.ie nie potrafiłby zrobić czegoś takiego. Ale Kay przecież sama się zastanawiała, dlaczego Val się tak paskudnie zachowuje.. a ona nie umie blefować. Więc to musiała zrobić Tasha, ona nienawidzi Val. Ale Tasha mówi, że nie ma z tym nic wspólnego i pyta, dlaczego nie podejrzewam o to Nikki lub Eda. No dobra. Quick mi przysiągł, że on nie zmontował kamer. Ale nie chciał już przysiąc, że nie ma z tym wszystkim nic wspólnego. Dobra, nie wiem, co o tym myśleć. Quick ma coś z tym wspólnego, ale przyznał, że to nie jego pomysł. Nie wiem. Zostawiam tą sprawę, nie jestem detektywem. Zobaczymy co będzie dalej, trzeba po prostu poczekać na rozwój sytuacji. Chociaż nie wiem, czy to coś da... [...]
Teraz parę słów o kliencie V.I.P.ów i Magnatu, a właściwie to... już tylko V.I.P.ów. To może zacznę od początku i najpierw opowiem, co się stało. Ostatnio Kimberly (szefowa Magnatu) zatrzasnęła się w łazience. W tym czasie Tasha i Quick chcieli sprawdzić Magnat. Jak zwykle z Magnatu było dwóch ochroniarzy na zmianie. Na razie, szczerze mówiąc, nie pokazali niczego, co zasługiwałoby na miano ochrony, opowiadałam wam o tym ostatnio. Więc Tasha i Quick postanowili sprawdzić, czy oni w ogóle choć trochę umieją się bić. Quick podszedł do jednego ochroniarza z Magnatu i, można powiedzieć, ostrzegawczo dał mu w policzek. Za chwilę Quick, sądząc, że teraz ochroniarz się obroni, drugi raz uderzył go w policzek, dziwiąc się, że jednak się nie obronił. Potem, będąc pewnym, że teraz ochroniarz zablokuje atak, Quick uderzył go już trochę mocniej z pięści. Ale ochroniarz nie zablokował się i po ciosie Quicka przewrócił się na ziemię i wybił sobie dwa zęby! Jej, co to za ochroniarz? Ale to nie wszystko. Tasha w tym samym czasie podeszła do drugiego ochroniarza z Magnatu, przyjęła pozycję do bicia się i gestem wyraźnie pokazała ochroniarzowi, że wyzywa go na pojedynek. Zaczekała chwilę (w pojęciu Tashy chwila to najwyżej sekunda) i kopnęła ochroniarza w twarz, przez co szczęka wypadła mu z zawiasów! Ale Tasha w życiu nie podejrzewała, że tak się to skończy. Quick też. Aha, w tym samym czasie Johnny uwolnił Kim z łazienki, w której się zatrzasnęła i nie umiała sobie poradzić z wyjściem. Kolejny przykład na to, że Magnat tylko z nazwy to ochrona, bo jego członkowie zupełnie nie zasługują na miano ochroniarzy. A, opowiadam dalej. Po tym właśnie Tasha zwołała zebranie wszystkich. Faktycznie byli na nim wszyscy - siedmiu V.I.P.ów i siedmiu ochroniarzy z Magnatu. Tasha powiedziała:
- Już od dawna wszyscy widzimy, że źle nam się współpracuje. Więc: kto jest za zerwaniem umowy dotyczącej naszej współpracy? - wszyscy jednogłośnie podnieśli ręce. - Skoro jesteśmy co do tego zgodni, to teraz spytamy klienta o zgodę. - i zawołali Eda. Przedstawili mu całą sprawę, że z tą współpracą to od początku był "niewypał", jak powiedziała Tasha i zapytali, z którą ochroną Ed chce zostać, bo byłby o to porządny spór. Ed bez namysłu, ale pewny siebie stwierdził, że zdecydowanie życzy sobie V.I.P.u na ochronę. W końcu widział, jak Magnat go chronił (czyli wcale), a jak V.I.P. (wybitnie! :D). Wtedy Kim się wściekła i wezwała FBI. Przyjechało trzech agentów do V.I.P.u - Robin, czyli dobry kolega Tashy i jego partnerzy: Martin i Cornel, też bardzo mili ludzie, bo wszystkich trzech miałam okazję poznać :) Kim powiedziała, że V.I.P.y pobiły jej agentów. Ale Tasha i Quick się wyparli. Robin spytał, czy są na to dowody. Odpowiedziano mu, że są: wybita z zawiasów szczęka i dwa wybite zęby. Kim powiedziała, że na kamerach wszystko widać, bo w V.I.P.ie są kamery, które wszystko nagrywają. Więc agenci federalni obejrzeli nagrania z kamer z najbliższej godziny, ale... nic na nich nie zauważyli, ponieważ Kay zmontowała kamery tak, żeby było widać, że wszyscy robią to, co robili przed pobiciem Magnatu i w ogóle ucięła pobicia. Więc nic nie wskazywało na to, że V.I.P. zrobił coś Magnatowi. Robin domyślił się, że Kim zazdrości V.I.P.owi profesjonalizmu (i zdobycia dotychczas wspólnego klienta) i chce V.I.P. pogrążyć, więc zauważył, że agenci sami mogli się pobić, żeby wrobić w to V.I.P. W końcu V.I.P. się wypierał i na nagraniach nie było dowodów, bo nikt przez ten czas, w którym to się niby wydarzyło, nie odrywał się od swoich poprzednich zajęć. W takim razie FBI wróciło do swojego biura, całkiem pewne, że V.I.P. jest niewinny i wcale nie dziwili się, że Magnat chciał wrobić V.I.P. - w końcu byłaby to okazja do wybicia się w górę, gdyby agenci V.I.P.u poszli do więzienia. A, że Robin zna i lubi Tashę, to wierzył w to, co mu powiedziała - że nikogo nie pobiła. No cóż, V.I.P. jest zadowolony. Trochę nakłamali, ale muszę przyznać, że Magnatowi się należało stracenie klienta itd. Bo cały czas mówili, że są świetną ochroną, a tu co? Nic. Moim zdaniem Magnat to nie jest prawdziwa ochrona. Nie wiem w ogóle, kto im pozwala jeszcze być na rynku, jako firma ochroniarska. Należało im się. Może teraz sami zobaczyli, co to jest kłamstwo, na własnej skórze. Bo oni cały czas kłamali, że są świetni, że ochronili wielu klientów. A to nieprawda, bo nie mogli ochronić kogokolwiek tylko stojąc i się patrząc! Więc dobrze wyszło. Ja oczywiście nie popieram kłamstwa, ale ogólnie to się cieszę, że Magnat już "nie truje". Nawet Ed przyznał, że czuje się bez nich o wiele swobodniejszy. Bo oni tak tylko za nim chodzili, krok w krok. A jak przyszło co do czego, że trzeba było strzelać, to tylko niepewnie wołali: "stać, bo strzelam!". Jakoś nie słyszałam, żeby chociaż jedna kula wystrzeliła z ich pistoletu. I fajnie :) Wszyscy są zadowoleni. No, oprócz Magnatu. Ale V.I.P., klient i wszyscy znajomi. Taki spokój zapanował, jak Magnat się wyniósł :D No cóż, mamy koniec spółki Magnat-V.I.P.!! [...]
A Ed postanowił kupić prezenty każdemu V.I.P.owi, w akcie wdzięczności za ochronę. Zabrał wszystkie V.I.P.y do centrum handlowego i powiedział, żeby każdy wybrał sobie coś w granicach $ 2000. Co dziwne nikt w tym czasie nie próbował strzelać do klienta. Widocznie bandyci uznali, że w centrum jest za dużo ludzi i atak na klienta V.I.P.ów się nie uda. I pewnie mieli rację, co do tego. No więc zakupy się udały, każdy V.I.P. coś sobie kupił, w granicach 2000, żeby nie zmarnować finansowo Eda, ale, ale... za wyjątkiem Tashy. Ona jakoś nie lubi Eda i wybrała sobie naszyjnik za $ 20.000, o czym Ed dowiedział się dopiero przy kasie no i... nie miał wyjścia - musiał za to zapłacić. Teraz jest wściekły na Tashę, bo nie dość, że płaci jej cztery razy więcej za ochronę (bo wie, że jest świetna, a ona to wykorzystuje), to jeszcze sprawia sobie prezenty za dwadzieścia tysięcy dolarów amerykańskich z jego funduszy! Cóż, Tasha ma zamiar sprzedać ten naszyjnik za dużo droższą cenę, mówiąc kupcowi, że jest z brylantami. Nie popieram takiego kłamstwa, ja w ogóle żadnego kłamstwa nie popieram, ale na Tashę niestety nic nie można poradzić. Jak widzi biznes to wykorzysta każdą szansę zarobku i jej nie obchodzi, czy to będą lewe, czy uczciwie zarobione pieniądze. Pomyśleć, że to Rosjanka.. bo zwykle to o Amerykanach mówią, że łapią każdą okazję do zarobienia pieniędzy. A tu proszę - Rosjanie też :)
No dobra, teraz o czymś innym. Jeszcze w temacie Tashy, ale już nie z Edem, tylko z Diegiem. Diego chciał się zmierzyć z Tashą, wiecie, w bójce, ale nie za wiele z tego wyszło. Ustawili się, jak przystoi, a potem.. zresztą.. ja wiem czy potem? Właściwie w tym samym momencie, w którym przyjęli pozycje, Tasha walnęła Diega w twarz. Zaraz krew mu zaczęła lecieć z nosa, to postanowił już dalej się nie bić. Jak o tym opowiadał, to porównał Tashę do błyskawicy - może słusznie. Nie widziałam tego, ale domyślam się, że musiała być piorunująco szybka, skoro Diego nie zdążył właściwie okiem mrugnąć i już miał złamany nos ciosem karate. Ale cóż, sam chciał. Nie podejrzewał tylko, że V.I.P.y naprawdę są aż takie dobre, jak o nich mówią.. :) No, nic mu nie będzie. Do wesela się zagoi. Quick miał złamany nos osiem razy. A mimo to jest nadal bardzo kształtny :) W życiu bym się nie domyśliła, że kiedykolwiek miał złamany nos, gdyby mi o tym nie powiedział ;)
No i już ostatnie parę słów, tym razem o Oliwce. Pamiętacie jak wam mówiłam, że przygotowała z pomocą Marca małe liściki z zaproszeniami na kolację? Wysłała je i o ustalonej porze zjawili się w V.I.P.ie Diego i Marc, ten drugi, dziennikarz. Quick i reszta się zapytali, co oni tu robią, a oni V.I.P.om pokazują, że mają zaproszenie na kolację. Nikt nie wiedział o co chodzi. Tasha wszystkich podejrzewała, na kogo wskazwały dowody (różowe kwiatki), czyli Val, Max, Kay, mnie.. ale w końcu, jak wszyscy się wyparli to domyśliła się, że to sprawa Oliwki. Ale musiała się sporo namyśleć, żeby do tego dojść. Cóż, nie dziwię się, bo w końcu kto by podejrzewał 5-letnie dziecko o wydrukowanie i wysłanie zaproszeń na kolację? Więc Oliwce wyszła niespodzianka. I Tasha też zadowolona, bo sama się domyśliła, że to jej "przyszła agentka", jak nazywa czasem Oliwkę, za tym stoi. No, tyle chciałam powiedzieć :) Lubię Oliwkę, ma fajne pomysły, bo ta kolacja była nie tylko niezwykle smaczna (bo robiona przez Jane, która ma wybitne zdolności kucharskie), ale i bardzo miła, bo w miłym towarzystwie jest zawsze przyjemnie :)
I to tyle na dziś. Do następnej notki! Papa! ;*


Susan |2009-07-25| |16:31:36|
skomentuj (0)




Gary, Melanie, Natalie i Sally, akcja V.I.P.ów i inne przygody ;)

Hej! Na początek może parę słów o mojej pracy z Garym. Przyjeżdżam do niego przynajmniej na trzy, cztery godziny. Pięć dni to nie jest dużo i to się teraz bardzo czuje ;) Już minęły trzy dni. Zostały nam tylko dwa. Ale mam świetną wiadomość! Dzisiaj zobaczyłam, że Gary jest odrobinkę bardziej wesoły. To jest sukces. Pocieszam go jak mogę. Dzisiaj powiedział, że bardzo lubi, kiedy do niego przyjeżdżam. Może opiszę wam króciutki fragment naszej rozmowy, wtedy wszystko będzie jasne :)
- Wiesz, Susan... - zaczął Gary.
- Słucham? - spytałam uprzejmie i wesoło, zawsze staram się być przy Garym wesoła i dużo się uśmiechać. Sądzę, że uśmiechem i radością można ludzi zarazić ;)
- Nie rozumiem, dlaczego nie chciałem psychologa więziennego. Bo wiesz.. bardzo lubię, kiedy do mnie przyjeżdżasz. - powiedział. Uśmiechnęłam się.
- Miło mi to słyszeć. Ja też lubię cię odwiedzać, bo wtedy oddaję się właśnie temu, co kocham. - odpowiedziałam z uśmiechem. - Poza tym uważam cię za wspaniałego człowieka. Tylko tego niestety nie popiera moja przyjaciółka z CIA. - ostatnie zdanie dodałam wyraźnie smutniejsza.
- Ale to właśnie dzięki tej twojej przyjaciółce z CIA jesteś tu teraz. Ona sama powiedziała, że nie powinna ci tego załatwiać.
- No, może to prawda, ale ona uważa, że siedzisz, bo tak jest sprawiedliwie i cię nie rozumie. A ja.. chciałabym skrócić ci wyrok, bo wiem, że po prostu popełniłeś błąd.. i chcesz go naprawić.
- Tak... bardzo żałuję tego, co zrobiłem. Ale wracając do ciebie... twoja przyjaciółka..
- Tasha.
- Ach, Tasha.. ładnie. - powiedział Gary z uśmiechem. - Tasha spytała, dlaczego nie chciałem psychologa więziennego. Odpowiedziałem, że wolę sam to wszystko znieść i.. potem spytała, czy zgodzę się jednak na pomoc miłej pani psycholog, która bardzo chciałaby moim psychologiem zostać. Zaciekawiło mnie to, więc się zgodziłem. Naprawdę chciałem cię poznać. I dobrze wybrałem, mówiąc "tak" Tashy. Wiesz, godząc się na psychologa. Byłem naprawdę ciekawy, dlaczego chcesz być moim psychologiem. I nadal jestem.
- Chcę tego, ponieważ chcę ci pomóc. Słyszałam wiele o tobie. Zawsze słyszałam tylko dobre rzeczy, a... te próby zabójstwa... jako jedyne do dobrych nie należą, ale to musiał być błąd, który popełniłeś w gniewie, żałobie i niewiedzy... dlatego chcę ci pomóc. I widzę, że będę mogła to zrobić z czystym sumieniem, bo... ty jesteś naprawdę dobrym człowiekiem. - stwierdziłam z uśmiechem.
- Dziękuję, że jesteś tu ze mną i, że chociaż ty jedna we mnie wierzysz. Jestem naprawdę wdzięczny. Nie wiem, jak ci to wynagrodzę.
- Nie musisz, naprawdę. Cieszę się, kiedy mogę bezinteresownie pomagać ludziom. I mam jeszcze jedną radosną wieść! - dodałam zadowolona.
- Jaką?
- Elle i Jacob wybaczyli ci to, co zrobiłeś, czy raczej... co chciałeś zrobić. Już dawno ci wybaczyli. Oni też zawsze uważali cię za dobrego człowieka i.. chyba jednak nie zmienili zdania. Wiedzą, że to było nieporozumienie. Poza tym.. Jacob przyznał, że na twoim miejscu zrobiłby podobnie jak ty ;) - powiedziałam ze śmiechem
- Eee... nie wierzę. - stwierdził jednak dość smutno Gary.
- Naprawdę! Przysięgam, że mi tak mówił! - powiedziałam nadal uśmiechając się.
- No, dobra. Dziękuję. Wiesz... po rozprawie możesz nadal do mnie przychodzić. - powiedział Gary, który chyba cały czas o tym myślał :)
- Mogę. To prawda. I będę, jeżeli tylko ty będziesz tego chciał. - odpowiedziałam.
- Chyba będę tego chciał. Na pewno. Poprawiasz mi humor.. mimo, że często wracamy do tego wszystkiego, co się wydarzyło, to jednak przede wszystkim rozmawiamy o czymś innym.. trochę o mnie, trochę o tobie, a trochę o pogodzie.. to mi pozwala oderwać się od złych myśli. Hej, ale.. - tu Gary przerwał na chwilę.
- Co? - spytałam.
- Po rozprawie nie będziesz już notować tego, co mówię?
- Nie, jasne, że nie. - uśmiechnęłam się. - Notuję tylko po to, żeby ci pomóc, bo mogłabym przychodzić do ciebie całkiem osobiście i wtedy tylko byśmy rozmawiali, ale poprosiłam Tashę, żeby pozwoliła mi być twoim psychologiem.. no, więziennym, żebym mogła przedstawić cię sądowi od strony psychicznej i osobowej, a nie tylko karnej. Wszystko po to, żeby ci pomóc. - dodałam, znowu uśmiechając się. - a po rozprawie będę przychodzić do ciebie, kiedy będziesz chciał i tylko jako osobisty psycholog.
- Dziękuję. - odpowiedział Gary. - Cieszę się, że się poznaliśmy, naprawdę. - powiedział, uśmiechnął się szczerze, czego nie robi często i uścisnął mnie przyjacielsko. Jeszcze nigdy tak szybko, bo tylko w trzy dni, nie zawarłam takiej dobrej znajomości :) To jest wspaniałe! A, no i, rozmawialiśmy jeszcze kilka godzin o bardzo różnych rzeczach, ale nie będę przecież pisać tu wszystkiego, bo nawet wszystkiego nie pamiętam. No, mam notatki, ale musiałabym chyba cztery godziny pisać, żeby to wszystko wam przedstawić. Poza tym chyba nawet nie powinnam tego robić.. W każdym razie chciałam wam pokazać, jak to mniej więcej wyglądało. Chyba mi się to udało :) Miał być krótki fragmencik, a wyszedł mi długi dialog, ale tak było. Tak się mniej więcej ta rozmowa toczyła. Już po samej tej rozmowie widać, że to jest naprawdę miły człowiek, tylko strasznie smutny ze względu na to, co przeszedł. Ma depresję, ale sądzę, że szybko mu przejdzie ;) Pomogę mu, jak tylko będę mogła. Do tego się zobowiązuję. Teraz wiem, że na rozprawie sądowej powiem same dobre rzeczy o Garym i będzie to czysta prawda :)
A teraz przejdę do innych tematów. Ostatnio, kiedy weszłam do V.I.P.u, zastałam Kay, oglądającą nagrania z kamer w V.I.P.ie. Kay miała jakby przerażoną minę. A dlaczego? Dlatego, że oglądała, jak Val krzyczy na Oliwkę. Zapytałam co to jest. Kay powiedziała, że to już nie pierwsze takie wydarzenie z Val. Już od dawna podobno Val robi różne podobne rzeczy. Na jednym z nagrań Val podkładała nogę Magnusowi, który przewrócił się przez to na ziemię. Tylko dlatego, że chciała kiedyś chodzić z Magnusem, a on nie odwzajemniał jej uczuć. Na innym właśnie krzyczała na Oliwkę, mówiła, że jej nienawidzi itd. Na jeszcze innym nagraniu Val mija obojętnie żebraka z taką miną, jakby ten żebrak był jakimś ohydnym stworem, a nie człowiekiem. I było jeszcze wiele innych tego typu nagrań, nawet z bardzo dawna. Ale na szczęście okazało się, że Val nic o tym wszystkim nie wie i, że te wszystkie nagrania zostały zmontowane. Więc Val jest dobrym człowiekiem, tylko ktoś ją bezczelnie wrabia. Ale jeszcze nie wiemy kto. W każdym razie to świństwo, tak wrabiać człowieka w coś, czego nie zrobił i niszczyć mu opinię. Ale cieszę się, że to nieprawda, że Val krzyczała na Oliwkę, podkładała nogę Magnusowi itd. Cieszę się, że te wszystkie nagrania to jedno wielkie kłamstwo. Bo nie wiem, co bym zrobiła, jakby Val faktycznie taka była. No, to teraz o czymś innym :)
Nie mówiłam wam nigdy o tym, ale Kay miewała od czasu do czasu halucynacje. To znaczy zdarzało jej się, że widzi coś strasznego, a potem okazywało się, że to nieprawda i, że tylko ona to widziała. Ale to się nie działo, tylko mózg Kay to widział, a ona myślała, że faktycznie coś się dzieje. W końcu, ostatnio, Kay doszła do wniosku, że takie halucynacje zdarzają jej się tylko, kiedy wypije czekoladę. Więc Tasha wzięła pudełko z czekoladą do CIA, żeby je zbadać w laboratorium. Okazało się, że to, co piła Kay to nie czekolada, tylko środek, który powoduje halucynacje i sprawia, że człowiek widzi coś, czego się boi, co w częstym i regularnym używaniu doprowadza do szaleństwa. Na szczęście Kay piła ten czarny proszek tylko raz kiedyś i w dodatku rozcieńczony mlekiem lub wodą, więc nie miał tak silnego działania. Kay nic nie grozi, była na badaniach i wszystko jest z nią w porządku :) "Czekoladę" Tasha zostawiła w CIA, wywiad może ją do czegoś wykorzysta ;D A ten środek znalazł się w V.I.P.ie przez... Nikki! Kiedyś jej dziadek (boss mafii) dał jej to, a ona zostawiła to w V.I.P.ie, sądząc, że się kiedyś przyda. Ale było to bardzo dawno i nie pamiętała o tym, bo ani razu "czekolada" się nie przydała. No, najważniejsze, że Kay nic nie jest i, że wszystko wróciło do normy :)
Teraz coś z przyjemniejszego tematu... Michael zaczął umawiać się z ładną scenarzystką, która z nim pracuje. Nazywa się Melanie Walker. Jest średniego wzrostu, ma zgrabną figurę, dość krótkie czarne włosy i niebieskie oczy. Jest śniada i ma ładny uśmiech. Nie widziałam jej jeszcze, ale słyszałam to z opowiadań Michaela i Quicka ;) Melanie podoba się Michaelowi, widocznie z wzajemnością, skoro zaczęli się spotykać. Niedługo pewnie zostanie jego dziewczyną ^_^ Mam nadzieję, że jest równie miła jak ładna. I porządna. I uczciwa. I pomocna. I tak dalej ;D No, może niedługo będziemy miały okazję się poznać... Michael chyba nas sobie przedstawi. Oj, jak ja lubię gadać o sprawach miłosnych.. i pisać xD
Ale teraz jeszcze parę słów o... Quicku. W niedzielę 26 lipca Quick wyjeżdża do Hiszpanii! Jedzie na tydzień odwiedzić rodzinę. Ja pojechałabym z nim, ale nie dostanę urlopu w pracy. To znaczy mogłabym wziąć teraz urlop z Quickiem, ale w sierpniu planujemy wszyscy razem wyjechać w Góry Skaliste. Wszyscy to znaczy V.I.P.y, ja, Michael, Jane, Ted, Magnus... może ktoś jeszcze. No i ja chcę jechać z nimi, więc nie mogę wziąć urlopu wcześniej. Więc Quick jedzie sam. To niby tylko tydzień, ale czuję, że się zapłaczę bez niego. No, może nie będzie tak źle. Już dłużej wytrzymywałam... ;P
Teraz parę słów o Marcu, naszym przyjacielu z Austrii. Jak był w barze to poznał miłą dziewczynę ;) Czyli wracamy do tematu miłości :D Ona to Natalie Candle. Ma długie brązowe włosy, niebieskie oczy, ładną sylwetkę i jasny kolor skóry. Jest mniej więcej mojego wzrostu, może 3 centymetry wyższa xD Jej też jeszcze nie widziałam, podobnie jak Melanie, opisuję ją wam z obrazu, jaki mam w wyobraźni, pochodzącego z opowiadań Marca. Marc zakochał się w Natalie od pierwszego wejrzenia. No, chociaż, powinnam powiedzieć,  że Natalie spodobała się Marcowi od razu, bo nie wiem, czy "miłość" to nie za wielkie słowo ;P No, to był taki mały news, bo na razie to jeszcze nic innego nie wiem. Wiem jeszcze tylko, że Marc i Natalie się spotykają i bardzo sobie przypadli do gustu :)
I ostatnia nowość, tym razem dotycząca Eda. No, raczej Tashy. Tasha ma plan dotyczący Eda, a właściwie tego, jak go wywabić z V.I.P.u. Tasha powiedziała Edowi, że widziała się ostatnio z koleżanką, która szuka kogoś po tym, jak ostatni mężczyzna ją zostawił. Dodała, że jest ładna. Oczywiście to zmyślona koleżanka, bo Tasha nie zna nikogo takiego, kto by mógł uczestniczyć w tym planie. Ale Tasha sądzi, że kogoś znajdzie. W każdym razie Ed był zainteresowany i jeżeli Tasha faktycznie znajdzie jakąś kobietę, która będzie chciała się z nim spotykać, to uda się wywabić Eda z V.I.P.u, np. na kolację lub obiad :)
To wszystko co opisałam powyżej (poza sprawą z Garym, bo pisałam, że to było dzisiaj) miało być już w notce poprzedniej :) Ale, ponieważ wyszła ona bardzo długa, to przełożyłam te sześć, czy więcej tematów do tej notki. A z bieżących wydarzeń mam dla was...
Dokończenie opisu planu :) To znaczy plan opisałam powyżej: znaleźć kobietę, z którą Ed będzie chciał się widywać, żeby wyszedł wreszcie z V.I.P.u. No więc: chyba w poniedziałek Natalie przyszła do V.I.P.u, bo tam miała zastać Marca. Kiedy Tasha ją zobaczyła (UWAGA: Tasha nie wiedziała, że to Natalie, z którą spotyka się Marc; cóż, nigdy wcześniej jej nie widziała xD) od razu uznała, że będzie odpowiednia do jej planu. Skorzystała z okazji, że Natalie akurat przyszła. Powiedziała jej, że ma dla niej "misję" i zapytała, czy by się zgodziła udawać jej koleżankę, która szuka mężczyzny. Natalie się zgodziła, więc Tasha przedstawiła ją Edowi i się umówili. Dopiero później Tasha dowiedziała się, że Natalie to Natalie, ta Natalie, z którą spotyka się Marc. Tak być nie mogło, bo Natalie tylko udawała, że chce się spotykać z Edem, a źle by było jakby Ed zobaczył ją razem z Marciem. Więc Tasha poszła z tym do Natalie. Natalie potwierdziła, że to trochę ryzykowne, bo żaden z mężczyzn, ani Marc, ani Ed nie wie, co jest grane. Więc zaproponowała, że przyprowadzi swoją koleżankę Sally, która naprawdę poszukuje mężczyzny. Więc Tasha i Natalie powiedziały Edowi, że Natalie ma jeszcze ładniejszą od niej samej koleżankę, która szuka mężczyzny. Ed oczywiście chciał się umówić z Sally, więc zostali umówieni na kolację.
No i podczas tej kolacji doszło do wydarzenia, którego wszystkie V.I.P.y oczekiwały. Przyjechał duży czarny samochód terenowy, taki sam, jaki przyjeżdżał już wcześniej, dokładnie dwa razy. Wysiadło z niego dwóch mężczyzn w kominiarkach, którzy zaczęli strzelać. V.I.P. chyba w tym samym momencie otworzył ogień, oczywiście chowając wcześniej klienta i Sally. Tym razem ochrona (V.I.P. oczywiście) zadbała o to, żeby wszyscy obecni w restauracji nie panikowali i od razu położyli się na ziemi. V.I.P. uprzedził w momencie przyjścia wszystkich obecnych w restauracji i poinformował, co mają robić. A więc nikt nie panikował, wszyscy dostosowali się do instrukcji V.I.P.ów i od pierwszego strzału położyli się na ziemi. To dało V.I.P.owi większe możliwości, ponieważ nie musieli wymijać ludzi, kiedy strzelali. Tasha zdołała jednego z bandytów zranić w ramię. Po tym właśnie wydarzeniu, które zdecydowanie było punktem kulminacyjnym akcji bandyci wsiedli szybko do samochodu i natychmiast ruszyli. Mówiłam wam, że wysiadło DWÓCH mężczyzn i zaczęło strzelać. Trzeci siedział cały czas za kierownicą i czekał na swoich kolegów. No więc, jak tylko czarny samochód ruszył z piskiem opon, V.I.P. pognał do swojego niebieskiego Dodge'a i ruszył za terenówką.
No i teraz tak: powiedzcie, czy zauważyliście, żebym w trakcie tego opowiadania wymieniła słowo "Magnat"? Nie, prawda? A dlaczego? Ponieważ dwójka ochroniarzy z Magnatu właściwie nie robiła nic, a tylko (od kiedy zaczęto strzelać) siedzieli za stołem z klientem i Sally. Jak V.I.P. pojechał za czarną terenówką bandytów, oni zostali w restauracji z Edem i jego towarzyszką. Na koniec spytali: "Nic wam się nie stało?" i to by była cała zasługa Magnatu w tym wszystkim. Jednym słowem NIC nie zrobili, a już na pewno nic, co by zasługiwało na miano "ochrony". Wiem, że to trochę nie na miejscu, ale muszę to powiedzieć: medal za odwagę się wam należy, panowie z Magnatu, z panią Kimberly na czele. To był oczywiście sarkazm :)
No, a ja może opowiem, co było dalej. V.I.P. ruszył za terenówką. Bandyci strzelali ze swojego samochodu w kierunku V.I.P.u, ochrona robiła to samo, tylko, że strzelała do bandytów. Nikt nie miał na tyle celnego strzału, żeby drugiemu uniemożliwić dalszą drogę. Nie ma się co dziwić, ponieważ wkoło pełno było cywilów, na których trzeba było uważać. W rezultacie terenówka dojechała na plażę, skąd po specjalnej kładce wjechała na dużą łódź. V.I.P., kiedy również znalazł się na plaży (kładka się już podnosiła) zaczął strzelać do ludzi na łodzi. Ale V.I.P.ów akurat było trzech, czy czterech, a bandytów łącznie siedmiu, ponieważ trzech wysiadło już z samochodu, a czterech znajdowało się cały czas na łodzi i wszyscy strzelali. Więc V.I.P. musiał się wycofać. I tak bandyci by odpłynęli. Ich łódź była dość szybka. W pobliżu nie znajdowała się żadna inna łódź, żeby móc kontynuować pościg na wodzie. Więc V.I.P. wrócił do restauracji, do klienta, który specjalnie tam na nich czekał. V.I.P.y opowiedziały Edowi, że nie udało im się złapać bandytów, ani nikogo rozpoznać. Wszyscy byli w kominiarkach. Na dodatek samochód nie miał tablicy rejestracyjnej, a łódź nie miała nazwy, która zwykle znajduje się w widocznym miejscu statku. A więc nadal nic nie mają. Na dodatek Sally od razu zerwała z Edem po tym wydarzeniu, dlatego nie było jej już w restauracji, kiedy V.I.P. wrócił. V.I.P. elegancko podziękował Magnatowi (wiadomo, że nie było za co xP), przez co ochroniarze z Magnatu bardzo się zawstydzili i nic nie odpowiedzieli. [...]
Czyli w sprawie Eda nadal nic. W sprawie kryminalnej, bo w sprawach miłosnych jest co opowiadać ;) Ed ma powodzenie u kobiet. Najpierw był z tą pierwszą, Claudią, ale dlatego, że w tym samym czasie kombinował z Nikki, to nic z tego wszystkiego nie wyszło i obie z nim zerwały. Nikki nadal patrzy na Eda bazyliszkowym wzrokiem, po tym co mówił ;) Potem Ed miał być z Natalie, ale wolał lepszą piękność i wybrał Sally. A tu proszę, niespodzianka. Sally nie ma zamiaru narażać się na niebezpieczeństwo z powodu faceta. Więc aktualnie Ed nie ma dziewczyny, ale chyba ma zamiar walczyć o Natalie. Bo dowiedział się, że Marc ją podrywa, więc postanowił ją odbić zanim jeszcze będzie Marca. Co za kobieciarz z niego ;) Ciągle, jak wchodzi do któregoś z pomieszczeń w V.I.P.ie i widzi, że są tam przynajmniej dwie kobiety to powtarza: "Dzień dobry, moje kobietki" albo "Dobry wieczór, myszki" czy coś takiego. Od Tashy dostał już za to prezent... Tasha "dała mu w pysk", bo nie cierpi takiego "głupiego" gadania, w szczególności, że ma już mężczyznę. No, widzicie.. niektóre V.I.P.ki to denerwuje, innym zaś się to podoba. Ale, że Ed to lubi, to nie ma zamiaru z tym skończyć. Mówi, że podobają mu się wszystkie jego ochroniary. Co za kobieciarz... ale romantyczny potrafi być, to trzeba przyznać. Umie uwodzić... ale zmieńmy temat na bardziej żartobliwy ;)
Mówiłam wam o tym, że Diego przyszedł do mnie po arkusze psychologiczne dla swojej firmy ochrony? Chyba wam mówiłam. No, ostatnio przyszedł spytać o pięć pytań, które wydawały mu się dziwne i niezwiązane z testem psychologicznym o pracy (np. "czy, jeśli masz ogródek, to znajduje się w nim drzewo cytrynowe?", albo "czy lubisz puszczać bańki?" i takie różne głupoty :D). Ja nic o tym nie wiedziałam, bo arkusze leżały w szafie w moim gabinecie w poradni psychologicznej i nie przeglądałam ich. Poradziłam, żeby Diego po prostu odpowiedział na te pytania, tak samo jak jego koledzy, bo nigdy nie wiadomo, co może być istotne. A następnego dnia okazało się, że to po prostu koledzy Diega zrobili sobie taki mały żarcik i dopisali na komputerze pięć głupkowatych pytań do arkuszy. A Diego z tym leciał do mnie, bo on jeden o tym nie wiedział. Ale mówił mi, że jak sam rozwiązywał ten test to wydawało mu się, że koledzy chichoczą cicho. I chyba miał rację ;) Ale go w konia zrobili ;P I mnie też :D
No, to wam chciałam opowiedzieć. Jeszcze może o Oliwce parę słow i kończymy. Oliwce się okropnie u nas podoba, zajmujemy się nią, przeważnie jest w V.I.P.ie, bo tam jest dużo ludzi i ma co robić. Ciągle uczy się czegoś nowego, głównie od Tashy i Kay. Kay ją dokształca w komputerze, oczywiście ;) Z Oliwki rośnie mała agentka, muszę przyznać (przez Tashę, oczywiście). Z pomocą Marca (z Austrii) wydrukowała małe karteczki z napisem: "Jest Pan zaproszony do V.I.P.u na kolację, o 7.00". Ma zamiar wysłać je jutro przez listonosza do Marca (znajomego dziennikarza V.I.P.ów) i Diega. V.I.P.y będą się zastanawiać, skąd Diego i Marc dostali zaproszenie. Oliwka dodała (z pomocą Marca z Austrii) na karteczkach różowy kwiatek, żeby V.I.P.y myślały, że zaproszenia zrobiła Val, Max, Kay albo ja, bo my wszystkie lubimy różowe kwiatki. A to mała bździągwa, no.. zobaczymy, co jej z tego wszystkiego wyjdzie :) No i Oliwka nie chce wyjeżdżać w niedzielę. Nie wiemy zresztą, jak ona wróci do domu, bo sama samolotem nie poleci, a rodzice nie polecą po nią z Greenville do Los Angeles i z powrotem. Ktoś z nas będzie musiał ją odwieźć do domu.. może Tasha, jak będzie leciała w tamte strony, bo coś o tym wspominała, ale mówiła, że to za tydzień w weekend, a nie teraz. No, zobaczymy ;) Na razie Oliwka nie jedzie do domu i cieszy się z tego, bo tu się świetnie bawi. No i niech ma fajne wakacje, na moje może tu zostać, ile chce :) [...]
Na koniec powiem jeszcze tyle, że z Sową jest już całkiem dobrze. Już chodzi normalnie i pracuje. Wszystko jest w porządku :)
Ogólnie stwierdzam, że życie jest piękne!!! Bardzo się cieszę. Ze wszystkiego, a szczególnie z tego lata. Ups.. a ja się jeszcze tak porządnie nie opalałam... muszę się za to wziąć, bo do końca lata zostanę biała jak ściana ;) No dobra, kończę, papatki! ;*


Susan |2009-07-22| |23:48:13|
skomentuj (0)




Gary, impreza, Oliwka, Ed i V.I.P.owy datek :)

Cześć! Na początek malutka informacja. Swoją pracę z Garym W. rozpoczynam jutro, tj. 20 lipca w poniedziałek. Tasha załatwiła formalności i pojawię się już na pewno na rozprawie w sądzie dotyczącej Gary'ego. W piątek będzie pierwsza rozprawa, bo będzie ich z pewnością kilka. W takim razie muszę się pospieszyć i poznać Gary'ego przez pięć dni jak najbardziej się da, żeby w sądzie mówić do rzeczy i, miejmy nadzieję, na korzyść Gary'ego. Naprawdę mi na nim zależy, bo wiem, jak mu ciężko i chcę mu pomóc. Na szczęście stać go na świetnego adwokata :) A ja będę przychodzić do więzienia FBI, do boxu Gary'ego po codziennie po czwartej, bo wtedy kończę pracę. Gary podobno chętnie się zgodził na pomoc psychologiczną, szczególnie jak Tasha mu powiedziała, że jest to kolejna szansa na złagodzenie wyroku, ponieważ zdanie psychologa jest bardzo brane pod uwagę. Tak naprawdę to muszę się poradzić kogoś, kto pracuje z więźniami, co mam mówić konkretnie w sądzie, żeby miało to związek ze sprawą. Bo tak naprawdę to ja się na tym do końca nie znam. Wiem, że na pewno będę robić notatki i poznawać sposób rozumowania Gary'ego, jego myśli, a przede wszystkim odczucia. Na szczęście na tym akurat się znam. Tylko nie wiem, co mam potem powiedzieć w sądzie. I dlatego muszę do kogoś iść po radę. Tasha ma znajomości w FBI, w końcu sama była kiedyś agentką federalną, więc pewnie mi kogoś poleci. Dużo roboty przede mną :) I mówię, będę musiała się spieszyć, bo pięć dni to nie jest dużo. Nie wiem, ile będę spędzać czasu u Gary'ego, ale sądzę, że dwie godziny to minimum. A wydaje mi się, że nawet trzy, biorąc pod uwagę, że to tylko pięć dni.. w każdym razie czeka mnie wiele pracy. Mam tylko nadzieję, że to będzie owocna praca i, że będę potem miała okazję wspomóc Gary'ego w sądzie, właśnie tym wszystkim, co mi powie podczas naszych spotkań :)
Teraz zmieniamy temat na znacznie luźniejszy. Wczoraj była bardzo fajna imprezka u Magnusa, na której miałam okazję się pojawić. Były oczywiście wszystkie V.I.P.y, wraz z klientem, którego Magnus również zaprosił, byli też Ted, Jane, Sandy, Jeff, Oliwka i nasi przyjaciele z Austrii: Marc, Niki i Fritz. Była super zabawa, jedliśmy lody, graliśmy w piłkę, gadaliśmy, oglądaliśmy komedie. Ale potem, wieczorem było jeszcze lepiej. Pojechaliśmy wszyscy do V.I.P.u i tam zaczęła się impreza na całego. Na początku gadaliśmy, jak zwykle; kobiety raczej trzymały się kobiet, a faceci oczywiście facetów i gawędzili przy piwie. Otworzyliśmy też wódeczkę, soki i pepsi; zajadaliśmy paluszki, chipsy, rogaliki, ciastka, popcorn. A jak się trochę wygadaliśmy, to włączyliśmy głośną muzykę i... otworzyliśmy szampana! Każdy wypił po jednym drinku i zaczęły się tańce! To była najlepsza część zabawy: najgłośniejsza, najfajniejsza i najbardziej szalona ;) Uważam, że było naprawdę super. Wszyscy byliśmy ubrani normalnie, tak jak zwykle chodzimy, większość dziewczyn była w spodniach, a to nam nie przeszkodziło dobrze bawić się przy tańcach. To raczej nie były tańce wolne, tylko takie.. szalone wybryki. Może dlatego nawet ja, która jestem we wszelkim tańcu nadzwyczaj beznadziejna, bawiłam się dobrze ;P
A teraz kolejne parę słów o Oliwce. Jest bardzo zadowolona z wakacji w Los Angeles, głównie z tego względu, że ma tu fajnych kumpli do zabawy i wiele się u nas dzieje. Szczególnie polubiła Tashę. Tasha ciągle uczy Oliwkę czegoś nowego, od gry w karty, szachy, warcaby itd., przez proste szpiegowskie sztuczki, podstawy nowych języków, alfabet i działania matematyczne do obsługi komputera, technik walki i strzelania z pistoletu. Na szczęście Tasha tylko pokazuje Oliwce, jak robić dwie ostatnie rzeczy, a nie pozwala jej ich spróbować. To znaczy słyszałam, że dała Oliwce pistolet do ręki, ale pilnowała jej, a broń była zablokowana. Chociaż z tymi sztukami walki to nie wiem, jak jest, szczerze mówiąc :D W każdym razie Tasha jest odpowiedzialna i wie, co robi. Mam nadzieję :) Tylko dziwi mnie to, że ona dobrze dogaduje się z Oliwką, chociaż wcale nie traktuje jej jak dziecko, a wręcz przeciwnie - traktuje ją dokładnie jak dorosłego człowieka. Mówi do niej tak samo, jak np. do Quicka. Nie przejmuje się wcale, kiedy przeklina przy niej albo się wścieka. A nie powinna przecież dawać dziecku złego przykładu! A daje. Poza pozytywnymi rzeczami Tasha uczy Oliwkę takich rzeczy, jak np. oszustwo, "wrabianie ludzi", kradzież itp. I pokazuje jej, że to wszystko skutkuje i nie dość, że jest (według Tashy) pożyteczne to jeszcze fajne i sprawia "frajdę". A przecież Oliwka to jeszcze dziecko i nie wie, że np. pójście na ulicę i proszenie ludzi o pieniądze na operację, kiedy się jej wcale nie potrzebuje, jest złe. A Tasha jej mówi wprost przeciwnie, że to wcale nie jest złe, a można zarobić sporo pieniędzy w szybki sposób. No cóż, na szczęście w większości takich sytuacji obecny jest też Quick, który jednak stanowczo zabrania Oliwce robić takie rzeczy i tłumaczy, że to nie jest dobre postępowanie. [...]
Oliwka ostatnio droczyła się z Quickiem na żarty :) Quick powiedział jej, również na żarty, że jak będzie mówić tak, jak wtedy mówiła, to on naskarży jej rodzicom. To Oliwka poprosiła Quicka o pożyczenie telefonu. Quick pytał dlaczego i na początku Oliwka nie chciała mu tego powiedzieć, ale jak Quick oznajmił, że nie da jej telefonu, dopóki Oliwka nie powie, o co chodzi, to mu powiedziała. Chciała naskarżyć jego rodzicom na niego samego :D No cóż, Quick wykręcił numer do swojego taty i wyszło tak, że Oliwka, jak zobaczyła, że tata Quicka jest bardzo miły, to zdecydowała się nie skarżyć na Quicka i zaprosiła rodziców Quicka na lunch :) Urocze to było ;* Lunch niestety nie wyszedł, ponieważ V.I.P.y musiały wyjść z klientem, więc spotkanie zostało przesunięte na następny dzień, na wieczór. W związku z tym wyszła bardzo miła kolacja :D Oliwka to ma pomysły ;P
Oliwka bardzo lubi psa Tashy, Akryla, chociaż Jeff zabrania jej się z nim bawić, ponieważ jest bardzo duży. Poza tym Jeffrey wie, że Akryl był szkolony na psa policyjnego, więc tym bardziej jest przeciwny wspólnym zabawom psa i jego córki. Ale, w związku z tym, że Jeff i Sandy zwykle urzędują u mnie, w mieście, u moich rodziców lub u innych znajomych, to Oliwka, głównie dzięki Tashy i tak bawi się z Akrylem (bo Oliwka razem z V.I.P.ami cały czas jest w V.I.P.ie). Temu akurat Quick nie jest przeciwny, bo zna Akryla i wie, że on by nikogo (poza przestępcami) nie skrzywdził ;) Tak naprawdę to bardzo miły piesek, który jest jeszcze młody i chętny do zabawy. A jak Tasha mu powie, że ma uważać na Oliwkę to bawi się z nią bardzo ostrożnie. Tylko Jeffowi nie da się tego przetłumaczyć ;P Poza tym Oliwka bardzo lubi bawić się też z Rexem, czyli psem Marca z Austrii. Rex jest owczarkiem niemieckim, ale jest malutki, ponieważ to jeszcze szczeniaczek :)
No i ostatnia nowość z kategorii: "Oliwka i przyjaciele" ;D Sandy i Jeff wyjeżdżają dzisiaj w nocy. Ale... Oliwka zostaje w Los Angeles! A wiecie dlaczego? Głównie z tego powodu, że tu wszystkich bardzo lubi i świetnie się z nami wszystkimi bawi. Jeff musi wracać do pracy, więc oboje z Sandy polecą dziś w nocy do domu. Ale Oliwkę rodzice zostawili jeszcze na tydzień u nas, oczywiście pod warunkiem, że będziemy się nią dobrze opiekować. Oliwka się bardzo cieszy, że zostanie z nami dłużej. Ale rodziców trzeba było przekonać, żeby pozwolili jej zostać i tym oczywiście zajęła się Tasha, która jest świetna w przekonywaniu ludzi, żeby coś zrobili lub żeby czegoś nie robili. No i, jak zwykle jej się udało :)
A, mam jeszcze coś. Sandy i Jeff byli też dzisiaj namawiani przez Quicka, Tashę i Oliwkę do... przeprowadzki do Los Angeles. Na początku nie byli chętni ze względu na finanse. Ale Quick i Tasha powiedzieli im, że Michael, który jest przecież producentem filmowym może im spokojnie zafundować extra mieszkanie w LA, bo nie ma co robić z pieniędzmi i taka jest prawda. Quick też ma ponad pół miliona dolarów i nie ma co z tym zrobić. Sandy nie chciała się zgodzić, dopóki Tasha nie powiedziała jej, że przecież po sprzedaży mieszkania w Greenville będzie miała dużo pieniędzy i może, przynajmniej częściowo, oddać Michaelowi te pieniądze. Także sprawę finansową uznała za załatwioną. Pozostała sprawa Lori, czyli najlepszej przyjaciółki Sandy, o której wam mówiłam. Sandy nie wie, czy Lori będzie chciała się przeprowadzić, a bez niej Sandy na pewno nigdzie nie pojedzie. Ale, nawet w założeniu, że Lori będzie chciała się przeprowadzić, Sandy nie za bardzo chciałaby jednak to zrobić, ponieważ lubi Greenville i jego spokojną atmosferę. Sandy nie chciałaby mieszkać w wielkim mieście, w dzień i noc tętniącym życiem, ponieważ nie lubi takiego gwaru itp. spraw. Lubi atmosferę Greenville, ale jakby miała się przeprowadzić tylko w okolice Los Angeles, a nie do samego centrum, to właściwie przy spełnieniu wszystkich powyższych warunków, jest chętna na przeprowadzkę. Ale Jeff, mimo wszystko, kategorycznie odmawia. Nawet perspektywa wyższej płacy, bo to w Los Angeles ma zapewnione, go nie przekonuje. Więc chyba jednak moja kuzynka nie przeprowadzi się z rodziną do LA, a szkoda, bo bardzo bym tego chciała :) Oliwka również o tym marzy, bo tak się z nami przez ten miesiąc związała, że nie wyobraża sobie teraz wrócić do Greenville, gdzie poza rodzicami i ciocią Lori właściwie nie ma nikogo. Bo faktycznie taka jest prawda, że w Greenville mieszkają tylko Sandy, Jeff, Oliwka, Lori i jej rodzice. A tu, w Los Angeles, jestem ja z Quickiem i częścią jego rodziny, moi rodzice tu są i wiele innych znajomych, których Sandy zna bardzo dobrze, chociaż przyznaję, że najwięcej naszej rodziny mieszka w Las Vegas. No, z LA zawsze jest bliżej do LV niż z Greenville ;D
A teraz parę słów na temat Eda i kończę na dziś. Ed, czyli klient V.I.P.u i Magnatu będzie chyba bardzo długo ich klientem. On się tak boi, że wyjeżdża tylko i wyłącznie na zdjęcia do serialu (Michaela :D), a potem wraca do V.I.P.u i tam siedzi cały czas. Poza dwoma randkami i imprezie u Magnusa nie był nigdzie od długiego czasu. Nigdzie nie chodzi, nawet do domu nie przyjeżdża. Tak boi się tych ludzi, którzy mu grożą. A prawdopodobnie są to tylko jego dawni znajomi, którzy mszczą się za to, że Ed przypadkiem pozbawił ich sporej sumy pieniędzy. W V.I.P.ie Ed jest bezpieczny, to prawda. Chyba tylko raz, na początku działalności agencji jacyś bandyci odważyli się napaść na V.I.P. w ich własnej siedzibie, ale nawet mimo pokaźnego uzbrojenia nie udało im się opanować ochrony. A V.I.P. miał wtedy mniej członków i gorszy sprzęt. Dlatego, że teraz jest więcej V.I.P.ów, mają lepszy system ochrony, lepszy sprzęt i uzbrojenie, to nikt nie odważy się raczej zaatakować V.I.P.u w ich siedzibie, nikomu się zresztą jeszcze nie udało wygrać takiej walki. A zresztą teraz Val wzbudza prawdziwy postrach wśród złoczyńców, więc V.I.P. jest całkowicie bezpiecznym miejscem :) Ale przez to, że Ed calutki czas spędza w V.I.P.ie, to jego prześladowcy nie mają okazji zaatakować. A w takim razie to się będzie ciągnęło bez końca. Aż mnie to dziwi, że mężczyzna może być takim tchórzem, bo kobietę to jeszcze bym rozumiała, ale mężczyzna? A zresztą, po co wynajmować ochronę, która przecież nie przyda się tam, gdzie nikt nie odważy się zaatakować? Ja uważam, że to bez sensu. Skoro ma ochronę, a nawet dwie, to nie powinien bać się ataku ze strony bandytów. Po to ich wynajmuje, żeby w razie ataku go ochronili, a nie trzymali w swojej bazie, jak jakiegoś zakładnika ;) Ale Edwardowi nie da się przetłumaczyć, że z taką ochroną, jaką ma, jest wszędzie bezpieczny, więc siedzi w V.I.P.ie. Słyszałam, że Tasha ma jednak jakiś plan, żeby go z V.I.P.u wywieść. Bo agenci naprawdę nie mają okazji interweniować. Nie wiemy tak naprawdę, kto grozi Edowi, więc nie możemy działać, dopóki któryś z bandytów się nie ujawni. Nie mamy jak działać. Tylko podczas kolejnej akcji, o ile taka się w końcu pojawi, ochrony będą miały okazje złapać bandytów. Inaczej, choćby nie wiem co, nie da rady. Chyba rozumiecie :)
Ale Edowi bardzo podoba się przesiadywanie godzinami w V.I.P.ie, w towarzystwie swoich ochroniarek. No cóż, V.I.P. składa się z pięciu kobiet i dwóch mężczyzn :) A Ed bardzo lubi wszystkie swoje ochroniary i bardzo mu się wszystkie podobają. Niestety z Nikki nie ma już szans ;P I Ed zamówił w internecie prezenty dla wszystkich V.I.P.ek w postaci dużych bombonierek, drogich perfum i pięknych kwiatów, przysłanych oczywiście pocztą do V.I.P.u. Prezenty oczywiście wszystkim się spodobały, za wyjątkiem Tashy, która swój prezent dała mi :) Ja tam się cieszę z takiego przebiegu sytuacji :D Ale nawet tym Ed nie zjednał sobie Nikki, która po tych wszystkich intrygach, o których wam opowiadałam w ostatniej notce, go po prostu znienawidziła :P
No dobra, jeszcze jedna nowość. V.I.P. przekazał 35000 dolarów amerykańkich na rzecz pomocy biednym dzieciom. Nawet w telewizji już o tym mówili xD A wiecie, czyj to był pomysł? Okazuje się, że Tashy. Tasha, Rex, Quick i Johnny grali w piłkę. W pewnym momencie Tasha powiedziała, żeby grali na pieniądze, bo wiedziała, że dzięki temu wszyscy będą się bardziej starać (co za pomysł xD). Każdy za skuchę miał rzucać na kupkę . Tasha powiedziała, że na końcu dołożą do wyniku dwa zera, a pieniądze przeznaczą na biedne dzieci, bo to jej pierwsze wpadło do głowy. Wiedziała, że dzięki temu wszyscy będą chętni, żeby na pieniądze grać. I miała rację. No i grali (faktycznie starali się bardziej), kasy przybywało. W końcu, jak im się znudziło, to podliczyli i wyszło im 22500, po dodaniu dwóch zer. W związku z tym, że to była nierówna liczba, uzgodnili, że będzie to 30000. Ale w związku z tym, że pieniądze miały być od V.I.P.u, jako od firmy, to chcieli, aby ta liczba była podzielna przez siedem, żeby każdy V.I.P. równo się dołożył. Więc ustalili 000, na co każdy V.I.P. się zgodził i przekazali datek na rzecz pomocy biednym dzieciom. Wspaniały gest :) Tasha chciała na początku dodać do wyniku trzy zera, ale jak na końcu zobaczyła ile to wyjdzie, to, wiedząc, że na to ich wszystkich nie stać, zmniejszyła do dwóch zer :-)
No i to tyle na dziś. Piszę i piszę i skończyć nie mogę ;D Miałam zamiar poruszyć dziś jeszcze wiele tematów, ale w związku z tym, że notka jest już bardzo długa, czego osobiście nie przewidziałam, przełożę część tematów na następną notkę. Ale nie martwcie się, napiszę o wszystkim, o czym miałam zamiar napisać, tylko następnym razem, bo już naprawdę długa ta dzisiejsza notka ;) Pozdrowionka! ;*

Susan |2009-07-19| |19:42:46|
skomentuj (0)




Sprawa Gary'ego W. i rozterki miłosne Eda ;)

No cześć! Na początek powiem, czego się znowu dowiedziałam o Garym W. Po pierwsze: nie ma swojego psychiatry ani nikogo takiego. To wiem od Tashy, oczywiście. Zapytałam ją.. albo, może opiszę wam tą rozmowę dialogiem ;)
- Hej Tasha! - przywitałam Tashę radośnie.
- O, cześć Susan, co ty tu robisz... teraz? - spytała podejrzliwa Tasha, bo byłam na parkingu CIA. Przyszłam tam specjalnie po to, żeby z nią porozmawiać :D Musiałam poczekać pół godziny, żeby ujrzeć wreszcie wychodzącą z budynku Tashę, a to niezbyt było mi na rękę, ponieważ spieszyłam się do sklepu (wcześniej uprzedziłam oczywiście Elle, że przyjdę trochę później).
- Ja przyjechałam, żeby z tobą porozmawiać, masz chwilkę? - wyjaśniłam uprzejmie. Tasha spojrzała się na mnie trochę dziwnie, jakby to było jakieś niewyjaśnione zjawisko, to, że ja przyjechałam porozmawiać.
- O co chodzi? - spytała Tasha otwierając swój samochód i gestem zapraszając mnie do środka.
- Powinnaś się domyśleć. Chodzi o Gary'ego. - powiedziałam, nie ukrywam, że z zadowoleniem.
- Aa, znowu on... - odpowiedziała z uśmiechem Tasha - co znowu? - spytała teraz całkiem poważnie i ze zniecierpliwieniem.
- Oj, powiedz proszę, czy on ma jakiegoś psychiatrę, terapeutę czy kogoś takiego? Bo wiesz, że to ważne w takich trudnych chwilach...
- W jakich "chwilach"? - przerwała mi Tasha.
- Mówisz, jakbyś nie wiedziała o co chodzi. Stracił żonę, wolność i godność, to mało?
- Susan... posłuchaj mnie. Gary W***** (tu wymieniła jego nazwisko) jest takim samym przestępcą jak każdy inny. Nieważne, że próbował zamordować dopiero po zabójstwie swojej żony w akcie zemsty i mało ważne jest też to, że mu się to nie udało. Skoro nie potrafi się pohamować to chyba znaczy, że..
- ... że potrzebuje pomocy psychologicznej. - stwierdziłam, przerywając Tashy.
- Nie. To znaczy, że jest zdolny do wszystkiego i taki idiota musi odsiedzieć swoje w pudle.
- Uważasz, że więzienie go zmieni?
- Nie, ja nie uważam, że więzienie zmienia ludzi.. chyba że szaleją z kompletnego nic-nie-robienia.
- To co ty o tym myślisz w takim razie?
- To, że ja, tak samo jak wszyscy inni zajmujący się tą i setką innych spraw, walczymy o sprawiedliwość. W***** popełnił przestępstwo, zresztą niejedno, musi za to odpowiedzieć. To mam na myśli.
- O.K., tu się z tobą zgadzam. Sprawiedliwość.. no, masz rację. Ale ma psychiatrę czy nie?
- Nie, ale...
- Ojej, to pozwól mi przynajmniej być jego psychologiem.... błagam! [...] - prosiłam pokornie.
- Susan, ja..
- Proszę... przynajmniej to. On powinien mieć kogoś, kto mu pomoże przez to wszystko przejść. Poza tym może dowiem się czegoś więcej... o nim..
- ... - tu Tasha podniosła lekko brew i zrobiła minę pokazującą wyraźnie, że nie jest przekonana co do tego pomysłu. Ale ja spojrzałam się na nią jeszcze raz błagalnym wzrokiem i ona powiedziała:
- Dobra, ale będziesz... żadnych sztuczek. Tylko..
- Żadnych sztuczek, jasne. Przecież ja się nie znam na żadnych sztuczkach!
- Tylko... - powiedziała Tasha z naciskiem i zniecierpliwieniem, bo znowu jej przerwałam :D - będziesz wtedy musiała zeznawać.
- O.K., będę zeznawać. - odpowiedziałam, bardzo mile zaskoczona, bo będę miała w takim razie okazję, żeby powiedzieć o Garym parę dobrych słów.
- Ale w sądzie mówisz pod przysięgą prawdę i tylko prawdę i obiektywną prawdę. - podkreśliła Tasha.
- Tak. Po sesji przekonam się na pewno, że Gary to dobry człowiek i nie chciał nic złego. - powiedziałam.
- Susan... opamiętaj się! Chciał zabić twojego przyjaciela! To nie jest złe?! - podniosła głos Tasha, widząc, że wyraźnie bronię Gary'ego.
- Ale on nie myślał o tym, poza tym chciał zabić mordercę swojej żony, a nie Jacoba.
- No tak, jeszcze Elle chciał przecież odstrzelić, a to podobno twoja najlepsza przyjaciółka. I to też nie jest złe, pewnie. Nie myślał, co robi, wcale nie myślał. - dodała sarkastycznie zdenerwowana Tasha.
- W akcie zemsty, sama tak powiedziałaś. Poza tym myślał, że to Jacob zamordował Caroline i dlatego chciał zemścić się na nim w taki sposób, jak "Jacob" zniszczył mu życie.
- Cooper jeszcze nie zniszczył mu życia. To on sam załatwił sobie ładne parę lat za kratkami.
- Cooper zabił mu żonę, którą bardzo kochał! Tym zniszczył mu życie! - odpowiedziałam, też już trochę poddenerwowana.
- Dobra! Nieważne. Będziesz zeznawać, tylko masz to zrobić obiektywnie.
- Jasne, bądź spokojna. - odpowiedziałam już całkiem spokojna. - Dzięki. - dodałam z uśmiechem.
- Ee, Susan! - zatrzymała mnie Tasha, widząc, że wychodzę z samochodu. Obróciłam się w jej kierunku.
- Jest jeszcze coś, o czym na pewno chciałabyś wiedzieć.
- Co takiego?
- Gary ma jedną sprawę mniej, bo napad na agenta federalnego z bronią został.. odwołany.
- Co? - zapytałam, wyraźnie szczęśliwa, ale i zaskoczona.
- Sowa wycofał swoje oskarżenie o napad.
- Ojejku! Dziękuję! - ucieszyłam się bardzo głośno i jakby tylko Tasha dała się uściskać, to na pewno bym to wtedy zrobiła. - Ale... dlaczego? - zastanowiłam się.
- Susan, znasz Sowę.. no, nie tak jak ja. On chce się popisać "wspaniałomyślnością" przed swoimi kolegami z FBI, chociaż ja bym tego nie pochwaliła.
- Nie wierzę.
- No to uwierz. Tylko i wyłącznie dlatego wycofał oskarżenie.
- No ale.. zawsze jest się z czego cieszyć. Przynajmniej Gary ma lżej. - uśmiechnęłam się.
- Ma dwie próby zabójstwa na koncie, w dodatku nie miał zezwolenia na broń, z której strzelał. Marne szanse na łagodny wyrok. Chociaż zawsze ma lepiej niż Cooper, on dostanie przynajmniej 50 za te wszystkie brutalne zabójstwa, które popełnił. Jak nie więcej...
- A, dobra, cześć, Tasha, muszę lecieć, bo się do sklepu spieszę, właśnie mi się przypomniało, że Elle tam na mnie czeka.. o, ale widzisz.. Elle i Jacob też, mimo wszystko, uważają Gary'ego za porządnego człowieka.
- Już nie.
- Oj, Jacob mi mówił, że na jego miejscu też by tak zrobił, chociaż.. przyznał, że chyba nie odważyłby się strzelić.
- Jacob? Wiadomo, że by się nie odważył strzelić.. mało tego, on nie odważyłby się broni do ręki wziąć, Susan.. o czym ty w ogóle mówisz? - zaśmiała się Tasha. Moim zdaniem to dobrze, że by się nie odważył wziąć broni do ręki, ale znacie Tashę ;) Pożegnałyśmy się, czy może raczej ja się pożegnałam, chyba że Tashy odpowiedzią na moje "do zobaczenia" był pisk opon jej srebrnego Mercedesa :)
No więc, jak widzicie wiele dostałam tego dnia. Zezwolenie na bycie psychologiem Gary'ego i w dodatku na zeznawanie w sądzie w jego sprawie. Może mu jakoś pomogę? Oczywiście, o ile będzie to zgodne z prawdą, OBIEKTYWNOŚCIĄ itd. ;)
A teraz bardziej na luzie. Klient V.I.P.ów i Magnatu, Edward, jest prawdziwą gwiazdą, mówię wam. Nie tylko jego pracą jest aktorstwo, ale teraz mam na myśli, że on jest bardzo zabawny. A właściwie to jest bardzo romantyczny, ale nieraz tak potrafi rozśmieszyć, że książkę możnaby o nim napisać. Opiszę wam przykładowe śmieszne sytuacje :-)
Raz umawiał się z pewną Claudią, o której wam mówiłam, a za chwilę całował się w bazie z Nikki. Tak naprawdę to bardziej podkochiwał się w Nikki, dużo bardziej. A jak przyszło co do czego, że podczas rozmowy zeszło na temat "Ed & Nikki" to Ed w sumie wyparł się wszystkiego, powiedział, że Nikki mu się nie podoba i, że jej wygląd mu się nie podoba itd. To Nikki (obecna przy tym) strasznie się zdenerwowała, dała mu w twarz i wyszła. Zaraz potem Ed mówił, że na pewno Nikki do niego wróci. No cóż, ale nie wróciła.
Inna sytuacja, nie wiem, może dzień później (o ile to nie było dzisiaj) była jeszcze śmieszniejsza. Ed powiedział Quickowi i Tashy pod przysięgą, że nie powiedzą tego Nikki, że właściwie Nikki nie najlepiej całuje. Mówił, że miewał dziewczyny, które całują gorzej, ale takie, które całują lepiej również. No i Quick i Tasha faktycznie nie powiedzieli Nikki, co Ed mówił o niej. Ale Tasha powiedziała to Kay, wiedząc, że Kay rozpowie to całemu V.I.P.owi. I wieść się rozniosła. W szybkim tempie dotarła również do Nikki ;P Przez to Ed nabawił się siniaka, bo Nikki, nawet gdyby chciała, a nie chciała - nie powstrzymałaby się przed walnięciem go za takie słowa. Ale Ed nadal sądził, że Nikki do niego wróci. Stracił jednak tą pewność, kiedy Nikki wyciągnęła go z szafy, w której się chował i jeszcze raz porządnie go walnęła za to, co o niej mówił :)
No dobra, widzę, że notka długa, więc kończę na dziś. Jest co czytać, jak stwierdziła jedna moja czytelniczka ;) Pozdrawiam! Papatki ;*


Susan |2009-07-16| |23:53:36|
skomentuj (0)




Gary W., Oliwka, Edward... :-)

No cześć! Na początek mam miłą nowinę :) Gary W., o którym wam dużo opowiadałam kilka notek wcześniej, ma kuzyna, który wraz ze swoją żoną zamieszka teraz na opuszczonej posiadłości Gary'ego. Jak wiecie Gary trafił do więzienia. Tasha mówiła mi, że przyznał się do wszystkiego tego, co zrobił i wyraził, bardzo zresztą szczerą, skruchę. Był załamany i nie do końca panował nad sobą. To właściwie da się zrozumieć. W dodatku nie wiedział, że Jacob to Sowa, który jest agentem FBI (od bardzo niedawna). To na pewno złagodzi wyrok oskarżenia o napad na agenta federalnego. I to, że Gary wykazał skruchę, w dodatku szczerą i to, że działał w złości i w żałobie, a nie z innego, błahego powodu, również złagodzi wyrok. Już samo to, że przyznał się do winy robi wiele w tym kierunku! Więc uważam, że Gary W. nie dostanie surowego wyroku i mam też taką nadzieję. Jeżeli wezwą mnie do sądu na świadka to na pewno stanę po stronie Gary'ego. Wiem, że zrobił źle i swoje odsiedzieć musi, ale wcale nie chciał tego wszystkiego i jest dobrym człowiekiem, tylko teraz okropnie smutnym i przygnębionym... zrozpaczonym, zdołowanym wręcz. Wcale mu się nie dziwię. Bardzo kochał swoją żonę, bo to była wspaniała kobieta. No, ale przynajmniej kuzyn Gary'ego ze swoją żoną zamieszka w posiadłości Gary'ego. Więc majątku przynajmniej nie straci i jak już wyjdzie z więzienia to będzie mógł rozpocząć nowe życie :) Muszę jeszcze dowiedzieć się, czy Gary ma już swojego psychoterapeutę, czy kogoś tego rodzaju. Bo, jakby nie miał, to ja z chęcią pomogłabym mu osobiście lub przynajmniej postarałabym się załatwić mu kogoś takiego, ponieważ wiem, że taka pomoc jest bardzo potrzebna w podobnych sprawach. Nie jestem pewna tylko, czy więźniowie mają prawo do spotkań z psychologiem. Ale wydaje mi się, że tak. A nawet jeśli nie to... a może nie wszyscy mają. Ale Gary powinien mieć, moim zdaniem. No nie wiem, muszę spytać o to wszystko Tashę, bo, nawet jeżeli ona sama nie będzie wiedziała, to ma przynajmniej znajomości, dzięki czemu bez problemu będzie mogła się wszystkiego dowiedzieć. To, że w posiadłości Gary'ego zamieszka jego kuzyn też przecież wiem od Tashy. No dobra, w każdym razie Gary powinien dostać łagodny wyrok, mam nadzieję, że w końcu się pozbiera po tragicznej stracie żony i uda mu się rozpocząć nowe życie. Cooper, czyli prawdziwy morderca Caroline W. znajduje się już w areszcie, od długiego czasu zresztą. FBI go złapało. Więc sprawa dobiega końca. W najbliższym czasie będzie proces w sprawie Gary'ego i na tym to wszystko się skończy. Mam nadzieję, że Gary'emu uda się pozbierać po śmierci Caroline i życzę mu powodzenia i szczęścia :)
A teraz zmienię trochę temat. Tasha chyba naprawdę lubi Oliwkę. Spędza z nią sporo czasu i teraz już właściwie wcale nie trzeba jej upominać, ponieważ jest miła (jak na nią xD) sama z siebie. Tylko bez względu na wszystko Tasha jest dla Oliwki bardzo ostra, jak dla wszystkich. Na przykład: jak się zbliża późna godzina to Tasha każe Oliwce iść spać, czy raczej mówi ostrym i zdecydowanym tonem: "Natychmiast do łóżka!", a jak Oliwka jeszcze nie rusza się z miejsca, to Tasha zwykle dodaje: "No już! Do łóżka, powiedziałam!", przy czym jej głos staje się jeszcze groźniejszy. Rozumiem dyscyplinę, ale uważam, że to lekka przesada. Oliwka nie jest żołnierzem w wojsku, nie trzeba na nią krzyczeć. Ona jest małym dzieckiem, do którego trzeba mówić łagodnie, a jestem pewna, że to wystarczy. Zresztą uważam, że na żołnierzy również nie powinno się wrzeszczeć i przeklinać. Ale Tasha myśli zupełnie inaczej. Ona sądzi, że jakby powiedziała do Oliwki słodkim głosikiem: "Oliwka, wiesz, trzeba już iść do łóżeczka", to Oliwka zamiast ją posłuchać, zadawałaby najpierw sto tysięcy pytań, głównie w temacie: "A dlaczego?". No a, jak wszyscy wiemy, Tasha lubi dyscyplinę i wydawanie rozkazów, a ponadto nie potrafi mówić delikatnie, tak, jak się powinno mówić do małego dziecka. Więc mówi ostro, bo widzi, że to skutkuje nie tylko na żołnierzach czy agentach CIA, ale także na dzieciach. I nie da się jej przetłumaczyć, że wcale tak nie jest i, że dobrocią zdziała się o wiele więcej niż nieustanną walką.
Ale dobre jest to, że Oliwka i tak bardzo lubi Tashę. I sądzę też, że z wzajemnością ;) Tasha mówi, że wyszkoli Oliwkę na agentkę CIA. Na razie poleciła Oliwce sztuczkę "Wszystko wiem", która polega na tym, że idzie się do kogoś i mówi się: "Ja wszystko wiem!", dzięki czemu bardzo często uzyskuje się cenne informacje. Na razie Oliwka wypróbowała tę sztuczkę na swoim tacie i na kliencie V.I.P.ów, Edzie. Od Jeffa dowiedziała się, że nie lubi, kiedy ona spędza dużo czasu z Tashą, ponieważ Jeff uważa, że Tasha źle się względem niej [Oliwki] zachowuje. A rozmowa z Edem natomiast wyglądała tak:
- Ceść Ed!
- O, cześć Oliwka, co tam?
- Ja wsystko wiem... - powiedziała poważnym głosem Oliwka.
- Wiesz?! A skąd? - zdziwił się Ed.
- Nie powiem!! - odpowiedziała Oliwka - Ale wiem. - i spojrzała na Eda podejrzliwym wzrokiem.
- No cóż, Nikki trudno się oprzeć... sama rozumiesz.. ale nie mów o tym nikomu, O.K.? - powiedział Ed, po czym Oliwka roześmiała się cichutko i wróciła do Tashy, żeby jej o tym wszystkim powiedzieć. I z tej krótkiej rozmowy Tasha i Quick, który również był wtedy obecny, dowiedzieli się o romansie Nikki i Eda. Wyszła z tego wszystkiego całkiem zabawna sytuacja xD [...]
Poza tym Tasha wiele nauczyła Oliwkę. Na przykład zapoznała ją z szachami. Wytłumaczyła Oliwce, jak chodzi która figura i jak się nazywa. Opowiedziała jej też kilka bardzo przydatnych zasad, które sama stosuje, nie tylko w szachach. Powiedziała Oliwce, że "najlepszą obroną jest atak" i, że bardzo dobrym ruchem w szachach jest zaatakowanie dwóch figur przeciwnika jednocześnie, czyli tzw. podwójny atak. W końcu Oliwka zmierzyła się dwa lub trzy razy z Quickiem i całkiem nieźle jej szło, chociaż wszystkie partie przegrała, nawet z podpowiedziami Tashy. Oliwka cały czas skupiała się tylko na tym, żeby Quickowi coś zbić. No i mówię, jak na pierwsze rozgrywki, to szło jej bardzo dobrze :)
Poza tym Tasha nauczyła Oliwkę (czego zdecydowanie nie popieram) grać w pokera, a wcześniej z Quickiem nauczyli ją gry w makao. Najbardziej polubiła na szczęście makao :)
Poza tym Tasha nauczyła Oliwkę paru zwrotów po niemiecku, takich jak "Dzień dobry" i "Dobranoc" itp. Ogólnie rzecz biorąc Oliwka świetnie się u nas bawi :D I dlatego Sandy i Jeff zdecydowali, że zostaną u nas jeszcze tydzień dłużej niż zamierzali. Jeff chciał ostatni tydzień urlopu spędzić w domu, ale dziewczyny, tj. Oliwka i Sandy namawiały go, żeby zostać jeszcze trochę. W sumie co mieliby robić w domu? A tutaj mają masę znajomych, starych i nowych, piękną, wakacyjną pogodę i świetną zabawę. A przecież nie muszą płacić za noclegi, bo mieszkają u nas. Więc cóż... pozostaje tylko używać sobie wolnego! Tak też opisywana rodzinka postanowiła. Wyjadą więc w sobotę lub w niedzielę, gdzieś 18 czy 19 lipca. A mieli wyjechać wczoraj. Ale ja tam też się cieszę, że zostają, zdążymy jeszcze się pogościć i wygadać się za dwa światy ;)
O, jeszcze mi się coś przypomniało odnośnie Oliwki. Tasha zawsze mówi do niej: "Olivia", a nie "Oliwka". Wszyscy mówią "Oliwka", tylko ona jedna jak zwykle mówi inaczej. Nie wiem, dlaczego, ona sama zresztą pewnie nie zdaje sobie z tego sprawy. Na szczęście Oliwce to wcale nie przeszkadza. Oliwce w ogóle nic na ogół nie przeszkadza. Jest bardzo wesoła i pogodna, cieszy się dosłownie ze wszystkiego. Widać, że będzie z niej optymistka ;) 
A teraz parę słów na temat Eda, klienta V.I.P.ów i Magnatu. Były już dwa zamachy na niego. Może powiem tak: Ed okropnie się boi się tych ludzi, którzy mu grożą, na dodatek zupełnie nie ma pojęcia, kim oni są. Ma jedynie podejrzenia, że mogą to być tacy jedni jego dawni koledzy, których kiedyś przypadkiem pozbawił sporej sumy pieniędzy. Ale nie pamięta, jak się nazywali ani jak wyglądali, więc nic to nikomu nie da. A więc.. Ed gra w serialu Michaela, tak się akurat złożyło. A teraz, przez to właśnie, że okropnie się boi, od razu po zdjęciach do serialu jedzie do V.I.P.u i tam spędza resztę czasu. Nawet tam śpi. I wychodzi dopiero następnego ranka na zdjęcia. No i dwa razy wyszedł na randkę z pewną Claudią, raz na kolację i raz na lunch. I podczas obydwu tych spotkań bandyci strzelali do niego, ale dzięki V.I.P.owi nic mu się nie stało. Magnat, jak już zresztą wam mówiłam, tylko stał i groził: "Ręce do góry!" itp., a V.I.P. niestety nie złapał bandytów, ponieważ duża ilość ludzi obecnych w restauracji im to uniemożliwiła. Ale klienta ewidentnie ocalił V.I.P. i to dwa razy. I V.I.P.y nie są zadowolone z tego, że Ed cały czas siedzi w V.I.P.ie, bo nie ma okazji złapać tych bandytów, ponieważ oni boją się atakować V.I.P. w ich własnej siedzibie, bo wiedzą, że wygrana jest w takim wypadku niemożliwa. Tak samo na zdjęciach nie atakują, bo poza V.I.P.em i Magnatem jest tam wielu innych ochroniarzy i wielu ludzi. Tasha mówi, że ci bandyci to amatorzy, ale trzeba na nich uważać. Kominiarki zawsze mają na sobie, śladów też nie zostawiają takich, jakie mogłyby się przydać, bo np. mimo to, że dwa razy widziano już ich samochód (podczas napadów) to nic to nie dało, ponieważ nie mieli tablic. Więc nie są aż tak złymi amatorami i należy zachować wszelką ostrożność, ponieważ nie wiadomo do czego są zdolni. No i Tasha mówiła już nie raz klientowi, że to, co robi (czyli zdjęcia, a potem od razu do V.I.P.u) nie prowadzi do niczego, oprócz utraty pieniędzy. A w końcu pieniądze mu się skończą, nie będzie miał z czego zapłacić ochronie, więc z kontraktu nici i wtedy na pewno go zabiją. A przecież z V.I.P.em (i na dodatek Magnatem) nic mu nie grozi. Jakby gdzieś wyszedł od czasu do czasu to nic by mu się nie stało, a byłaby okazja, żeby złapać bandytów. Zresztą V.I.P. na pewno by ich złapał. Ale przecież musi mieć taką możliwość, prawda? Nie wiem, co dalej mam powiedzieć. Jak będę wiedziała coś więcej to napiszę, bo na razie sprawa kręci się w śliczne kółeczko i końca nie widać :)
O, przypomniało mi się jeszcze coś. Klient V.I.P.ów był dzisiaj na wycieczce niedaleko od Los Angeles, ale nikt w tym czasie na niego nie napadał, więc również nie było okazji do złapania kogokolwiek :/ [...]
I jeszcze jedna malutka nowinka na dziś =) Przyjechali do nas dzisiaj nasi koledzy aż z Austrii: Marc, Niki i Fritz, oczywiście z wspaniałym i niezastąpionym psem Marca, Rexem. Oni też zamieszkają u nas w domu (tak przynajmniej ustalaliśmy). Miejsca jest dosyć i będzie bardzo wesoło :) Bo ja bardzo lubię, jak mamy gości, nie siedzę przynajmniej sama w takim dużym domu. O, i prawdopodobnie rodzice Quicka jutro przyjadą na obiad. No to zjemy w V.I.P.ie albo w Lincolnie. Zobaczymy, jeszcze nie wiadomo, czy w ogóle przyjadą ;) No dobra, ja kończę, bo się rozpisałam dzisiaj :D Papatki! ;*

Susan |2009-07-13| |23:29:07|
skomentuj (0)




Relacje Tashy i Oliwki i sprawa Diego :)

Hejka! Co sądzicie o ostatniej notce? Musiałam ją napisać i teraz dobrze się z tym czuję. Myślę, że to był fajny gest z mojej strony, biorąc pod uwagę to, że bardzo szanuję Michaela Jacksona. Nie ja jedna zresztą ;)
No dobra, zaczynamy notkę. Ostatnio dowiedziałam się, że Diego jest... szefem ochrony osobistej! Powiedział mi to Quick, który dowiedział się tego od samego Diega, kiedy ten ostatni przyszedł oddać moje klucze. Ja cię kręcę! Otaczają mnie ochroniarze! Ze wszystkich stron xD Trochę to zabawne, większość ludzi, których spotykam pracuje w ochronie. Ale z tego co widać ochroniarze to na ogół fajni ludzie. Wczoraj np. poznałam jednego z ochroniarzy z firmy Magnat. Jest całkiem fajny i taki... zabawny. Widać po nim, że traktuje wszystko raczej luźno, jest... radosnym optymistą :) Nie rozumiem znowu, dlaczego Tasha Magnatu nie lubi. Przecież to nieważne, że jest to konkurencja V.I.P.u, ludzie są wspaniali i na to trzeba zwracać uwagę, a nie na to, że to są "wrogowie" i "trzeba ich wykończyć". Nie wiem czy spółka V.I.P.-Magnat przetrwa dłużej niż czas ochrony tego jednego klienta, jakim jest Ed. Ed też jest fajny. Miły, wesoły, z poczuciem humoru. A do tego romantyczny... Na mój gust mógłby zostać pisarzem ;) Szkoda, że i jego Tasha zbytnio nie lubi. Jej, odnoszę wrażenie, że ona większości ludzi nie lubi, i to nieraz od pierwszego spotkania, chociaż i jego nawet nie musi być, żeby zaczęła kogoś szczerze nienawidzić. Naprawdę. Dobrze jednak, że przynajmniej do Oliwki zaczęła się przekonywać, o ile już jej nie lubi, bo to jest całkiem możliwe. To znaczy mi się tylko wydaje, że Tasha polubiła Oliwkę. No choćby wskazuje na to sposób w jaki do niej mówi. Na początku, jak mówiła coś miłego, żeby jej nie zrobić przykrości to robiła to bardzo sztucznie i z przymusu i gdyby nie surowe spojrzenia innych osób na pewno powiedziałaby coś okropnego, co sprawiłoby, że Oliwka byłaby bardzo smutna. Zresztą to jest jeszcze dziecko i nie rozumiałaby dlaczego Tasha powiedziała do niej coś przykrego. A Tasha po prostu taka jest. Nie dość, że trudno idą jej pozytywne kontakty międzyludzkie wśród dorosłych, to w dodatku nie lubi dzieci. Więc nie byłoby dobrze, gdyby kogoś jeszcze nie było w pokoju z Tashą i Oliwką. Ale teraz Tasha już nie jest sztuczna. Nie trzeba jej już tak często przypominać, że Oliwka jest dzieckiem, które jest wrażliwe i, że nie należy na nią krzyczeć, przeklinać przy niej itd. Zachowanie Tashy względem Oliwki zdecydowanie się poprawiło, mimo, że czasem trzeba jeszcze spojrzeć na nią porozumiewawczo lub upomnieć. Tasha sama jest jak małe dziecko. Takie odnoszę czasem wrażenie :D
A teraz opowiem jeszcze o Diego, bo zboczyłam z tego tematu na początku notki. Mówiłam wam właśnie, że Diego jest szefem firmy ochroniarskiej. Jego agencja nie jest położona w centrum miasta, tylko bardziej na uboczu, a nazywa się Cameo. Nazwa ta pochodzi od kamienia szlachetnego, który Diego znalazł w swoim świeżo zakupionym lokalu, przeznaczonym na siedzibę swojej agencji ochroniarskiej. Oczywiście kamień ten Diego zachował na pamiątkę i trzyma go w bardzo bezpiecznym miejscu, a w dodatku został on uwieczniony jako logo firmy. Wcale nie jest duży, a wręcz można powiedzieć, że jest malutki, bo ma góra trzy centymetry długości, ale za to jest niesłychanie piękny :)
Wczoraj chyba Diego przyszedł do mnie po arkusze psychologiczne dla swojej agencji ochrony. Może nie będziecie wiedzieć o co chodzi. To są takie arkusze związane z pracą agentów ochrony, policji i innych służb tego typu. Co roku jest przeprowadzane takie badanie. Każdy agent rozwiązuje test czy ankietę, nie wiem jak to nazwać, która dotyczy konkretnie jego pracy, warunków tej pracy, jej wpływu na życie osobiste itd. Nie jest anonimowa, ale też nie jest nigdzie publikowana. Służy m.in. organizacji i polepszaniu warunków pracy, a jeżeli okazuje się, że ktoś ma jakieś problemy dotyczące takiej pracy, dostaje propozycję pomocy. Oczywiście jest ona dyskretna. Takie badania przeprowadzane są w całym stanie, to na pewno, i, z tego, co mi wiadomo, nawet w całym kraju. A już na pewno większe firmy mają obowiązek wziąć udział w ankiecie, chociaż nie ukrywam, że nawet bardziej przydałoby się to mniejszym agencjom, w których nie zawsze są odpowiednie warunki. W każdym razie przełożeni i ludzie odpowiedzialni za to starają się kontrolować, czy wszystkie firmy wzięły udział w badaniu, ponieważ jest ono ważne. A V.I.P., tak samo jak Magnat i Cameo będzie brał w tym udział :) Może nareszcie się przydam ;P No więc przyniosłam Diegowi te arkusze, podziękował mi stokroć i pytał jak ma mi się odwdzięczyć, bo przy okazji wytłumaczyłam mu wszystko, co wiedziałam na ten temat. Ale odpowiedziałam, że naprawdę nie musi się odwdzięczać, bo faktycznie takiej potrzeby nie przewiduję :) Fajnie jest pomagać ludziom bezinteresownie!
A teraz kończę nocię. O, dodam jeszcze, że V.I.P. i Magnat mieli niebezpieczną akcję, oczywiście w związku z ochroną klienta, kiedy ten jadł kolację w restauracji ze swoją koleżanką. Niestety Magnat się nie wykazał i w ogóle przestępców nie udało się złapać nawet V.I.P.owi, chociaż byli tego blisko i gdyby nie duża ilość ludzi obecnych w restauracji i jednocześnie uniemożliwiającym trochę działanie, z pewnością by im się to udało. No cóż, może następnym razem się uda xD Papa!


Susan |2009-07-10| |20:04:51|
skomentuj (0)




Na cześć Michaela Jacksona...

Witam ponownie! Nie przewidywałam takiego obrotu sytuacji, ale w związku z tym, że niedawno zmarł Michael Jackson, a dzisiaj odbył się jego oficjalny pogrzeb, zdecydowałam się chociaż jedną notkę w całości poświęcić właśnie jemu - królowi pop-u, którego szczerze bardzo szanuję i podziwiam, i uważam go za wspaniałego człowieka, godnego naśladowania. Jego śmierć bardzo mnie wzruszyła, mimo, że nigdy nie byłam jego wielką fanką. Lubię jego piosenki, ale samego jego jeszcze bardziej - za całokształt, za to, że był wspaniałym człowiekiem z dobrym, można wręcz powiedzieć, złotym sercem. Bardzo go szanuję, naprawdę. I bardzo mi przykro, że umarł, przecież jeszcze w młodym wieku. Co by tu jeszcze powiedzieć? Podziwiam go i... brak mi słów.. smutno mi trochę. Ale cieszę się, że postanowiłam napisać jedną notkę na jego cześć.

Michael Joseph Jackson (ur. 29 sierpnia 1958 w Gary, w stanie Indiana) – amerykański muzyk, wykonawca, którego kariera i kontrowersyjne życie osobiste stały się częścią popkultury ostatnich trzech dekad. Ma trójkę dzieci: Michaela Josepha Jacksona Juniora (znanego jako "Prince"), Paris Michael Katherine Jackson oraz Prince'a Michaela Josepha Jacksona II (znanego jako "Blanket").
Michael Jackson jest znany jako jeden z najlepszych wykonawców estradowych i najpopularniejszy muzyk w historii, spopularyzował skomplikowane ruchy taneczne, jak m.in. tzw. robot i moonwalk, które wpłynęły na dominujący dotąd trend w tańcu i w wykonywaniu koncertów. W latach swojej największej popularności charakteryzowano go jako "niepowstrzymaną, ślepą siłę niszczycielską, posiadającą wszystkie narzędzia do zdominowania list przebojów w dowolnym momencie: charakterystyczny głos, zdumiewające ruchy taneczne, muzyczną wszechstronność i pokłady zwykłej siły, którą posiada prawdziwa gwiazda”. Jego dokonania w przemyśle muzycznym to, obok wielu innych, rewolucyjna zmiana w podejściu do teledysków zapoczątkowana przez video do piosenki "Thriller" (1983), często nazywanej najlepszym teledyskiem wszech czasów, który pomógł płycie pod tym samym tytułem osiągnąć bardzo wysoki nakład oraz sprzedaż, ustanawiając nowy trend dla wydawnictw muzycznych, osiągających odtąd znaczne zyski; zdominowanie rynku muzyki popularnej w latach 80, oraz status pierwszego czarnoskórego artysty, który zgromadził silne poparcie w telewizji MTV, pomagając wówczas młodemu kanałowi muzycznemu wyjść do szerszej publiczności. Dodatkowo, Michael Jackson obracał się w wielu muzycznych stylach i współpracował z kilkoma innymi gwiazdami sceny muzycznej, czasami pojawiając się też na płycie innego znanego wykonawcy. Jego dystyngowany styl, sposób poruszania się i głos zainspirowały i wywarły wpływ na całe pokolenia wykonawców hip-hopu, popu i R&B, włączając w to Marię Carem, Uchera, Britney Spears, Justina Timberlake'a i Chrisa Browna, a także wielu innych. W 1990, magazyn Vanity Fair nazwał Michaela Jacksona "Najpopularniejszym artystą w historii show biznesu".
Jackson rozpoczął swą karierę muzyczną w wieku siedmiu lat, jako wokalista zespołu rodzinnego The Jackson 5 i wydał pierwszy solowy album Got to Be There w 1971, wciąż pozostając członkiem grupy. Pełną karierę solową rozpoczął w 1979 i oficjalnie rozstał się z zespołem w 1984. Podczas kariery solowej, Jackson nagrał i współprodukował album Thriller, którego światowa sprzedaż przekroczyła 104 mln egzemplarzy. Po Thrillerze Jackson wydawał kolejne płyty osiągające wysokie pozycje na listach: Bad (1987), Dangerous (1991), HIStory (1995) oraz Invincible (2001), ostatni album z całkowicie nowym materiałem.
Michael Jackson otrzymał trzynaście nagród Grammy i zapisał trzynaście singli na pierwszych miejscach list przebojów w Stanach Zjednoczonych, więcej niż którykolwiek męski wykonawca w historii notowań Billboardu. W listopadzie 2006, Raymone Bain, rzeczniczka prasowa Jacksona, ogłosiła, że Michael Jackson sprzedał ponad 750 mln egzemplarzy płyt na świecie, co czyni go jednym z najlepiej sprzedających się artystów wszech czasów. Od 1988 do 2005, Jackson mieszkał w swojej posiadłości w Kalifornii, zwanej Neverland Ranch, gdzie zbudował park rozrywki i prywatne zoo.

25 czerwca 2009 r. o godz. 12:21 do wynajmowanej przez Jacksona rezydencji w Holmby Hills w Los Angeles wezwano pogotowie ratunkowe po tym, jak próby reanimacji Jacksona przez jego osobistego lekarza nie powiodły się. Muzyk został przewieziony do szpitala uniwersyteckiego UCLA Medical Center, gdzie według brata Jacksona, Jermaine'a, był on resuscytowany przez ponad godzinę. Zgon potwierdzono o godz. 14:26 czasu lokalnego (23:26 czasu polskiego). Podaną do wiadomości publicznej przyczyną śmierci było nagłe zatrzymanie krążenia. Sekcję zwłok Jacksona przeprowadzono 26 czerwca 2009, jednak jej ostateczne wyniki ogłoszone zostaną po badaniach toksykologicznych, które według oficjalnego oświadczenia rzecznika prasowego zakładu medycyny sądowej w Los Angeles (Los Angeles County Coroner) tzw. koronera, mogą potrwać do 6 lub 8 tygodni. Policja z Los Angeles zapowiedziała wszczęcie śledztwa w sprawie śmierci muzyka.

Niemal natychmiast po śmierci Jacksona jego zgon zaczęto porównywać do śmierci Elvisa Presleya, który zmarł w 1977 roku w wieku 42 lat.
Madonna i Diana Ross oświadczyły, że były zrozpaczone na wieść o śmierci Michaela Jacksona. Jego była żona Lisa Marie Presley wspomniała o rozmowie z Jacksonem czternaście lat temu i jego obawach przed "skończeniem" jak Elvis, jej ojciec. Długoletnia przyjaciółka Jacksona, Elizabeth Taylor, powiedziała, że "nie wyobraża sobie życia bez niego." Żal wyraziło też wielu innych artystów, m.in. Paul McCartney, Mariah Carey, Liza Minnelli, Britney Spears czy Justin Timberlake.
W Kongresie Stanów Zjednoczonych, członkowie Izby Reprezentantów Diane Watson i Jesse Jackson, Jr. wnioskowali o uczczenie zmarłego muzyka minutą ciszy. Prezydent USA Barack Obamazłożył kondolencje rodzinie i fanom Michaela Jacksona, podkreślając, że był on wyjątkowym artystą i ikoną muzyki, mimo pewnych tragicznych i smutnych aspektów jego życia.
Wieści o śmierci Jacksona szybko rozprzestrzeniły się w Internecie, powodując awarię lub spowolnienie niektórych stron. Operatorzy Google przypuszczali najpierw, że ich wyszukiwarka została zaatakowana przez hakerów i tymczasowo zablokowali dostęp do wyrażenia "Michael Jackson", które wpisywało miliony użytkowników. Awarii doznały też Twitter, Wikipedia oraz, na 40 minut, komunikator internetowy AOL. AOL nazwał to "istotnym momentem w historii Internetu", dodając, że nigdy nie widzieli czegoś podobnego na taką skalę.
7 lipca 2009 w Hall of Liberty w Forest Lawn Memorial Park na Hollywood Hills odbyła się prywatna msza dla rodziny Jacksonów. Następnie, złota trumna Michaela Jacksona została przewieziona do Staples Center, gdzie odbyła się publiczna ceremonia pogrzebowa. W hali tej Jackson przezprowadzał próbne występy na dwa dni przed swoją śmiercią.

"Jego muzyka będzie żyć zawsze."
P.S.: Spodobało mi się to, że wszystkie stacje muzyczne, radio, telewizja, internet, właściwie wszystkie media - tak przejęły się tym wszystkim i uczciły twórczość Michaela, puszczając jego piosenki i teledyski, pisząc o nim, organizując strony, na których można napisać kilka słów o swoich odczuciach do tego wszystkiego. To taki fajny gest, pokazujący naszą pamięć o nim :)
"Nigdy o nim nie zapomnimy."
"Michael Jackson żyje i żyć będzie na zawsze... w naszych duszach, sercach i umysłach.."

Źródło: http://pl.wikipedia.org/, http://www.michaeljackson.pl/, http://www.michaeljackson.com/.

Susan |2009-07-07| |23:07:04|
skomentuj (0)




Dzień Niepodległości, Jubileusz Dwusetnej Notki i przygoda Diega :)

Dzień Niepodległości Stanów Zjednoczonych (Independence Day lub Fourth of July) to święto państwowe w USA, obchodzone corocznie 4 lipca w rocznicę ogłoszenia deklaracji niepodległości Stanów Zjednoczonych. Deklaracja Niepodległości Stanów Zjednoczonych to akt prawny autorstwa m.in. Thomasa Jeffersona, uzasadniający prawo Trzynastu Kolonii brytyjskich w Ameryce Północnej do wolności i niezależności od króla Wielkiej Brytanii, Jerzego III. Ogłoszono ją 4 lipca 1776 w Filadelfii, podczas II Kongresu Kontynentalnego. Autorami Deklaracji Niepodległości, oprócz Jeffersona, byli John Adams i Benjamin Franklin. Sygnatariusze Deklaracji Niepodległości zostali nazwani przez kolonistów Ojcami Założycielami. Deklaracja Niepodległości była pierwszym oficjalnym oświadczeniem na temat tego, czym powinien być rząd. Ponadto, miała ona charakter uniwersalny, była czymś więcej aniżeli prywatnym przesłaniem skierowanym do Wielkiej Brytanii, był to apel do całej ludzkości. Deklaracja głosiła prawo do ustanawiania wszelkich aktów państwowych, wypowiadania wojny i zawierania pokoju przez dawne kolonie angielskie w Ameryce Północnej.
Chociaż święto Dnia Niepodległości nieoficjalnie obchodzono już od 1777 roku, dopiero w 1870 roku Kongres Stanów Zjednoczonych oficjalnie ustanowił czwarty lipca dniem wolnym od pracy bez wynagrodzenia dla urzędników federalnych. W 1931 roku zmieniono prawo, przyznając im wynagrodzenia za dzień wolny od pracy.
W Dzień Niepodległości w Stanach Zjednoczonych odbywają się liczne koncerty, parady i festyny. Tradycją są również przemówienia o tematyce patriotycznej wygłaszane przez polityków i urzędników państwowych. Natomiast po zmierzchu mają miejsce huczne pokazy sztucznych ogni.
4 lipca to obok Święta Dziękczynienia najważniejszy dzień w roku w USA.







No, mam nadzieję, że obrazeczki się podobały :) Mnie przypadł do gustu szczególnie ten ostatni, niezwykle sympatyczny misiu :*

A teraz czas na świętowanie! Dzisiaj mamy dwie okazje do świętowania. Jedną z nich (i najważniejszą) jest oczywiście Dzień Niepodległości, a drugą jest... dwustunocie! Tak, tak, mamy już dwieście notek na blogu. Ta jest właśnie dwusetna. Cieszę się! Cieszę się z tego, że udało mi się prowadzić tego bloga tak długo i wytrwale, bo zawsze, kiedy już wcześniej chciałam pisać, rezygnowałam po zaledwie kilku notkach. Za parę miesięcy przypominało mi się o tym, że prowadzę blog i chciałam go zaktualizować, ale to mi też zwykle nie wychodziło. To jest pierwszy blog, którego udało mi się pisać przez półtora roku regularnie. I mam nadzieję, że dalej tak będzie, że będę regularnie dodawała wpisy. Mam zamiar pisać tego bloga... no, kto wie, jak się uda to nawet do końca życia :) Nie no, o tym nie marzę, na pewno do końca życia nie uda mi się pisać bloga, ale na razie spodobało mi się to tak, że nie widzę końca. Od początku mi się ten pomysł podobał. I entuzjazm nie przechodzi ;D I mam nadzieję (i raczej tak będzie), że mi jeszcze dłuuugo nie przejdzie xD
Przygotowałam na dziś obrazek, który sama zrobiłam w programie graficznym. Oto on:



No cóż, może nie jest to jakieś szczególne dzieło sztuki, ale starałam się i to się liczy :) Z blogiem mam zamiar starać się jeszcze bardziej. To będzie dziennik z mojego życia ^_^ No, czasem będę jeszcze zapisywać tu różne teksty czy obrazki, które udało mi się gdzieś znaleźć i, które mi się podobają. Czasem naprawdę warto zapisać coś takiego, nigdy nie wiadomo, kiedy może się coś przydać. O, do tego od czasu do czasu będę umieszczać informacje na temat różnych świąt i okoliczności, które mają miejsce, co też w pewnym sensie pozwoli wam poznać mnie i moich przyjaciół :-) No, sądzę, że wszystko napisałam, jeżeli chodzi o treści mojego bloga. To opiszę wam teraz przygodę, jaka przydarzyła się ostatnio Diego ;P
Otóż Diego przyszedł do V.I.P.u, ponieważ nie znał ani mojego telefonu, ani adresu zamieszkania, ani nic takiego. Powiedziałam mu, że często tam przychodzę, więc pomyślał, że może mnie tam zastać. Ale jak przyszedł to mnie nie było, za to była Tasha i Quick. Diego przedstawił się i spytał, czy może ja tu jestem. Quick powiedział, że mnie nie ma i zapytał, o co chodzi. Diego odpowiedział Quickowi, że chciałby oddać mi moje klucze, ponieważ zostawiłam je w barze. Widzicie jaki porządny człowiek? Nie wiedział, gdzie jestem, ale postanowił spróbować poszukać mnie w chyba jedynym miejscu, w jakim być mogłam - w V.I.P.ie, po to tylko, żeby zwrócić mi moje klucze. No i, wracając do opowiadania, Quick powiedział, żeby Diego jemu oddał te klucze. Diego jednak wolał oddać je prosto w moje ręce i tak też powiedział Quickowi. Ale Quick uświadomił mu, że jest moim chłopakiem i, że ze mną mieszka, więc Diego oddał jednak klucze Quickowi. W między czasie okazało się, że złoty pierścionek, który u Diega widziałam nie jest obrączką ślubną, lecz - alergiczną. To znaczy przeciwalergiczną. Widzicie? A nie mówiłam, że pozory bywają mylące? ;P Tak naprawdę Diego nie ma żony, ani nawet dziewczyny. Ale nasze spotkanie miało charakter czysto koleżeński, pamiętajcie! [...]
Ale najlepsze było potem :D Diego oczywiście po oddaniu kluczy Quickowi i wytłumaczeniu mu, że ja i Diego jesteśmy tylko kolegami, wyszedł z V.I.P.u i odjechał. Ale za parę minut wrócił. Powiedział, że zostawiłam wtedy w barze jeszcze portfel. Quick już zaczął oczywiście domyślać się, ile ja musiałam wypić wtedy, na tych "tańcach". No dobra, ale to zostawmy na boku. Ja się tylko wytłumaczę i powiem, że wypiłam tylko jednego drinka, i to sama, a z Diegiem koktajl owocowy :) No i Diego oddał portfel Quickowi, podobnie jak klucze. Ale podejrzliwa do granic Tasha musiała zaraz zacząć całe śledztwo w tej sprawie (propo śledztwa: zawiozła klucze do laboratorium w CIA, żeby sprawdzili, czy kluczy nikt, oprócz Diega nie ruszał i czy ktokolwiek nie próbował zrobić odlewu, który mógłby wykorzystać do zrobienia kopii kluczy i włamania się do mojego domu) i zapytała, dlaczego nie odniósł tego portfela poprzednio. Diego odparł, że wcześniej go nie widział, a teraz zobaczył go w samochodzie. Dlatego, że na portfelu były różowe literki kształtujące się w imię "Susan", Diego był pewien, że ten portfel jest mój. Ale Quick wie, jak wygląda mój portfel i, gdy Diego oddał mu go, stwierdził, że ten portfel wcale mój nie jest. Diego w takim razie poczuł się trochę zakłopotany. Tasha powiedziała, że portfel również weźmie ze sobą do CIA i szybko ustali, do kogo należy. Więc Diego chciał już wyjść, chociaż nadal zastanawiał się, skąd portfel jakiejś "Susan" znalazł się u niego w samochodzie. Tasha prowadziła swoje "mini-śledztwo", więc zanim Diego wyszedł wypytała go jeszcze dokładnie o sprawę tajemniczego portfela. Okazało się, że Diego zobaczył go dopiero po tym, jak odjechał po odniesieniu moich kluczy. Przyznał, że wcześniej tego portfela tam nie było. Jaki wyniknął z tego wniosek? Otóż taki, że, zgodnie z tym, co po "mini-przesłuchaniu" przewidywała Tasha, Diego po odniesieniu kluczy Quickowi wsiadł do CUDZEGO samochodu. I to się okazała prawda. Diego przyznał, że obok samochodu, do którego wsiadł stał drugi, taki sam samochód. I okazało się, że Diego wsiadł do samochodu bardzo niemiłej i niesympatycznej blondynki Susan, która swój samochód zostawiła otwarty. Potem nawet o mało co ochrona tej Susan nie pobiła się z V.I.P.ami, ponieważ przyszła do V.I.P.u, sądząc, że oni zwinęli jej auto, ponieważ obok nich zaparkowała. Nawet dziennikarze przyszli to wszystko obejrzeć. Ale wszyscy wiemy, że wina była po stronie blondynki, która nie zamknęła swojego samochodu. W końcu Diego (który przyszedł później) pokazał Susan, gdzie schował jej samochód, bo schował go, żeby nikt go nie ukradł. I przeprosił za to, że pomylił samochody. Ona tylko dała mu w policzek z drwiącym komentarzem: "Nic nie szkodzi!". I na tym się skończyło. A tyle zrobiła zamieszania! Wezwała dwudziestu swoich ochroniarzy, dziennikarzy i próbowała wywołać wielką aferę. A skończyło się na policzku. Diego mówił, że nie bolało :)
Co za przygoda.. pomylić samochody... ech ;) Trzeba mieć szczęście, naprawdę, do takich wyczynów. Ale najważniejsze, że znowu mamy HAPPY END!!! :)

Susan |2009-07-04| |13:35:24|
skomentuj (1)




Coś o Sowie, Diego, Oliwce, Quicku i Edwardzie :)

Hejcia! Dzisiaj zrobię trochę na odwrót. Chodzi mi o to, że zwykle najpierw piszę notkę, a dopiero później ją tytułuję, ale tym razem najpierw wpisałam temat, a teraz będę nocię do tego tematu dostosowywać. W ten sposób raczej o niczym nie zapomnę ;D No cóż, to zaczynamy od pierwszej osoby :)
Mam nadzieję, że wszystko w poprzedniej notce napisałam jasno. Gary W. jest w więzieniu i będzie odpowiadał za próbę morderstwa, napad na agenta federalnego itd., oprócz tych dwóch oskarżeń nie znam treści żadnych innych, ale wiem, że jeszcze co najmniej o jedno lub dwa przestępstwa zostanie oskarżony. Trochę mi nawet go szkoda, tego Gary'ego. Najpierw stracił żonę, potem nerwy, teraz, przez to też wolność, a możliwe, że i majątek również straci. Poza nim i jego żoną, Caroline nikt nie mieszkał w wielkim domu. No, jeszcze służba. Ale nie będzie im miał kto płacić, a poza tym to po co mają jeszcze tam być, na terenie posiadłości kogoś, kto (prawdopodobnie) już nigdy nie ujrzy świata zza krat. A jak odejdze służba, co jest chyba nieuniknione, chociaż nie wiem, bo nie znam się na tych sprawach, to cztery samochody szybko znikną z garażu. No cóż, nie wiem, co z tym wszystkim będzie. Możliwe jest to, że Gary lub Caroline mieli jakiegoś krewnego, który mógłby przejąć majątek, opiekować się domem, płacić służbie itd. To całkiem możliwe. Cieszyłabym się, gdyby tak było. Bardzo bym się cieszyła. W gruncie rzeczy to Gary W. wcale nie jest złym człowiekiem. Tylko nerwy i ból nim kierowały. Ale on jest dobry. Gdybym miała zeznawać w sądzie jako świadek, z pewnością ujęłabym się za nim. A jego żona! Cudowna kobieta! Taka dobra, uśmiechnięta. Podobno zawsze spieszyła z pomocą potrzebującym. Wnosiła uśmiech, dobro i całe swoje serce w życie Gary'ego. Nie dziwię się wcale, że Gary załamał się całkowicie po jej stracie. Może uda mu się wykupić z więzienia? To znaczy na pewno trochę sobie posiedzi, ale mam nadzieję, że jednak nie będzie to długi okres czasu, mimo wszystko. Mam nadzieję też, że Gary jakoś się pozbiera i z czasem uda mu się, nie tylko wyjść z więzienia, ale też rozpocząć nowe, szczęśliwe życie. Wielu ludzi po pobycie w więzieniu się odmienia. A on wcale nie musi się zmieniać. Bo przecież to dobry człowiek. Oj, muszę porozmawiać z Tashą, co da się zrobić w jego sprawie. Może ona coś zdziała, w końcu jest szefową CIA, ma dość duże wpływy, delikatnie mówiąc. Naprawdę nigdy nie słyszałam złej opinii o Garym, a już tym bardziej o jego żonie. To wspaniali ludzie! Ale, chyba się zapędziłam... teraz miałam mówić o Sowie, nie o Garym W. :D Ale szkoda mi go, naprawdę. Pogadam z Tashą.
O.K., co do Sowy to mam do powiedzenia tyle, że, jak mówiłam ostatnio, przyjęto go do FBI. Niestety już podczas pierwszej interwencji, która polegała na zepsuciu auta Gary'ego, a potem, dzięki temu, dowiedzenia się czegoś w sprawie brutalnego (i niedorzecznego) morderstwa Caroline, Sowa został ranny. Mógł zginąć, ale dzięki temu, że, trzaba przyznać, sam się uratował, został postrzelony w nogę. Teraz leży w szpitalu. Ja, Elle, Jacob, Val, Max, Kay, Ted, Jane i nawet Ackley, który właściwie nie zna Sowy za dobrze, bo mieli ze sobą do czynienia właściwie tylko podczas konkursu psychologicznego, odwiedzamy Sowę w szpitalu, przynosimy mu różne smakołyki, rozmawiamy, pocieszamy. Chociaż to ostatnie nie jest mu raczej potrzebne, bo czuje się dobrze i ma bardzo dobry humor. Trochę tylko zepsuła mu go wieść, że CIA dość dużo czasu przed FBI wiedziało, że to seryjny morderca Cooper zabił Caroline W., czego przecież Sowa chciał się dowiedzieć i przez co leży teraz w szpitalu. Ale za to dzięki temu Jacob żyje i jest cały i zdrowy. Więc mamy happy end! Rana Sowy nie jest poważna, za kilka tygodni z powrotem będzie mógł biegać, walczyć, pływać, skakać, ile mu się podoba, zupełnie tak jak przed postrzałem. Wszyściuteńko wróci do normy, jeżeli tylko będzie słuchał zaleceń lekarzy xP
Teraz może o Oliwce. Trochę to nie po kolei, patrząc na temat, ale to nieważne xD Oliwka zdobyła serca wszystkich. No, może za wyjątkiem Tashy, która w ogóle nie cierpi dzieci. Chociaż widzę, że zaczyna się do Oliwki przekonywać. Może ją lubi, tylko tego nie pokazuje? W sumie to Tasha w ogóle nie jest zbyt chętna do okazywania uczuć. Więc mam wrażenie, że Tasha z czasem polubi Oliwkę. No i zastrzeżenie mam również do Quicka. Ale nie chodzi tu tym razem o Oliwkę, ale o Jeffa. Quick uważa, że Jeff jest nadopiekuńczy. Nic bym na to nie mówiła, gdyby Quick nie wyrażał swoich myśli w sposób tak.. wylewny. Quick prosto w oczy mówi Jeffowi, że jest nadopiekuńczy i, że jakąś tam rzecz powinien zmienić w wychowaniu córki, a w dodatku (Quick) spotyka się przy tym z poparciem Tashy. Moim zdaniem Jeff nie jest wcale nadopiekuńczy, tylko po prostu opiekuńczy i troskliwy. A nawet jeżeli trochę za bardzo martwiłby się o córeczkę, to Quick tak naprawdę nie powinien mu tego w tak dobitny sposób uświadamiać. A poza tym to Quick jeszcze nigdy nie miał dziecka i nawet nie wiem, czy chociaż przez tydzień jakimkolwiek dzieckiem kiedykolwiek się opiekował, więc co on może wiedzieć na temat wychowania, dzieci i ojcostwa? W żadnym wypadku Quick nie powinien się w ogóle w tych sprawach wypowiadać. To znaczy chodzi mi tylko o uwagi w kierunku Jeffrey'a. Quick mógłby delikatnie dać Jeffowi do zrozumienia, że chyba "powinien trochę bardziej zaufać córce i pozwolić jej na coś więcej", oczywiście jeżeli Jeff faktycznie byłby nadopiekuńczy, a nie jest i w tym problem. Quick już nie raz, nie dwa, mówił Jeffrey'owi, że "przesadza". Na szczęście Jeff nie przejmuje się tym wszystkim. No, właściwie to nie jest żaden problem, tylko sami przyznajcie, że Quick nie ma w takich sprawach ŻADNEGO doświadczenia, dlaczego więc chce jeszcze uczyć innych lub, tym bardziej, mówić im, że coś robią nie tak. Sam przecież tak naprawdę nie wie, co jest najlepsze dla dziecka. Gdyby Quick miał dobrze wychowane dziecko, to mógłby pouczać, czy raczej doradzać innym ojcom coś-nie-coś o wychowaniu. Ale GDYBY. A, że owy warunek GDYBY nie jest spełniony to Quick powinien raczej ugryźć się w język zanim powie coś takiego, co powiedział. No ale cóż, stało się i już się nie odstanie :)
Jak już jesteśmy przy Quicku, to muszę się jeszcze trochę wyżalić, szczerze mówiąc. Jejku, jak on dawno nie zaprosił mnie na kolację! Czy do teatru! No, w sumie Quick nie lubi teatru, więc... chociaż do kina! No nigdzie mnie ostatnio nie zaprasza. Jak niedawno delikatnie chciałam o tym z nim porozmawiać, to skończyło się na wniosku, że właściwie Quick nigdy mnie często nigdzie nie zapraszał. Więc "dlaczego miałby to robić teraz"? A no, choćby dlatego, że "niepielęgnowana miłość usycha"! O miłość trzeba dbać, tak samo jak o osobę, którą się kocha. Nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio dostałam kwiaty! Może na imieniny. Ale kiedy to było? No, przyznaję, czuję się lekko zaniedbana, w sensie miłosnym, oczywiście. Ale po naszej ostatniej rozmowie w tej sprawie stwierdziłam, że ani kwiatów ani żadnych zaproszeń mogę się nie spodziewać. Quickowi chyba pasuje rola "zajętego kawalera". Wiecie, chodzi mi o to, że jesteśmy parą, ale większych objawów tej miłości nie dostrzegam, no, oprócz pocałunków i takich rzeczy.. ale to są tak jakby obustronne korzyści. A żebym ja miała radość z bukietu pięknych kwiatów od czasu do czasu z takiej okazji, że "nie ma okazji" to już chyba za duży wysiłek. Nie, no, nie chciałabym tutaj Quicka oczerniać, czy coś, w żadnym wypadku, bo widzę, że moja wypowiedź zabrzmiała dość ostro, ale chyba należy mi się czasem coś od mojego mężczyzny? Przecież kwiaty to właściwie tak niewiele, a mogą sprawić tyle radości... niewiele w sensie, że naprawdę niewiele trzeba, żeby je zdobyć, a dają tak wiele! Ale Quick chyba o tym nie myśli. No cóż, nie ma co się żalić, może spróbuję z nim jeszcze raz porozmawiać... uważam, że o wszystkim należy rozmawiać, jeżeli da się coś rozmową wskórać, bo w sprawach Val, na przykład, nie da się rozmową wywalczyć nic, prócz niepotrzebnych nerwów i przekonania się kolejny raz, jaki Quick jest uparty. Ale to w końcu mężczyzna, trzeba mu to wybaczyć xD
Teraz parę słów o "nowych bohaterach" xD Na razie może Edward, aktor, jeżeli go ktoś nie zna. Nie ujawniam nazwiska, żeby nie było, że przeze mnie coś mu się stanie. Otóż jutro podpisuje on kontrakt z V.I.P.em i Magnatem, bo, mam nadzieję, że pamiętacie o "spółce międzyochronnej"; tak ją sobie nazwałam, dla wyjaśnienia ;P Poznałam już Eda, jest baaardzo miły i romantyczny.. często mówi komplementy. Ale takie szczere, bo to w ogóle jest szczery, dobry i uśmiechnięty człowiek. I ma milutkie poczucie humoru :D W ogóle jest sympatyczny. I przystojny ;) Ale mi nie wypada tak mówić, ja już mam swojego mężczyznę ^_^ Tylko wam trochę opisuję Edwarda, bo lubię się dzielić wszystkim i ze wszystkimi :) No dobra, widziałam się z nim raz, więc za wiele nie mogę na razie wam o nim powiedzieć. O, wiem jeszcze tyle, bo widziałam, że ma cały stos listów z pogróżkami. Dosłownie stos! I podobno każdy list jest identyczny, zawsze to samo i tak samo jest w nim napisane. I za każdym razem, kiedy Edward znajduje list, znajduje go w tym samym miejscu. Tyle wiem. To i tak dużo, biorąc pod uwagę, że tylko raz się z nim widziałam... ;D
Teraz kilka słów o Diego.. kilka dni temu poszłam sobie do baru, żeby potańczyć, bo miałam jednak ochotę na taniec, mimo całkiem "spapranego" konkursu. To dziwne, nie uważacie? Wiem przecież, że taniec zupełnie mi nie wychodzi. Ale w sumie to nie był żaden układ, ja sobie tak tylko poszłam poszaleć, bez żadnego stylu i stresu, co najważniejsze :) I tak sądzę, że w tańcu nie wyglądam dobrze, ale miałam ochotę się zabawić. No i się zabawiłam. I właśnie zaprosił mnie do tańca taki jeden mężczyzna.. podszedł do mnie, tak po prostu, chociaż nigdy wcześniej nie widzieliśmy się na oczy i zapytał, jak prawdziwy dżentelmen, czy "można mnie prosić do tańca"? No cóż, zgodziłam się, w końcu to tylko jeden taniec. Potem postawił mi drinka. Nieźle się razem bawiliśmy. Pogadaliśmy sobie pry drinku i było bardzo miło. Wieczorem, jak było już ciemno, odprowadził mnie do samochodu, bo zaparkowałam spory kawałek od baru, wstępując wcześniej do sklepu po baterie, bo mi dwa zegarki w domu przestały chodzić xD No więc ten miły mężczyzna to Diego, jest Hiszpanem. Ale bardzo dobrze mówi po angielsku, ponieważ mieszka w Stanach Zjednoczonych już od siedmiu lat. Ma czarne włosy, jest wysoki, opalony (albo ma troszeczkę ciemniejszą karnację, któż to może wiedzieć?), jest w ogóle przystojny. Jest szczery, uśmiechnięty, miły, uprzejmy, serdeczny, otwarty. Mam do niego więcej przekonania niż do Edwarda, muszę przyznać ;) A, nie myślcie sobie, że to była randka, bo, po pierwsze widzieliśmy się z Diego pierwszy raz, a po drugie nasze spotkanie miało charakter czysto koleżeński, czy może "koleżeńsko-poznawczy". Widziałam obrączkę na jego palcu, to po trzecie :) A poza tym w życiu nie zdradziłabym Quicka! Ja po prostu zawieram nowe znajomości. Poza tym, co ja się przejmuję, Tasha zna tylu mężczyzn, z którymi na co dzień spotyka się w pracy, albo np. na koszykówce i też są dla niej mili, a są tylko kolegami. TYLKO, podkreślam. Nawet o przyjaźni tu nie ma mowy, a co dopiero o bliższej poufałości.. to tylko koledzy. Właściwie od dawna. I jakoś Tedowi nie przeszkadza, że Tasha, chcąc-nie chcąc, w CIA spotyka wielu mężczyzn. No to nie jest dziwne też to, że w barze spotkałam jednego miłego mężczyznę, prawda? On jest prawdziwym dżentelmenem, ale z poczuciem humoru. Jest takim "wyluzowanym dżentelmenem". No cóż, po prostu jest fajny :) Powiedziałam mu, jak zeszło na temat sławnych ludzi (temat ten zaczął się od Michaela Jacksona, którego oboje bardzo szanowaliśmy i uważaliśmy za króla pop-u), m.in. o tym, że znam V.I.P.y i, że dość często do nich przychodzę, bo ja ich lubię i oni lubią mnie. Bardzo się ucieszył na wspomnienie o V.I.P.ach, bo zna ich z różnych mediów (nie ma się co dziwić xD) i sam chciałby ich poznać. Może mu się to kiedyś uda =) Ale ani ja, ani on, nie pomyśleliśmy o tym, żeby wymienić się numerami telefonów, e-mailem, czy jakąkolwiek inną możliwością komunikacji. No ale nieważne, spędziliśmy miło wieczór i na pewno oboje będziemy go z radością wspominać ^_^
Teraz tylko przypomnę, że zbliża się "4th July", tj. Czwarty Lipca czyli bardzo ważny dzień dla Amerykanów - Święto Niepodległości. Na ten dzień jest organizowane wiele różnych atrakcji, ale chyba najważniejszą z nich jest parada, odbywająca się we wszystkich, przynajmniej tych większych, miastach. Oczywiście u nas również jest taka parada organizowana, a ja, rzecz jasna, się na nią wybieram. Dlatego w następnej notce, którą zamierzam napisać właśnie 4 lipca, postaram się umieścić na blogu trochę informacji na temat tego ważnego święta, żeby przybliżyć wam trochę naszą kulturę :)
O.K., ale co w następnej notce, to dopiero za trzy dni, a teraz wypada już kończyć. W takim razie: do następnej notki! :)


Susan |2009-07-01| |23:36:30|
skomentuj (0)




Ratunek... =)

Witam ponownie! Wiem już sporo o sprawie z Elle. No i muszę przeprosić za to, co powiedziałam, czy raczej... napisałam. CIA wcale się nie pomyliło. Oni tylko chcieli, żeby tak to wyglądało i udało im się to. No, chyba lepiej opowiem po kolei, co i jak, bo pewnie nie wiecie, o co chodzi. Sama zresztą długo nie wiedziałam, co jest grane xD
Więc tak: Parę dni temu (chyba w środę) do warsztatu Jacoba (Jacob od dość długiego czasu pracuje w warsztacie samochodowym jako mechanik) przyjechał bogaty i dość znany w Los Angeles człowiek - Gary W. Poprosił Jacoba o naprawienie drobnej usterki w samochodzie swojej żony. Wyjaśnił, że przyjechał do Jacoba, ponieważ jego warsztat jest zamknięty z powodu remontu, a słyszał o firmie Jacoba wiele dobrego. No to zostawił samochód i powiedział, że przyjedzie po niego później. Wziął taksówkę i poszedł do pracy. Jacob naprawił samochód żony Gary'ego. Gary wieczorem przyszedł po auto z powrotem, zapłacił i obiecał, że, jeżeli wszystko będzie w porządku to chyba zacznie korzystać z usług Jacoba, bo jego poprzedni warsztat dość często robił mu takie niespodzianki, jak dziś. Gary był bardzo miły :) Gdzieś o 19.00 Jacob przyjechał do domu, gdzie czekała na niego Elle z kolacją, jak zwykle. Poza tym w gości przyszedł do nich Sowa. Sowa lubi Elle i Jacoba, a szczególnie zakolegowali się oni dzięki naszemu przedstawieniu na konkurs psychologiczny. Podczas przygotowań bardzo dobrze się bawili xP No i Jacob opowiedział Elle i Sowie o (wtedy) dzisiejszym, bardzo miłym kliencie. Elle nie mogła wprost uwierzyć, że do warsztatu Jacoba przychodzą tacy bogaci ludzie. Podobno Gary W. i jego żona mają wielki dom z równie dużym i pięknym ogrodem, cztery samochody, no i oczywiście służbę, która dba o całą posiadłość. Wszyscy cieszyli się, że firma, w której pracuje Jacob wreszcie się rozkręca. Wreszcie Jacob znalazł dobrą pracę! :)
Ale w czwartek rano Jacob został postrzelony, kiedy był w pracy.
Tego samego dnia agenci CIA zabrali Elle na przesłuchanie i objęli ją programem ochrony świadków, ponieważ byli przekonani, że Elle, jeżeli nawet nie widziała tego zdarzenia, to coś musi o nim wiedzieć. Poza tym, skoro Jacob został postrzelony to niewykluczona była także próba zabicia Elle w najbliższym czasie. W trakcie przesłuchania okazało się, że postrzelonym mężczyzną nie jest Jacob, lecz Sowa. Pewien agent zauważył coś podejrzanego na szyi ofiary i okazało się, że to maska lateksowa, pod którą ukrywał się Sowa. Agenci CIA powiedzieli w takim razie Elle, że to wszystko pomyłka i, że może jechać, ponieważ sprawa nie dotyczy wcale Jacoba. No to Elle przyjechała do mnie i powiedziała mi, że to pomyłka, o czym wam pisałam w ostatniej notce. Ale Elle nadal była objęta programem ochrony, chociaż nie zdawała sobie sprawy z tego, że jest obserwowana i pilnowana przez CIA. Wywiad nie przestał jej chronić, ponieważ, mimo to, że ofiarą postrzału nie był sam Jacob, to najwyraźniej mechanik miał nią być. Ale agencja postarała się wystarczająco, żeby ochrona Elle nie dała się w żaden sposób zauważyć, dzięki czemu zyskali możliwość złapania przestępców na gorącym uczynku. Oczywiście takie akcje są zawsze bardzo ryzykowne, ale szefowa agencji wywiadu postanowiła zaufać w siły i umiejętności swoich ludzi, jak zawsze. Nigdy się jeszcze zresztą na nich nie zawiodła.
Później okazało się, że Jacoba postrzelił Gary W. Dla wyjaśnienia powiem, że (nie wiem jak) Sowa od czwartku "zamienił się z Jacobem". Wiecie, chodzi mi o to, że Sowa przebrał się za Jacoba i zastępował go w jego warsztacie. Dlaczego? Ponieważ chciał dowiedzieć się czegoś o Garym, podejrzewając go o zabicie swojej żony. Otóż okazało się, że od paru dni Sowa jest agentem FBI. FBI zajmowało się sprawą morderstwa Caroline W., żony Gary'ego. Ktoś podłożył bombę w jej samochodzie i, kiedy w czwartek, mniej więcej o 6.00 rano wsiadła do samochodu, żeby pojechać do pracy, auto wybuchło na oczach jej męża. FBI nie wiedziało jeszcze nic o sprawie Caroline i chciało ją rozwiązać. Dlatego Sowa zastąpił Jacoba w warsztacie, po uprzednim zepsuciu czegoś w samochodzie Gary'ego. Sowa chciał, żeby Gary przyszedł do warsztatu Jacoba, żeby naprawić samochód, bo wtedy miałby doskonałą okazję dowiedzieć się czegoś w związku ze śmiercią jego żony. Gary podejrzewał tymczasem, że to Jacob podłożył bombę w samochodzie jego żony, poniewać tylko on wcześniej miał kontakt z jej samochodem. Kiedy okazało się, że jego samochód jest zepsuty (przez Sowę) wziął broń i pojechał do warsztatu Jacoba pod pretekstem naprawy auta. Sprawy nie potoczyły się po myśli Sowy. Kiedy Gary zobaczył twarz Jacoba i przypomniał sobie, że to on jest mordercą jego żony, wpadł w szał. Próbował zabić Jacoba, lecz, dlatego, że był to nie Jacob, a przeszkolony w takich sprawach Sowa, Gary'emu udało się tylko postrzelić Sowę w nogę. Wtedy włączył się alarm, a w dali widać już było nadjeżdżające ciemne samochody. Gary przestraszył się, że to FBI i uciekł. Ale postanowił zemstę. Właśnie po tym wydarzeniu Elle została wzięta do CIA na przesłuchanie, podczas którego, agent CIA zobaczył maskę lateksową i, jak mówiłam, okazało się, że był to Sowa, przebrany za Jacoba.
Następnego dnia, tj. w piątek, kiedy Elle wracała z pracy do domu i szła już chodnikiem w kierunku swojego bloku... rozległ się strzał. Elle przestraszyła się i obróciła, żeby zobaczyć, co się dzieje. A tu już agenci CIA, z Tashą na czele, obezwładniali Gary'ego W. Kawałek dalej leżał jego pistolet. Okazało się, że to Tasha postrzeliła Gary'ego z ukrycia, ratując tym samym życie Elle, do której Gary W. chciał strzelić. Ułamek sekundy ją uratował. Tak samo jak kiedyś mnie :) A, dla wyjaśnienia: Gary W. chciał zemścić się na Jacobie, zabijając Elle, bo myślał, że to Jacob zabił jego żonę. Dzień później, tj. w sobotę okazało się, że to wszystko zbieg okoliczności, a żonę Gary'ego, Caroline W., zamordował, poszukiwany przez FBI seryjny morderca o pseudonimie Cooper. Tak się akurat nieszczęśliwie zdarzyło, że Cooper podłożył bombę w nocy ze środy na czwartek. Kiedy Caroline W. usiadła w swoim aucie zdetonowała ładunek, który wybuchł, nie pozostawiając jej szans na przeżycie. Dlatego, że Cooper podłożył bombę akurat po wizycie auta w warsztacie Jacoba, Gary pomyślał, że to Jacob jest temu winny. To bardzo dobry przykład na to, że pozory mylą i nie należy się nimi kierować, bo może wtedy dojść do prawdziwego nieszczęścia.
No, także, jak widzicie CIA żadnej pomyłki nie popełniło. Ryzykowna akcja przyłapania ewentualnego mordercy Elle zakończyła się brawurowym sukcesem. Dziękuję, że Tasha jest szefową CIA! Z nią czuję się o wiele bezpieczniej. Ona ratuje tylu ludzi... i o wiele poprawiła organizację CIA w LA. I wszyscy agenci też są szczęśliwsi, bo poprzedni szef był okropny, nie dość, że cały czas siedział tylko w swoim biurze i popijał kawkę, to w dodatku czepiał się wszystkich bez przerwy i mało zajmował się tym, co trzeba. CIA było za jego czasów bardzo źle zorganizowane, mało wydajne i efektowne, a jego pracownicy - niezadowoleni. Tasha wniosła do kalifornijskiego wywiadu bardzo wiele: od wspaniałej i doskonałej organizacji, przez nowy regulamin, uporządkowaną bazę danych, nowe struktury działania, rozbudowanie i rozszerzenie bazy CIA i zwiększenie wydajności do całkowitego zadowolenia pracowników, i z szefowej i ze swojej pracy, dzięki czemu szczęśliwie osiągają oni wspólnie wielkie rzeczy - nie tylko poprawne raporty, jak właściwie było za poprzedniego szefa - ale także życie ludzi i wiele, wiele więcej. I agenci CIA lubią teraz swoją pracę. Wiadomo, jak praca to praca - Tasha jest bardzo konsekwentna, wymagająca i odpowiedzialna, ale często umila swoim ludziom dzień zabawnymi pomysłami, od czasu do czasu organizuje świetne imprezy, na której agenci mogą odprężyć się i zrelaksować, itd. Tasha na bieżąco kontroluje wszystko, co dzieje się w CIA, nie dopuszcza do niesubordynacji, wymaga posłuszeństwa (ale potrafi też wysłuchać innych i uwzględnić także ich zdanie), odpowiedzialności, porządku. Ale nie tylko od swoich pracowników, bo od siebie tak samo, a właściwie to nawet i więcej. Jest świetnym szefem. Zawsze jest o wszystkim dobrze poinformowana, kontroluje wszystko i wszystkich, pilnuje porządku i angażuje się. Ale nie zapomina o tym, żeby czasem oderwać wszystkich na chwilę od pracy i sprawić im trochę radości. Nigdy jeszcze nie odniosła porażki. Każda jej akcja, jaką przeprowadza, jest tak dobrze zorganizowana, że nawet jakieś nieprzewidziane okoliczności, które przecież często się pojawiają, nie powodują ani utraty kontroli nad tym, co się dzieje, ani tzw. "załamania" akcji. A dlaczego? Oczywiście m.in. dlatego, że Tasha jest świetnym agentem i doskonale kieruje przebiegiem akcji, ale głównie dlatego, że działa razem ze swoimi agentami. Współpraca, to, że oni działają razem i nawzajem się uzupełniają, czy dopełniają, to najbardziej przyczynia się do sukcesu. Poprzedni szef w ogóle nie był zgrany ze swoim zespołem, a wręcz był jego wrogiem. Dlatego, moim zdaniem, Tasha osiąga takie sukcesy, jakich poprzedniemu szefowi nigdy nie udało się osiągnąć. Właśnie dzięki współpracy :)
Na podsumowanie: Tasha jest moim zdaniem idealnym przykładem agenta i szefa, godnym naśladowania, który osiąga wiele, a w przyszłości z pewnością osiągnie jeszcze więcej. W końcu nie bez powodu dostała awans ;) Ufam jej bardzo i tak samo wierzę w jej zespół. Tak, właśnie, zapomniałam dodać, że ona bardzo wierzy w swoją grupę. To jej też dużo daje, a właściwie to im wszystkim. Cieszę się, że nad moim bezpieczeństwem czuwają tacy wspaniali ludzie :)
No, to tyle na dziś. Mam nadzieję, że wszystko jest zrozumiałe, bo wiem, że dzisiejsza notka była bardzo skomplikowana, ale to przez to, że ostatnie wydarzenia były bardzo skomplikowane xD Serdecznie pozdrawiam całą agencję wywiadu w Los Angeles, a w szczególności jej wspaniałą szefową, Tashę, która nie siedzi za biurkiem z kubkiem gorącej kawy, ale działa i spieszy na ratunek mieszkańcom, wraz ze swoim zespołem. Dziękuję, że mogę na was liczyć! ;D

Susan |2009-06-28| |17:09:45|
skomentuj (0)




O różnych środkach transportu i pomyłce CIA ;)

Cześć! To jest właśnie 197 notka na moim blogu. A ja nadal nie wiem, co by tu przygotować na dwustunocie. Żadnych pomysłów od was nie dostałam... ale może poradzę się Val, Max, Kay albo Quicka... albo Teda, on ma zawsze świetne pomysły. Albo Tashę, bo ona ma ogromną wyobraźnię, nie wiem tylko skąd, bo, oprócz kryminałów i książek obcojęzycznych (które oczywiście doskonale rozumie, znając sześć języków), głównie dotyczących wywiadu, Osamy bin Ladena i innych terrorystów, Al-Kaidy albo jakichś tam historii arabskich, irańskich i nie wiadomo jakich jeszcze, to wcale nie czyta. No cóż, każdy ma inne hobby. Trzeba się cieszyć, że w ogóle coś czyta. Szkoda tylko, że nie poznaje literatury amerykańskiej, angielskiej, bo ta chyba jest najładniejsza, lub meksykańskiej. Quick bardzo lubi książki fantastyczne i hiszpańskie. Ja uwielbiam romanse, no, bardziej komedie romantyczne, chociaż takie poważne romanse też, no i oczywiście psychologiczne książki. Albo takie piękne, opowiadające o ważnych wartościach, takich jak przyjaźń, miłość, pomoc, poświęcenie, przekazujących jakiś morał. O, tak, uwielbiam książki z mądrym morałem. Z takich najwięcej się korzysta :P Najmniej lubię coś typu horror, kryminał.. albo dreszczowce, thrillery albo mroczne przygodówki dla młodzieży, bo te zwykłe nie są mądre i nie dają właściwie nic, oprócz nocnych koszmarów. Lubię czytać też różnego rodzaju poradniki, magazyny, gazetki. Albo książki popularno-naukowe, takie też są ciekawe. No cóż, fajne przygodówki też lubię, ale nie o wampirach, tylko np. o czarach. Muszę przyznać, że moje "książkowe-menu" jest dość bogate. Chociaż nie równam się z Tedem. Ted może czytać wszystko. Każda książka według niego jest dobra, tylko to, czy się większości ludziom podoba, czy nie, to zależy według niego od gustu i upodobań. On może czytać wszystko. Połyka książki z wielkim zainteresowaniem, choćby dla całego otoczenia była ona okropnie nudna. Podziwiam go za to. Nie tylko za to. On w ogóle wszystko lubi, na wszystko zawsze ma ochotę, jest radosny, pełny energii, ciekawy świata, ale w tym wszystkim rozsądny. Podziwiam go. Nie tak jak Quick:
"Ktoś: Zagramy w szachy?
Quick: Nie chce mi się myśleć.
Ktoś: A może pogramy w siatkówkę?
Quick: Nie... dopiero deszcz padał, wszystko jest mokre...
Ktoś: No to może w karty.. ?
Quick: Eee.. jakoś nie mam ochoty.."
Taka jest najczęściej z Quickiem rozmowa. Tym "kimś" jest najczęściej Tasha, bo ona podobnie jak Ted zawsze na wszystko ma ochotę, a już w szczególności jeżeli chodzi o sport i ruch fizyczny. Jakby ją ktoś zapytał, czy poleciałaby z nim na księżyc, bo akurat ma wolne miejsce w rakiecie, to pewnie najpierw spytałaby się patrząc na tego kogoś, jak na skończonego głupka: "I ty się jeszcze głupio pytasz?", a potem dodałaby z największym entuzjazmem: "Żartujesz sobie?! Jasne, że lecę!". No cóż, ja bym odpowiedziała po pierwsze, że coś takiego jest niemożliwe, a po drugie, nawet gdybym żyła te dwa wieki później i lot na księżyc rakietą stałby się weekendową rozrywką, z pewnością odrzekłabym: "Nieee... boję się!". No cóż, każdy jest inny, Tasha niczego się nie boi. Za to ja, która nawet jeszcze nie byłam za granicą swojego kraju, a zaledwie kilka razy odwiedziłam inny stan i to z oporem, boję się wszystkiego. To znaczy nie bierzcie tego aż tak dosłownie. Ale lot samolotem to dla mnie żadna frajda, dlatego, jak lecę to przez całą drogę bije mi mocno serce (na szczęście latanie zdarza mi się sporadycznie) albo biorę środki na sen, żeby przespać spokojnie całą drogę. Dla Tashy samolot nie jest niczym nowym, ona często lata, a przynajmniej latała, bo odwiedziła tyle krajów, że to się po prostu w głowie nie mieści, a jest przecież kilka lat młodsza ode mnie. Nadal lata dużo, tylko troszkę mniej niż kiedyś. Ja wam o wszystkim po prostu nie piszę :D Ona się w samolocie nudzi, dla niej to jest żmudne i nie ma co ze sobą zrobić. Dlatego podróż nieraz jej się okropnie dłuży. Jak ja leciałam do Nowego Yorku to mi się też podróż strasznie dłużyła, ale dlatego, że się bałam, a nie dlatego, że się nudziłam. I jeszcze to dziwaczne uczucie po dotarciu na miejsce.. i złe samopoczucie przez co najmniej dwa dni. A ona w momencie przyjazdu, po jak najszybszym odłożeniu bagaży do hotelu i sprawdzeniu, czy ktoś nie ma ochoty jej potowarzyszyć,od razu leci biegać, bo "dosyć się w samolocie nasiedziała i nanudziła przez kilka godzin" albo od razu pędzi zwiedzać miasto. No cóż, raczej nie znajduje chętnych do biegania, bo każdy z reguły jest zmęczony i nie najlepiej się czuje. Jeszcze Ted, bo on też częściej lata samolotem, najczęściej chodzi z nią, ale to jej jedyny towarzysz. No, trzeba też przyznać, że najulubieńszy z możliwych xD A Ted to częściej lata, bo przynajmniej dwa razy w roku odwiedza rodziców w Nowym Yorku. Częściej się za bardzo nie da, tylko tak właśnie 2-5 razy w roku. Zależy jak się święta ułożą, co się w ten czas robi, zależy jak się planuje urlop itp. Ale przynajmniej te dwa razy się widzą :)
Aaa, no dobra, trochę się rozpisałam. A tak właściwie o niczym konkretnym. Trochę o książkach, trochę o podróżowaniu samolotem. Zupełnie nie miałam zamiaru o tym pisać, bo zwyczajnie na to nie wpadłam! A tu proszę, jak się rozkręciłam... to, skoro już przy tym jesteśmy to ciągnę dalej :) Co mi szkodzi? Całkiem ciekawy temat w sumie. I taki... inny niż zwykle xD
No cóż, ja wolę zdecydowanie pociąg niż samolot. Zwykle też, póki moi rodzice nie przeprowadzili się tu z Las Vegas, odwiedzałam ich gdzieś raz na dwa tygodnie, góra raz na miesiąc, właśnie w Las Vegas i dojeżdżałam tam, rzecz jasna, pociągiem. Do niego jestem przyzwyczajona i całkiem go lubię. Jest szybko, bezpiecznie, dość tanio. I można pochodzić i rozprostować kości i pooglądać spokojnie co dzieje się za oknem i poczytać. A nawet, na upartego, można pracować na komputerze, jeżeli tylko oczywiście ma się ze sobą laptopa. Pamiętam takiego jednego faceta, nieraz go widziałam, jak jeździłam do rodziców - zawsze był zajęty pracą na komputerze. Mimo to, że był bardzo pochłonięty pracą, zdawał się wiedzieć, co się wokół dzieje. Jak z kimś rozmawiał to był bardzo serdeczny i miły. Pozostawił po sobie sympatyczne wspomnienia, przynajmniej u mnie :D Ale wracając do środków transportu, a właściwie do pociągu to wydaje mi się on najbezpieczniejszym środkiem transportu. Pomimo tego, że ludzie na ogół sądzą, że to samolot jest najbezpieczniejszy. Ostatnio dość często słychać o rozbiciach samolotów lub np. o tym, że Airbus musiał awaryjnie lądować, ale na szczęście nikomu nic się nie stało. No niby tak, ale o wypadku pociągu jakoś rzadziej słychać. W każdym razie samoloty do mnie nie przemawiają. Za to pociąg bardzo lubię. Tyle się najeździłam od dworca do dworca, właściwie zawsze po jednej trasie, tylko z Las Vegas do Los Angeles i odwrotnie, i sądzę, że pociąg jest najbezpieczniejszym transportem. No bo co może się stać na torach w czasie (góra) kilku godzin? O.K., głupie pytanie, wiele rzeczy może się wydarzyć. Ale chyba więcej w samolocie. A poza tym pociąg to pociąg, zawsze łatwiej się ewakuować, w końcu jeździ się na ziemi. A nad samolotem właściwie nie ma kontroli. Jak coś nawali, to pozostaje awaryjne lądowanie. A co, jeśli się właśnie jest nad oceanem? No cóż pozostaje tylko nadzieja, że każdy pasażer umie pływać, i, że w ogóle ktoś przeżyje. Więc moje zdanie jest niezmienne. Poza tym, kolejny argument, który potwierdza moją tezę to, że jak jadę pociągiem to nigdy się nie boję. Pamiętam, że tylko moja pierwsza podróż wywołała u mnie szybsze bicie serca. Ale byłam wtedy młoda, wszystkim, co nowe, emocjonowałam się dwa razy bardziej niż teraz. Chociaż teraz też wiele rzeczy, nawet niekoniecznie nowych, wywołuje u mnie emocje, które, rzecz jasna, bardzo okazuję. Cóż, taka już jestem. Mówiłam wam zresztą, jak np. się boję, to nie potrafię być sobą. Jestem dla wszystkich jakaś taka niemiła, oschła, cały czas myślę tylko o tym, co mi grozi, jeżeli to poważne, oczywiście. Jak się o kogoś martwię, to nie mogę sobie miejsca znaleźć, bez przerwy się pytam, najczęściej Quicka: "a co, jeśli ona naprawdę..?", "a jeżeli coś mu się stanie?" "a co jak oni zginą? to będzie moja wina!" itd. Straszna jestem xD A jak się cieszę to nie potrafię przestać się uśmiechać, jestem z kolei dla wszystkich dobra i miła, pomocna, no, radość widać we mnie na odległość. Wtedy mam ochotę na wszystko, tak, jak Ted i Tasha. No, prawie na wszystko, nigdy np. nie mam ochoty na sport xD Aha, ja wracam do środków transportu. Powiem parę słów o samochodzie. Uważam, że to jeden z najbardziej niebezpiecznych środków transportu. Dziennie tysiące ludzi ginie w wypadkach samochodowych. W weekend, np. w Polsce - kilkaset osób, z tego, co słyszałam. Szaleństwo! U nas, w USA, przynajmniej tak mi się zdaje, ludzie nie szaleją na drogach, jak w Polsce czy w podobnych krajach. No, może nawet po autostradach to jeżdżą szybko, ale nie po pijanemu. Przynajmniej tak mi się zdaje. Ale Polskę cenię sobie chyba najbardziej ze względu na wzruszającą, ale wspaniałą historię, na niesamowite tradycje i zwyczaje, na kulturę, na tradycyjne jedzenie. Ale najbardziej to jednak chyba cenię Polskę za ludzi. Nie wszystkich oczywiście, bo nie popieram pijaków na drogach, ale zdecydowana większość jest według mnie wspaniała. I fajne jest to, że w różnych regionach tego pięknego kraju są tak zróżnicowane tradycje, różni ludzie, zupełnie inne jedzenie i nawet język! I macie taki dobry chleb, na przykład. Podobno jeden z najlepszych. W każdym razie z naszym się nie równa ;)
No dobra, bo zboczyłam odrobinę z tematu. Chciałabym jeszcze przypomnieć o śmigłowcu - bo to według Tashy najbezpieczniejszy środek transportu. No, nie każdy może sobie na niego pozwolić, dlatego raczej się o nim nie mówi, ale to fakt, że o wypadku helikoptera słyszałam może raz w życiu, no, góra dwa. A to nie, może nawet trzy - troszkę z winy Val nawet Tasha była uczestnikiem wypadku śmigłowca. I wyszła z niego całkowicie bez szwanku! Tak samo Val, która z nią leciała i przez którą zdarzył się ów wypadek. Z tego, co wiem, to jedyne, co one w tym wypadku straciły to właśnie nie zdrowie, tylko - kapelusz Val, no i oczywiście maszyna. Jak już jesteśmy przy helikopterze - nie mówiłam wam chyba jeszcze, że Tasha umie pilotować śmigłowiec :D No, to właśnie wam mówię, umie i to bardzo dobrze. Kolejna rzecz, chyba z tysiąca innych, za którą ją podziwiam :)
No i ostani środek transportu, o którym chciałabym dziś powiedzieć, to... najbardziej ekologiczny, najzdrowszy, jeden z bezpieczniejszych, jeżeli oczywiście zachowuje się określone zasady i inny niż wszystkie, napędzany energią człowieka, a nie benzyną, to... rower, rzecz jasna :) Ja osobiście rowerem nie jeżdżę, bo rower to też sport, a mówiłam wam, że jakoś za nim nie przepadam. Wolę książkę i kubek gorącej czekolady, niż nawet spacer po lesie. Jestem typową domatorką. Najbardziej lubię swój dom i domy rodziny i przyjaciół. A potem, gdzieś tam, dalej jest praca, najpierw Quicka, potem moja, a jeszcze dalej jest coś typu miasto, potem park, potem las, jezioro i inne takie. Chociaż nad "mój kawałek Pacyfiku", o którym wam opowiadałam, bardzo lubię przychodzić. Ale tylko od czasu do czasu, góra raz w tygodniu, żeby nie stracił swojego nadzwyczajnego uroku i piękna ;)
A teraz już króciótko o tym, co się u nas dzieje. Jeżeli chodzi o Roberta i Jane to na razie nic. Nawet się nie umówili na randkę! Robert chyba boi się spytać Jane o to, czy się z nim umówi. No wiecie, to, że ona mu się podoba nie znaczy, że jej podoba się on. Ale jako mężczyzna powinien być moim zdaniem bardziej odważny. Mógłby zacząć od wspólnego lunchu, pójścia do kina lub, choćby, podwiezienia jej na kurs prawa jazdy. Mówiłam wam chyba, że Jane od, nie wiem, tygodnia, no, może dwóch, chodzi na kurs prawa jazdy? Chyba coś wspominałam. No, może Robert po prostu na to jeszcze nie wpadł. Zaproponuję mu ten pomysł, na pewno spodoba się obu stronom, jeżeli oczywiście zostanie wykonany ;)
No i w związku ze spółką M-VIP, znaczy Magnat-V.I.P., to wam powiem tyle, że na razie również nic. Żaden klient do żadnej z tych firm narazie się nie zgłosił. Ale to "nic" na pewno długo nie potrwa, jak znam życie ;D
Teraz parę słów o... Oliwce. Bardzo wszystkich polubiła, a szczególnie Teda, Tashę, Quicka. Jest okropnie ciekawa, cały czas pyta: "a czemu?", "ale dlaczego?", "a jak?" itp. Zdecydowanie bardziej przypadła jej do gustu Tasha, a nie Val czy Max, wiecie dlaczego? No właśnie dlatego, że według Oliwki Tasha jest ciekawsza. Podobno nawet wzięła ją na spacer! To trochę niepodobne do Tashy, dlatego jakoś trudno mi w to uwierzyć. W każdym razie Tasha chyba swoją tajemniczością i tym, że nic o sobie nie mówi sprawia, że Oliwka jest nią szczególnie zainteresowana. I Oliwka lubi żarty Tashy. Uważa też, że Ted jest zabawny. No i bardzo dobry i miły. I Quick - też taki "luzak", którego Oliwka bardzo lubi. I Jane też. Innych też lubi, ale zdaje mi się, że powyższą czwórkę jednak najbardziej. Uważa, że taka Val, Max czy Kay są o wiele nudniejsze od Tashy, bo właśnie zamiast zabrać ją ze sobą na spacer, jak Tasha, to przynoszą do bazy lody i podają jej już zrobione desery. I cały czas powtarzają: "słociutka Oliwka", "ojej, jaka ona kochana!", "taka grzeczna... no aniołek po prostu!" i tak w kółko, bez przerwy koło niej skaczą, jakby była jakąś księżniczką. Dlatego Tasha bardziej podoba się Oliwce - jest naturalna i ciekawsza. No, Kay polubiła trochę bardziej niż Val i Max, bo pokazała jej różne ciekawe rzeczy na komputerze, czegoś ją nauczyła. No wiecie, Oliwka to jeszcze dziecko ;) W każdym razie bardzo lubi przyjeżdżać do V.I.P.u, bo tam właśnie jej zdaniem jest dużo fajnych osób i jest ciekawie. Ostatnio nauczyliśmy ją grać w makao. Spodobało jej się. Ale jej, tak samo, jak i nam wszystkim, nie za bardzo wychodzi ta gra. Tylko Ted jest świetny - zdobywa dwa albo trzy razy więcej punktów od nas. Tylko on ;D
A Sandy i Jeffrey na razie przeważnie odwiedzają rodzinę, np. moich rodziców albo ciocię i wujka mieszkających 70km za Los Angeles. No i zwiedzają miasto. Nawet im się tu podoba, ale Jeff mówi, że chyba nie zamieszkałby tu na stałe, w takim wielkim mieście. W Greenville jest o wiele bezpieczniej. No i mają, czy raczej Jeff ma urlop. Trzy tygodnie tu zostają. Często zawożą Oliwkę do V.I.P.u, bo ona bardzo to lubi, a sami gdzieś się wybierają, najczęściej właśnie do rodziny. Przy okazji nauczą Oliwkę trochę samodzielności i tego, że nie zawsze będzie z rodzicami. Ale to frajda dla niej, bo w V.I.P.ie wszystkich lubi i uwielbia spędzać z nimi czas. I też podoba jej się na razie to, że rodzice ją samą zostawiają, to znaczy z kimś z V.I.P.u, no, mam na myśli, że sami sobie gdzieś jadą, a ją zostawiają w V.I.P.ie. To dla niej całkiem nowe, ale bardzo fajne doświadczenie. Wszyscy są zadowoleni. Rodzicom też przyda się trochę odpocząć od ukochanej córeczki xD
A dzisiaj wydarzyło się coś niezwykłego. Koło 4.00 PM, kiedy już zamykaliśmy, przyjechał pod sklep Magnusa duży czarny samochód i srebrny mercedes. Mercedes to wiadomo czyj, Tashy, oczywiście, a za chwilę z czarnego samochodu wyszło dwóch na czarno ubranych dryblasów i za Tashą weszli oni do sklepu. Tasha powiedziała do Elle:
- Jedziesz z nami.
- Ale... dlaczego? - spytała Elle, właściwie niedowierzając i nie wiedząc, o co chodzi.
- Jesteś objęta programem ochrony świadków, a tymczasem jedziesz z nami.
- Ee.. [?] - Elle zrobiła dziwną minę - Ale nie wiem, o co chodzi.
- Elle Green, idziesz z nami dobrowolnie albo obecni tu panowie ci w tym pomogą.
- No idę, idę... - i poszła z nimi do tego wielkiego czarnego samochodu. Tasha nic a nic nie chciała nam powiedzieć. Nawet Magnusowi, który jest przecież jej zastępcą. No cóż, grunt, że jeszcze dzisiaj, tyle, że wieczorem wypuścili Elle, która oczywiście przyjechała do mnie. Co się okazało? Wiemy tylko tyle, że to pomyłka. I nic więcej, na razie przynajmniej. Postaram się porozmawiać o tym z Tashą, bo ta sprawa jakoś mnie niepokoi. Jak będę coś wiedziała to wam powiem, a póki co - idę spać xD
A, właśnie - Magnus sporo zwiększył asortyment swojego sklepu. Jak tak dalej będzie się rozwijał, to w niedługim czasie powstanie z niego supermarket ;P O.K., tyle wam jeszcze chciałam powiedzieć, jak już byliśmy w temacie sklepu. A teraz już kończę, papatki! ;*


Susan |2009-06-25| |23:26:12|
skomentuj (0)




Sandy, Jeff, Oliwka, konkurs, spółka... :)

Heeeeej! Ale się cieszę! Kuzynka przyjechała! Wczoraj o dziewiątej wieczorem odbierałam ją z lotniska. Wspaniale! Od ostatniego razu, kiedy się widziałyśmy wcale się nie zmieniła. Opiszę ją wam trochę :) I jej rodzinę oczywiście też.
Sandy ma brązowe włosy, podobnie jak oczy. Jest niewysoka, ale nie można też powiedzieć o niej, że jest niska. Po prostu ma wzrost przeciętny. Taki... średni. Mniej więcej taki jak mój :) Ja jestem chyba 3 cm wyższa... ale to nieistotne. Moim zdaniem Sandy jest ładna, a nawet ładniejsza ode mnie i to dużo. Szkoda tylko, że ona sama tak nie uważa ;/ No cóż, jednak Jeffrey docenił Sandy i z wyglądu zewnętrznego i wewnętrznego, ale szczególnie jednak z tego drugiego, bo Jeff ma w tej sprawie to samo zdanie, co ja - liczy się to, co mamy w środu :) Sandy jest bardzo dobrym człowiekiem, kocha przyrodę, zwierzęta, roślinki, dzieci i innych ludzi. Oczywiście jest katoliczką. Śpiewa w chórku kościelnym. Wcale nie uważa, że ładnie śpiewa, ale lubi to i dlatego zapisała się do chórku. Bardzo lubi pomagać ludziom i robi to najlepiej, jak umie i, jak może. Jeff jej w tym pomaga, jednak on nie może robić tyle dla biednych, ile robi Sandy, bo pracuje na utrzymanie rodziny. Jest policjantem :) Ale nie płacą mu zbyt wiele, bo Greenville to nie jest jakieś szczególnie wielkie miasto. Zresztą, o ile wiem, policja w ogóle nie zarabia zbyt dużo. No, spokojnie starcza na trzyosobową rodzinę i na długie wakacje od czasu do czasu, więc nie jest aż tak mało xD
Sandy jest miła, życzliwa, uprzejma, uczciwa, dobra. Jest spokojna, niełatwo ją zdenerwować, jest bardzo oddana swojej religii i krajowi. Co nie znaczy, że nie jest tolerancyjna, bo owszem jest i to bardzo. Najlepsza przyjaciółka Sandy jest właśnie "przedstawicielem" innej religii i nikomu to nie przeszkadza. Nazywa się Loraine, ale wszyscy mówią na nią Lori, tak jest o wiele ładniej :) No i właśnie Lori jest innego wyznania, ma ciemny kolor skóry, to znaczy trochę ciemniejszy, nie jest przecież murzynką, tylko ma taką karnację, że tak powiem, opaloną. Chciałabym mieć taką, ja to jestem biała jak trup! Cóż, dawno się nie opalałam :D Sandy też jest jasnego koloru skóry, tylko już się trochę bardziej opaliła xD O, właśnie, zapomniałabym dodać: Lori jest tak serdeczna, z tego co wiem z opowiadań Sandy, że naprawdę trudno jej nie lubić. Dziwne, że poza Sandy nie ma ona zbyt wielu prawdziwych przyjaciół. No, na pewno ma jedną najlepszą pod słońcem, czyli właśnie Sandy ;) No cóż, Oliwka odziedziczyła wszystkie cechy po Sandy i po Jeffreyu właściwie też, bo Jeffa i Sandy nie dzieli zbyt wiele. Oliwka jest słodka!! Podobno uwielbia układać puzzle, jest bardzo cierpliwa i wytrwała, co też ma po rodzicach. Włoski ma koloru brązowego, po mamie, oczka - niebieskie, po tatusiu xD Olivia lubi też bawić się różnego rodzaju klockami, lubi tańczyć i się śmiać. Upodobanie do tańca nie wiadomo po kim ma, bo Sandy i Jeff raczej za tym nie przepadają. Oni za to uwielbiają wieczorne spacery nad morzem lub nad jeziorem :) To takie romantyczne... oboje są bardzo romantyczni, wrażliwi i dobrzy. I, jak wam mówiłam, Sandy bardzo dobrze trafiła na Jeffa, bo jest wspaniałym ojcem. Jest cierpliwy, spokojny, troskliwy i opiekuńczy. Tak w sam raz, bo nie można powiedzieć w żadnym wypadku, że na jakimkolwiek punkcie jest przewrażliwiony. Po prostu zależy mu na jedynej, ukochanej córeczce, więc dba o nią, o jej bezpieczeństwo, o to, żeby miała w co się ubrać, co jeść itd. Sandy oczywiście też o nią dba. Oboje troskliwie zajmują się Oliwką, ale też nie odmawiają sobie przyjemności, takich właśnie, jak wieczorny spacer w świetle księżyca lub w blasku zachodzącego słońca... mmm... cudowne! Jeszcze parę słów o Jeffreyu. To bardzo porządny człowiek, godny naśladowania, uczciwy, patriota, godny największej pochwały i najwspanialszego wyróżnienia. Zdolny do poświęcenia, zarówno za swój kraj, jak i religię, a także (chyba w szczególności xD) za swoją rodzinę. Co tu dużo mówić? [...] Jest odważny, miły, serdeczny, otwarty, gościnny, a do tego wszystkiego przystojny xD Dość wysoki, ma czarne włosy, niebieskie oczy, które odziedziczyła po nim Oliwka i delikatne, jak na mężczyznę, rysy twarzy, które odzwierciedlają jego charakter :) Ale to, że na ogół jest bardzo spokojny i zrównoważony, i opanowany, to nie znaczy, że nie potrafi być surowy czy konsekwentny. Owszem, potrafi, i to bardzo, w końcu pracuje w policji. Ale tam właśnie przydaje mu się opanowanie, dobrze jest przecież, kiedy policjant o byle co nie traci panowania nad sobą i nie puszczają mu od razu nerwy ;P Także dodam jeszcze, że Jeff jest świetnym policjantem xD No więc, na podsumowanie powiem, że to wspaniała rodzina, dobra, jakich mało, wzór do naśladowania. Bardzo się kochają i o to przecież chodzi ;* Tam, gdzie jest miłość, tam zawsze znajdzie się i dobro i szczęście, i wiele, wiele więcej, a co za tym idzie także rozwiązanie potencjalnych problemów i... po prostu piękne życie :)  
No i to tyle na dziś, oczywiście w związku z moją wspaniałą kuzynką i jej nie mniej fajną rodziną :)
Teraz kilka słów o konkursach... może zacznę od najgorszej wiadomości. Nasz taniec to totalna klapa :/ Ja i Kay pomyliłyśmy się w połowie piosenki, no i oczywiście zajęłyśmy ostatnie miejsce. Nikt inny się nie pomylił. Przykro mi to mówić, ale ja z Kay popsułyśmy cały nasz występ. To na pewno przez stres. Miałam okropną tremę! Trzęsłam się jak osika. Kay gdzieś od godziny przed naszym wystąpieniem przygryzała paznokcie i z trudem przełykała ślinkę. No i mniej więcej w połowie piosenki, właśnie jak miał zacząć się jeden z najtrudniejszych, ale też najbardziej efektownych, kroków, pomyliłyśmy się. To akurat my - te, które chciały przecież z tydzień przed tym wszystkim zrezygnować z udziału w tej konkurencji. Mogłyśmy to zrobić, przynajmniej nie zepsułybyśmy występu. Może Val ze swoim zespołem miałyby wtedy pierwsze miejsce... a może przynajmniej stanęłyby na podium, niekoniecznie zaraz na pierwszym miejscu. No, ale my dwie, ciamajdy, za przeproszeniem, zaprzepaściłśmy szanse na jakiekolwiek miejsce lepsze od ostatniego, za to zagwarantowałyśmy sobie pierwsze od końca. No, zawsze to jakaś wygrana. Poza tym, że mi trochę szkoda, to nie mam zamiaru jakoś wielce się tym przejmować. Trudno, no, nie wyszło, ale może uda się następnym razem. W końcu to nie pierwszy i nie ostatni taki konkurs ;) Tylko najgorsze jest to, że reszcie zespołu zepsułyśmy zabawę no i to, że najadłyśmy się wstydu, bo okropnie się wygłupiłyśmy. Wszyscy tańczyli równo, a my nagle zupełnie co innego i dopiero po jakimś czasie połapałyśmy się w ogóle, że tańczymy zupełnie nie to, co trzeba. No cóż, trudno, ale naprawdę mi szkoda. Ale człowiek to nie maszyna i ma prawo się pomylić. Cieszę się, że nie był to rodzaj jakiegoś szkolnego występu, tylko konkurs na poziomie. Bo jakby coś takiego działo się w szkole, to pewnie wygwizdywano by nas przez następny miesiąc. Ale, że na ten konkurs przychodzą raczej mili i dobrze wychowani ludzie, to żadnych tego typu rewelacji nie było. Za to bardzo dziękuję i z tego się cieszę! W końcu to mi tylko pozostało. Chociaż... jakby tak się więcej zastanowić, to przecież przy ćwiczeniach i przygotowaniach do tego tańca było całkiem sporo zabawy, no i pozostało wiele miłych wspomnień. Szkoda tylko, że sam konkurs nie był przyjemnością, tylko jednym wielkim stresem. Ale stres też trzeba umieć opanować. Tego właśnie zabrakło mi i Kay. No coż, zawsze to jakaś lekcja. W sumie dużo się nauczyłyśmy, no i miałyśmy świetną zabawę. To się przecież liczy :) A, no i starałyśmy się, a to się powinno najbardziej liczyć. Jeszcze znalazłam jedną, nienajgorszą stronę medalu - teraz wiem, że taniec to nie moja działka, z tym sobie nie radzę, występy publiczne nabawiają mi bardzo wiele stresu, którego z kolei nie potrafię "poskromić". No i tyle :) Z gorszych wiadomości jest jeszcze taka, że Tedowi na konkursie szachowym też nie poszło zbyt dobrze. Przegrał, a co za tym idzie, odpadł już w pierwszej rozgrywce. Akurat trafił podobno na najlepszego szachistę z całej grupy biorącej udział w konkursie, a było ich chyba dwudziestu. Podobno grał z mistrzem, mam na myśli, że to mistrz ostatniej edycjii konkursu, ponieważ rok temu zajął bez problemu pierwsze miejsce, tak samo zresztą w tym roku. No, to nie miał zbyt dużo szans... no, w każdym razie zrobił szacha swojemu przeciwnikowi kilka razy, więc przynajmniej się nie wygłupił, tak jak ja. Pokazał przynajmniej, że coś umie, a zdaniem Tashy powinien wygrać, tylko po prostu miał pecha, bo od początku trafił na najlepszego z możliwych na tym konkursie zawodnika. Ale się nie zbłaźnił, więc w sumie to poszło mu dobrze ;) No i Ted może się pochwalić, że grał z najlepszym szachistą w Los Angeles. Co prawda przegrał z nim po jakichś 15 minutach, ale to żadna rewelacja, bo były nierówne szanse. Więc właściwie to Ted powinien być z siebie zadowolony :) A teraz co do konkursu psychologicznego. To jedyna dobra wiadomość, bo zajęliśmy czwarte miejsce! Żałyję, że nie dostaliśmy się na podium, ale wiem dlaczego. Bo Sowa zaczął się śmiać podczas scenki, przez co zepsuł cały efekt. Na szczęście w porę się opanował i nie popsuł całej scenki, dobrze, że nie zapomniał swoich kwestii. No, dobrze było, jakby nie ten jego śmiech to na pewno bylibyśmy na podium, a kto wie, kto wie, może nawet zajęlibyśmy pierwsze miejsce... no bo on się śmiał, jak mówił o całkiem poważnych rzeczach, a to przecież niedopuszczalne. Zabrali nam za to sporo punktów. No, a reszta, mam na myśli moja praca, opis słowny, który mówiłyśmy razem z Elle, no i oczywiście cała reszta scenki poszła świetnie. Dokładnie tak, jak w moich marzeniach :) Przy tym wszystkim zbyt się nie denerwowałam. Może dlatego, że spokojnie mogłam się skupić i utrzymywać tempo takie, żeby wszystkim pasowało. W tańcu trzeba było utrzymywać tempo grupy, a nie było ono wcale wolne, więc to też przyprawiło mnie o stres. "A co, jak się pogubię? A jak nie tańczymy równo, tylko nam się tak wydaje? A jak wyglądam okropnie? A co będzie, jak się pomylę?" No i właśnie m.in. przez takie myśli się pomyliłam. One chyba głównie wywołały u mnie stres, który z kolei podczas występu tanecznego nie jest pożądany i w ostateczności spowodował pomyłkę. A przez to, że moja głowa była pełna myśli, w porę nie zdążyłam zauważyć, że tańczę nie to, co trzeba. No i jest, jak jest. Ale konkurs psychologiczny w nagrodę poszedł mi bardzo dobrze i spokojnie, a to chyba najważniejsze :) No więc, ogólnie to nie jest tak źle. Jestem zadowolona, bo dzięki temu konkursowi przeżyłam wiele wspaniałych chwil i dużo się nauczyłam :) Jeżeli robi się coś zespołowo, to zespół ten musi być zgrany, jak palce jednej ręki, inaczej zawsze coś pójdzie nie tak. No, a przede wszystkim - taniec nie jest moją mocną stroną, więc nie zamierzam tego kontynuować. Niezależnie od tego, ile bym nie ćwiczyła, i tak bym się pomyliła. Bo ćwiczyłam przecież bardzo dużo. Widocznie nie mam predyspozycji do tańca. Więc zostawiam go w spokoju, niech tańcem zajmują się ci, którym to wychodzi. Ja mam inne hobby, do których mam talent, np. gra na pianinie :) A tymczasem oficjalnie zamykam temat konkursu. Dosyć się o tym nagadałam. Nie warto się przejmować xD   
A ja mam dziś w planie jeszcze jeden temat :) Teraz już króciutko. Chodzi o V.I.P. i o nową ochronę. Mówiłam wam, że ta nowa ochrona, która przyjechała tu z Utah ma nową szefową? To znaczy jest to jedyna i pierwsza kobieta w ich zespole. Nazywa się Kimberly Madrid. Jest bardzo miła, mówię to, bo miałam okazję ją poznać ;) Przyszła do V.I.P.u przywitać serdecznie sąsiadów (lokal nowej ochrony znajduje się bardzo niedaleko V.I.P.u) i zapoznać się, ponieważ chciała zrobić dobre wrażenie. Muszę stwierdzić, że wzbudziła we mnie sympatię. Nie chce drzeć kotów z V.I.P.ami. Val nawet zaprosiła ją na (służbową, oczywiście xP) kolację! I oczywiście wszystkie V.I.P.y na tej kolacji były, no, wszystkie - za wyjątkiem Tashy i Quicka. Wstyd mi za niego! Ale nie będę tego komentować. No i Kim wpadła na świetny pomysł i od razu zaproponowała go szefowej V.I.P.u, tj. Val. Chodzi o to, że Kim chce stworzyć spółkę. To znaczy na razie chciałaby tylko wypróbować taki pomysł. Zaproponowała więc współpracę. Jest ciekawa, jakby się współpracowało dwóm dobrym ochronom, więc jak pojawi się następny klient w V.I.P.ie lub w Magnacie (bo MAGNAT to właśnie ta nowa ochrona z Utah xD) to przy ochronie tego klienta potencjalne konkurencje będą ze sobą współpracować. Val podpisała już umowę z Kim (bo większość V.I.P.ów była za tym pomysłem), która dotyczy właśnie współpracy, ale tylko tymczasowej, takiej próbnej. Tylko przy jednym kliencie. No, chyba że, taka oto spółka będzie świetnie funkcjonowała i wszystkim się spodoba - wtedy pewnie powstanie prawdziwa spółka, bo na razie tak tylko to nazywamy ;) Nie można przecież jednorazowej, zupełnie próbnej współpracy dwóch firm nazwać od razu spółką. No cóż, ja w V.I.P.ie nie jestem, ale pomysł uważam za bardzo dobry, oryginalny i nowatorski. Może się udać :) [...]
O.K., na koniec jedno zdjęcie z Greenville. Najpiękniejsze z tych, które widziałam; naprawdę wywarło na mnie wspaniałe wrażenie, dlatego też chcę wam je pokazać. Greenville to nie jest, jak mówiłam, duże miasto, ale za to bardzo ładne. Sami zobaczcie :)  

I to koniec na dziś. Papatki! ;*


Susan |2009-06-22| |21:22:39|
skomentuj (0)





| Powered by Blog.pl |



Księga Gości
Zobacz
Wpisz się

O mnie
Cześć! Ten blog jest prowadzony przez osobę, która tutaj nie ujawnia danych osobowych :) Stworzyłam postać Susan Anderson (z nazwiskiem to zgapiłam skądś, możliwe, że od Pameli Anderson, ale niekoniecznie), a na blogu znajdują się wydarzenia (lub wydarzenie), a także opisywane postaci (i może jeszcze inne rzeczy) prawdziwe i fałszywe, tj. wymyślone przeze mnie i nie tylko wymyślone (przynajmniej jedno nie jest wymyślone) lub pozmieniałam prawdziwe wydarzenia czy dopasowałam... itd. I co do postaci i ewentualnie pewnych wydarzeń może trochę też, to są one z serialu V.I.P. (Vallery Irons Protection), pozmieniane też, ale może nie tylko pozmieniane. Przemyślenia są chyba moje, ale bardzo możliwe jest też to, że nie pisałam tylko swoich prawdziwych przemyśleń, ale też Susan. A to jest moje przedstawienie jako Susan:
Nazywam się Susanne Anderson. Mieszkam w Stanach Zjednoczonych Ameryki i stamtąd również pochodzę. Urodziłam się w Las Vegas ale teraz mieszkam w Los Angeles. Imieniny obchodzę 11 czerwca. Mam brata o pseudonimie Sniper (nie jest to akurat szczególnie mądre) i bardzo miłych rodziców. Moją najlepszą przyjaciółką jest... no właśnie - tutaj muszę być wdzięczna Sniperowi - Tasha, którą poznałam właśnie dzięki niemu :) Z kolei dzięki Tashy poznałam Quicka, w którym się zakochałam! Spotykaliśmy się przez pewien czas i teraz jesteśmy razem, bo na szczęście on również się we mnie zakochał. Co do pracy... Zawsze pracowałam w kiosku. Ale od niedawna zauważyłam, że nie jest to zbyt ciekawe zajęcie i zrezygnowałam z tej pracy. W związku z tym, że lubię pomagać ludziom, postanowiłam zostać psychologiem i zapisałam się na kurs, na którym zdarzyły się różne i, może dziwnie to zabrzmi, niebezpieczne przygody. I właściwie od tego momentu moje życie stało się ciekawsze... :)
Avatar bloga



Archiwum
2008
Luty
Marzec
Kwiecień
Maj
Czerwiec
Lipiec
Sierpień
Wrzesień
Październik
Listopad
Grudzień
2009
Styczeń
Luty
Marzec
Kwiecień
Maj
Czerwiec
Lipiec
Sierpień
Wrzesień

Polecam
Blogi
- Z ocenami
Rygorystyczne oceny
- Z dodatkami
Śliczny blog
Ottimo
Blog Po'ziomki
All for blog
Pomocny blog
Szablony na bloga
Instrukcje
Pomocnik bloggera
Techniczna pomoc blogowa
- Z humorem
Pośmiejmy się
Humor-Humorek
Obrazkowy humor
Humor
Ankiety na wesoło
- O gwiazdach
Gwiazdy bez makijażu
Muzyka
Wszystko o gwiazdach
Znane gwiazdy
- Różne
Harry Potter
Mądrość kobiet
Guten Morgen
"Amatorskie Opowiadanie"
"Lemon Tree of Life :)"
Strony
- Z grami
MojeGry
Gry jeja
CDA
Po szkole
Gry
Agame
Gry online
Ubieranka
- Z humorem
Jeja
Humorpage
Joketown
MaxHumor
Maxior
Looknij
Dowcipy
Humor
- Z dodatkami
Animowane gify
Blog.rozrywka.de
Dodatki.net
Skrypty
Bloguj.net
Zarabiaj.70.pl
Szablonart.dbv.pl
Mea.za.pl
Szablony.blogowicz.info
Scjena3.yoyo.pl
Dodatki Flawiusza
- Różne
V.I.P.
CoolText
Hosting
Superpimper
Teksty i tłumaczenia piosenek
Kafeteria
Google
Onet
Portal dla kobiet
Świetny tłumacz internetowy
Modne fryzury
- O gwiazdach
Klopsik
Pudelek
Wpadki
No co ty?!
- Załóż bloga
Blog
Bloog
Blog Onet
Blogasek
Mylog
Blox
Mblog
Interia
eBlog
Blog4u
MaxBlog
Wordpress
Ownlog
Blog.com